Tag Archives: przekręty

Szpitale chore psychicznie

W tym szaleństwie nie ma metody. Zubożałe szpitale psychiatryczne stają się siedliskiem patologii. Ale kto by tam dbał o psycholi.

Pamiętacie “Lot nad kukułczym gniazdem”? Książka Kena Keseya w latach 60. była hitem. A później film z Jackiem Nicholsonem w roli głównej. Ludźmi wstrząsnął obraz świata, o którym niewiele wiedzieli. Oczywiście ani książka, ani film nie zrobiłyby takiego wrażenia, gdyby nie były metaforą naszego życia, niemniej opis szpitala psychiatrycznego był przerażający – los ludzi za drzwiami bez klamek, ubezwłasnowolnienie i upokorzenie tych, którym należała się pomoc.

Kiedy wszedłem do szpitala w Choroszczy, od razu stanęła mi przed oczami Wielka Oddziałowa, siostra Ratched z “Lotu…”, niepodzielnie władająca pacjentami. W Choroszczy taką władzę mają salowi. Po piętnastej. Bo wtedy prawie wszyscy lekarze, którym podlega 800 pacjentów, idą do domów. Na dyżurze pozostaje jeden lekarz na trzy oddziały – około 180 łóżek.

Janusz Zimowski (personalia zmienione) salowym jest od siedmiu lat. Szczupły, żylasty, spracowany. Po pracy w szpitalu musi jeszcze obrobić parę hektarów gospodarstwa ogrodniczego. Mówi, że na roślinach zna się lepiej niż na “swoich” pacjentach. – Prawdę mówiąc, boję się wariatów, bo z nimi nic nie wiadomo – przyznaje. I jak każdy człowiek, którym kieruje strach, lubi na pacjentów wrzasnąć, przyłożyć lagą. Trzyma ją w szafce od czasu, kiedy mu jakiś pacjent dał dwa razy po gębie.

Zimowski po piętnastej ma do pomocy dwie pielęgniarki i – czasami – jednego z mniej obłąkanych pacjentów. “Zarządza” 60-osobowym oddziałem ogólnopsychiatrycznym. – Obok siebie leżą tu schizofrenie, depresje, ci na obserwacjach sądowych, nowicjusze i umysłowi recydywiści, kobiety i mężczyźni, leżaki-chroniki i nadaktywni fizycznie szaleńcy – wylicza.

Niektórzy chodzą, podtrzymując plecami ściany – żeby nic ich nie zaatakowało. Mężczyzna, 55 lat, prosty jak struna, szczupły, marszowym krokiem przemierza szpitalny korytarz w tę i we w tę. Spod krzaczastych brwi rzuca władcze spojrzenie. Młody pucułowaty chłopak uśmiechnięty od ucha do ucha czuje wewnętrzną potrzebę witania się z całym światem: dzień dobry, dzień dobry. Dzień dobry – zakrzykuje w stronę przywiązanego do fotela mężczyzny; bose zziębnięte stopy podskakują. Mężczyznę wystawiono na korytarz za karę, bo w nocy krzyczy i zakłóca innym sen.

Bure linoleum, specyficzny zapach leków, spoconych ciał – i nikotyny. Choć pali się w specjalnych kącikach, smród papierosów wciska się wszędzie. Chorzy w rozchełstanych piżamach chodzą i proszą żebraczym tonem: daj papierosa, daj, panie.

Zimowskiemu w czasie rozmowy oczy latają niespokojnie, co chwila zrywa się z miejsca jakby siedział na gorącym kamieniu – chce popatrzeć, co się dzieje. Opowiada, że kiedyś było ich na zmianie z pielęgniarkami siedem osób. Teraz trudno wszystkiego upilnować. Trzeba pomóc siostrom przy wydawaniu leków. Zmyć “hektary”: korytarze, sale, toalety, hol. No i pilnować, czy się za łby nie biorą.

– Jak zaczyna się akcja, znaczy pacjent szaleje, dzwonisz na izbę przyjęć, tam jest grupa szybkiego reagowania. Ochroniarze wpadają i raz dwa robią porządek. Ale do izby kawał drogi. Nim przylecą, może być już Sodoma i Gomora – mówi Janusz.

Najgorzej idzie z przestępcami, skierowanymi do szpitala na obserwację. W Choroszczy jest specjalny oddział sądowy z monitoringiem, prawie Alcatraz, ale podsądni trafiają też na zwykłe oddziały, bo miejsc nie starcza, a i lekarz dostaje za opis przypadku dodatkowe pieniądze. Janusz pamięta, jak w ostatniej chwili uratował jedną z pacjentek – panią Hanię – przed gwałtem. Kiedy on szorował korytarz, Jacek, właśnie taki podsądny, przycisnął jej głowę poduszką i już zaczął ściągać portki.

Janusz twierdzi, że najlepszym sprzymierzeńcem salowego jest pacjent. Można – w zamian za papierosy czy drobne przywileje – wykorzystać go do sprzątania (niezgodne z prawem) czy pacyfikowania innych chorych (to już kryminał).

Michał Jakuś (imię i nazwisko zmienione), pensjonariusz około pięćdziesiątki, leżał już na niejednym oddziale. Mówi, że ma nerwicę, lecz mówiąc to, mruga, że niby co innego, ale lekarze bez sensu się upierają przy nerwicy. Wysoki, chudy w granatowym bawełnianym dresie. Chłopek-roztropek, filozof zza przyzby, niczego o sobie nie chce zdradzić – że niby komu po co takie wiadomości potrzebne.

Czuje się w szpitalu jak w domu. Bez pytania rozsiada się wygodnie w fotelu, prosi Janusza o papierosa i kawę (prośba spełniona zostaje natychmiast) i wyjaśnia zasady szpitalnego życia po piętnastej.

– Niczego się nie bój, tu da się wytrzymać – Michał myśli, że jestem kandydatem na sanitariusza. – Tylko się musisz ułożyć – tłumaczy, lekko sepleniąc i zaciąga się trzymanym między kciukiem a palcem wskazującym (“po radziecku”) papierosem. – Najważniejsze, żeby był zgrany zespół: my, czyli pacjenci, salowi i pielęgniarki. Sprzątanie na oddziale to nasza sprawa. Ty leżysz i spokojnie pijesz kawę, a my zasuwamy.

Michał nie potrzebuje niczego z domu – taką ma sztamę z sanitariuszami. Od jednego za sprzątanie dostaje papierosy, od drugiego jedzenie, a trzeci po prostu mu płaci. Zdarza się, że biorą go na akcję. – Raz rozszalała się małolata na dziecięcym – opowiada. – Wykręciłem jej nogi, sanitariusz ręce. Związaliśmy prześcieradłem. Nie wiesz, jak potrafi brykać taka małolata – patrzy znacząco.

Michał chwali się, że ma już takie doświadczenie, że sam mógłby się przyjąć na salowego. Miejsce może się wkrótce zwolnić. Niedawno policjanci zatrzymali sanitariusza, który na oddziale prowadził nielegalny sklepik z przeszmuglowanymi ze wschodu papierosami. Kto wie, może się uda.

To wszystko dzieje się w Choroszczy, ale ten opis równie dobrze pasowałby do większości naszych psychiatryków. W Polsce na 50 szpitali zaledwie kilka funkcjonuje poprawnie. Lepiej jest w 142 niewielkich oddziałach przy szpitalach ogólnych. – Dobrze działa utworzony w 2002 roku 30-łóżkowy oddział w Przasnyszu, niezły jest ten działający przy Szpitalu Bielańskim w Warszawie – wylicza dr Szymon Niemcewicz, ordynator II oddziału psychiatrycznego szpitala przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie.

Jak szacuje Wojciech Kłosiński, naczelnik wydziału psychiatrii i patologii społecznej departamentu zdrowia publicznego w Ministerstwie Zdrowia, w szpitalnictwie psychiatrycznym brakuje 1300 lekarzy (zatrudnionych jest 2700). W Świeciu Andrzej Goszczyński, dyrektor tamtejszego szpitala, na dyżurach nocnych ma do dyspozycji jednego lekarza dyżurnego, który obsługuje izbę przyjęć, i dwóch dodatkowych na 600 łóżek. To gorzej niż w Choroszczy. Braki pielęgniarek czy salowych trudno nawet oszacować. W ramach oszczędności właśnie one jako pierwsze dostają wymówienia.

W Polsce nie ma norm określających, liczbę lekarzy czy pielęgniarek przypadającą na grupę, dajmy na to, stu chorych. Jak zapowiada Ministerstwo Zdrowia, standardy leczenia psychiatrycznego mają być opracowane w przyszłym roku. Skutki takiej mizerii nietrudno przewidzieć. W połowie sierpnia ze szpitala psychiatrycznego w Jarosławiu uciekł internowany tam psychopatyczny zabójca, niebezpieczny szaleniec cierpiący na zespół paranoidalny. Zamiast na oddziale zamkniętym umieszczono go na zwyczajnym, wypuszczano na spacery. Na ucieczce zabił kolejną osobę. – Za wielu pacjentów, za mało personelu – tłumaczyła dyrekcja.

W czerwcowy ranek obsługa rybnickiego szpitala znalazła martwego pacjenta. Wisiał na pasku zaczepionym do ramy łóżka. Nikt niczego nie widział. Podobnie jak przed pięciu laty w Choroszczy, kiedy ktoś w środku nocy pobił dwóch pacjentów. Jeden zmarł, drugiemu cudem udało się przeżyć. Według personelu feralna noc minęła spokojnie. Nikt nie słyszał krzyków, płaczu czy błagania o pomoc. Kilku świadków, chorych psychicznie, wskazywało na pacjenta Andrzeja Szarawę (nazwisko zmienione) jako na sprawcę zbrodni, ale sąd uznał, że ich zeznania są niewiarygodne, i oskarżonego uniewinnił. W uzasadnieniu wyroku wyraził tylko zdziwienie, że nikt z personelu nie zauważył, że w nocy skatowano dwóch pacjentów.

– Mamy kryzys w ochronie zdrowia – stwierdza lakonicznie Marek Balicki, minister zdrowia, psychiatra. Trudno jednak nie zauważyć, że nawet wśród ogólnej nędzy psychiatria spychana jest na margines.

Do szpitali psychiatrycznych trafia – proporcjonalnie – o 20 procent mniej pieniędzy niż do ogólnych. Dlaczego? Bo punkty, w których Narodowy Fundusz Zdrowia wycenia szpitalne usługi, w przypadku psychiatrii są średnio o dwa złote tańsze niż w innych specjalnościach. Punkt psychiatryczny kosztuje 8-7 zł, podczas gdy np. chirurgiczny – 10 zł.

Stawka żywieniowa w szpitalach psychiatrycznych to średnio 3,60-4zł dziennie, podczas gdy więźniowie mają do przejedzenia 4,20 zł. Pacjentów “normalnych” szpitali, a nawet więźniów odwiedzają rodziny z prowiantem, pacjenci szpitali psychiatrycznych gości raczej nie mają.

Ale chorego na depresję 26-letniego Tomasza z oddziału psychiatrycznego w Straszęcinie k. Dębicy matka odwiedza i dożywia. Co z tego, skoro inni chorzy regularnie wykradają mu to jedzenie. Kiedy się broni, dotkliwie go biją. – Chłopak jest wychudzony, wygląda jak szczur – matce chorego łamie się głos, kiedy opowiada, jak przestraszyła się wyglądu własnego dziecka. – Jak on ma wyzdrowieć w takich warunkach? – pyta zrozpaczona.

Pieniędzy nie wystarcza na codzienną działalność szpitali, a cóż dopiero na planowaną od lat reformę, która ma wyprowadzić leczenie z psychiatrycznych molochów do niewielkich oddziałów przy szpitalach ogólnych. Nie ma pieniędzy na podstawowe remonty. A przede wszystkim nie ma na skuteczne leki. – No cóż, co innego chore dzieci, zawałowcy czy walczący z nowotworami – to zawsze robiło i robi wrażenie. Ale chorzy psychicznie? – mówi dr Łukasz Święcicki z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Profesor Stanisław Pużyński, krajowy konsultant ds. psychiatrii, mówi wprost, że psychiatria jest wyjątkowo dyskryminowaną dziedziną medycyny.

Od wieków chorzy psychicznie traktowani są przez “zdrowe” społeczeństwo z pogardą przemieszaną ze strachem. Średniowiecze umieszczało chorobę psychiczną w kategorii występku, wręcz grzechu, a chorzy – jako opętani przez diabła – byli paleni na stosie lub ładowani na statki i wysyłani w morską podróż donikąd. Pierwsze szpitale psychiatryczne, jakie zaczęły powstawać w Europie w XVII w., bardziej przypominały dantejskie kręgi piekieł niż placówki medyczne. Jeszcze w latach 80. chorych psychicznie zamykano do szpitali olbrzymów na kilkaset lub więcej łóżek, zajmujących często ponadstuletnie budynki po dawnych fabrykach czy koszarach, z dala od miast.

Taki stosunek do chorych pokutuje do dziś na całym świecie. Dlatego w Szwecji, aby uniknąć społecznego naznaczenia, zlikwidowano pojęcie psychicznie chorych. Zamiast nich po ulicach Sztokholmu chodzą “osoby cierpiące na zaburzenia równowagi psychicznej”. Ale takie pozbycie się – w sferze werbalnej – problemu bynajmniej go nie zlikwidowało. Kilka ubiegłorocznych zabójstw popełnionych przez wypuszczone na ulice i pozostawione własnemu losowi osoby chore psychicznie, z których najgłośniejsze było zabicie minister spraw zagranicznych Anny Lindh, pokazało jasno, czym kończy się reforma redukująca liczbę łóżek w szpitalach psychiatrycznych o 85 procent, jak to uczyniono w 1995 roku w Szwecji.

Według wyników ostatnich badań większość sprawców ciężkich przestępstw tuż przed popełnieniem zbrodni bezskutecznie szukała pomocy psychiatrów. To skłoniło rząd szwedzki do powołania we wrześniu 2003 roku eksperta, który ma w ciągu 3 lat opracować projekt poprawy systemu szwedzkiej opieki psychiatrycznej.

Pozostawienie pacjentów samym sobie prowadzi prostą drogą do ich bezdomności i samobójstw. Tak jest nie tylko w Szwecji. – Na ulicach miast i miasteczek w Stanach Zjednoczonych gros bezdomnych to właśnie osoby chore psychiczne – mówi dr Szymon Niemcewicz. Nie mają pracy, ubezpieczenia, stanowią zagrożenie dla siebie i innych. Niektórzy z nich, aby zakończyć cierpienia, w nietypowy sposób kończą z życiem, prowokując policjantów, aby ich zastrzelili.

Włosi poradzili sobie z problemem, likwidując przymusowe leczenie oraz same szpitale psychiatryczne. Chorzy potrzebujący hospitalizacji leczeni są na specjalnych oddziałach przy szpitalach ogólnych.

Nie wszystkim to się podoba, zwłaszcza rodzinom pacjentów, które nie mogą już upchać chorego do szpitala na kilka miesięcy. Niezadowoleni są też prawicowi politycy, którzy co jakiś czas podnoszą krzyk, że “po ulicach latają niebezpieczni wariaci”. We Włoszech psychiatria jest sprawą polityczną i dyskusje na temat jej organizacji są raczej ideologiczne niż naukowe.

Dr Mario Maj, dyrektor instytutu psychiatrii uniwersytetu w Neapolu, cieszy się, że jego kraj jest w awangardzie światowej, gdyż przynajmniej nie ma niebezpieczeństwa, że chory trafi do “łagru”, jak nazywa szpitale psychiatryczne. W tym samym czasie Umberto Veronesi, były minister zdrowia, ostrzega, że problem braku szpitali jest poważny, gdyż dotyczy aż 10 milionów chorych osób. “Dziesięć milionów Włochów ma zaburzenia psychiczne. Pozostałych pięćdziesiąt milionów nie ma alibi” – opowiadają sobie dowcip Włosi.

Stres cywilizacyjny i szalone tempo życia powodują, że osób cierpiących na zaburzenia psychiczne przybywa – nie tylko we Włoszech. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z powodu chorób psychicznych cierpi 450 mln mieszkańców naszego globu. Nawet w niewielkiej – 5,3 mln ludności – i wydawałoby się spokojnej Danii na depresję cierpi ponad 200 tys. osób. Tyle samo ma stany lękowe. Ponad 4 tys. choruje na psychozy. Około 900 osób każdego roku popełnia samobójstwo i 10 razy tyle próbuje odebrać sobie życie. Tymczasem w Danii jest tylko 110 psychiatrów, u których o wizytę jest równie trudno jak o audiencję u papieża. Pierwszeństwo mają pacjenci po udokumentowanych próbach samobójczych.

W Polsce sytuacja też jest poważna. W ramach zapoczątkowanej reformy – likwidowania molochów szpitalnych – skasowano 1414 łóżek: w 2001 r. było ich 20 366, a rok później – 18 952. Co prawda w szpitalach ogólnych powstało ok. 600 łóżek dla “psychicznych”, ale to i tak za mało. Zwłaszcza że opieka środowiskowa praktycznie nie istnieje.

Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Lubiążu to sztandarowy przykład działania reformy w polskim szpitalnictwie psychiatrycznym. W ramach oszczędności z 1100 łóżek zostało 370. Wiele budynków stoi pustych. Nie można ich nawet wynająć, bo nie ma chętnych na lokal na terenie psychiatryka. Kiedyś to było państwo w państwie – własna pralnia, piekarnia, teatr. Teraz zlikwidowano etaty dentysty, ginekologa, nie ma już fizykoterapeutów (w ub. roku zwolniono 100 osób). Trzeba było dopasować się do kontraktu, ale pieniędzy i tak wystarcza na pokrycie 60 proc. potrzeb. Kiedy w ostatnią niedzielę przywieziono tu krzyczącą przeraźliwie, wyrywającą się sanitariuszom kobietę, dyrektor Jacek Kacalak nie zastanawiał się, tylko zaordynował wstawienie na korytarz kolejnej dostawki – choć w szpitalu miał już nadkomplet.

– Była bardzo agresywna, budziła swoje dzieci w nocy, wyrzucała z domu. Obdzwoniłem wszystkie szpitale na Dolnym Śląsku, jeden po drugim, i wszędzie słyszałem to samo: nie ma miejsc – opowiada dyr. Kacalak.

W samym Wrocławiu brakuje stu łóżek. Wozimy pacjentów do szpitala w Sieniawce, a to prawie 200 km od nas – mówi dr Józef Bryś z Wrocławia.

Marek Zatorski, właściciel firmy handlowej z Warszawy, do dziś nie może pogodzić się ze śmiercią swojego kuzyna z Dolnego Śląska, Piotra. Rok temu Piotr poprosił go o pomoc w zorganizowaniu podróży do Holandii, bo tam “robią eutanazję”. Okazało się, że miał daleko posuniętą schizofrenię. Choroba sprawiała, że ukojenia chciał szukać w śmierci. Zamiast do Holandii pojechali do szpitala w Krośnicach pod Wrocławiem. – Mamy komplet!

– lekarz dyżurny rozłożył ręce. Po wielu staraniach udało się chorego umieścić w szpitalu w Gnieźnie, skąd po miesiącu i w złym stanie został wypisany. Rodzina chciała umieścić go w tzw. izbie opieki stałej w Krośnie, ale tam mogliby go przyjąć za 35 lat – w kolejce oczekujących zajmował 141. miejsce. Było tam 70 chorych, rocznie ubywało dwóch. Zdesperowany popełnił samobójstwo w wigilię Wszystkich Świętych.

Przestrzeganie praw chorego psychicznie to kolejna bulwersująca sprawa, z którą nawet wysoko cywilizowane kraje nie umieją sobie poradzić. W USA prywatne (jak cała służba zdrowia) szpitale psychiatryczne chwytają się różnych sposobów, by jak najdłużej przetrzymać chorego i dostać za jego leczenie jak największą kwotę od firmy ubezpieczeniowej. W rezultacie takich malwersacji osoby, które powinny być leczone ambulatoryjnie, wbrew swojej woli trafiają na kosztowne, acz mało skuteczne leczenie w placówce zamkniętej, gdzie często są ofiarami niekompetentnego i sadystycznego personelu. Kelly Stafford miała 17 lat, kiedy znalazła się w jednym ze szpitali. Miała nadzieję, że kilkudniowy pobyt pozwoli jej odetchnąć od problemów rodzinnych. Trzymano ją tam 309 dni (ubezpieczyciel płacił szpitalowi 800 dolarów za dzień), gdy protestowała, zamykano ją w izolatce. Inne pacjentki były gwałcone, oporni pacjenci ogłuszani środkami uspokajającymi i przywiązywani do krzeseł. Skandal, który wybuchł w związku z tą sprawą w 1997 roku, postawił na nogi opinię publiczną, ale nawet powołanie specjalnych komisji śledczych nie zlikwidowało procederu.

Nadużywanie wobec pacjentów środków przymusu bezpośredniego – przytrzymania, przymusowego zastosowania leku, unieruchomienia i izolacji – także w Polsce zdarza się często. Teoretycznie każdy z tych środków może być zastosowany tylko po zbadaniu pacjenta przez lekarza i musi być przez niego nadzorowany. Każdy użycie przymusu winno być udokumentowane. Tak jednak nie jest. W ubiegłym roku zespół ochrony zdrowia rzecznika praw obywatelskich przeprowadził kontrolę ośmiu szpitali (w Starogardzie Gdańskim, Drewnicy k. Warszawy, w Gostyninie, Stroniu Śląskim, Lubiążu k. Legnicy, Toszku k. Gliwic, Suwałkach i Pruszkowie). We wszystkich środki przymusu były traktowane jako “normalna procedura lecznicza” zamiast ostateczności. Pacjenci przetrzymywani byli w pasach zbyt długo i bez powodu. W jednym ze szpitali lekarz dyżurny zostawiał pielęgniarkom zlecenie zapięcia pacjenta w pasy wraz ze swoimi podpisami in blanco na dokumencie upoważniającym do kontynuowania procedury. Podobną kontrolę, tylko obejmującą wszystkie szpitale, przeprowadziła kilka lat wcześniej Najwyższa Izba Kontroli. Wnioski były podobne.

Nieoficjalnie niektórzy lekarze mówią: pasy to awaryjne wyjście w sytuacji, gdy pieniędzy nie starcza na farmaceutyki. – Leki nowej generacji są dostępne właściwie tylko w placówkach naukowych i klinicznych, ale nawet tam nie jest dobrze. Ja pracuję w warszawskim Instytucie Psychiatrii i Neurologii, ale żeby podać pacjentowi taki lek, muszę pisać podanie do dyrekcji – mówi dr Łukasz Święcicki.

Leczy się więc na ogół specyfikami starymi, choć te nowszej generacji są skuteczniejsze niż tradycyjne. Mogą skrócić czas pobytu w szpitalu, dzięki nim uzyskuje się głębszą poprawę, nie ma skutków ubocznych. Na szczęście psychiatria nie wymaga supernowoczesnego sprzętu.

– U nas największa elektronika to elektrowstrząsy i encefalograf. To dość tania gałąź medycyny, ale za darmo leczyć się nie da – mówi Piotr Wysocki, dyrektor finansowy szpitala psychiatrycznego we Wrocławiu. Właśnie elektrowstrząsy wróciły w Polsce do łask. Psychiatrzy zapewniają, że te stosowane dzisiaj to już nie koszmar przedstawiony w “Locie nad kukułczym gniazdem”, kiedy twarz pacjenta wykrzywiały konwulsje, jego ciało wiło się, a z czaszki szedł dym. – Elektrowstrząsy przeprowadzamy w pełnej narkozie, w obecności anestezjologa, po podaniu leków przeciwdrgawkowych – mówi dr Święcicki. Przy ciężkiej depresji to czasem jedyne wyjście ratujące pacjenta przed samobójstwem.

Jednak w niektórych krajach odchodzi się od tej metody. W Danii np. w ciągu ostatnich 20 lat liczba chorych leczonych w ten sposób spadła prawie sześciokrotnie. – Używamy coraz doskonalszych i skuteczniejszych antydepresantów, a jeśli już stosujemy elektrowstrząsy, to słabe, powodujące mniejsze skutki uboczne, niewywołujące na przykład zaburzenia pamięci – mówi dr Tom Boling, profesor psychiatra z Rigshospital w Kopenhadze.

“Kto chory troszka to do Toszka, kto ma bzika do Rybnika, a kto całkiem na nic to do Branic” – mówią na Śląsku o miejscowych szpitalach. Szpital w Toszku jest z nich najstarszy, ma ponadstuletnią historię. W 1896 roku Niemcy wybudowali tu zakład opiekuńczy, przekształcony w czasie powstań śląskich w szpital polowy. Po wojnie szpital stał się obozem NKWD i dopiero w 1958 roku rozwinął działalność psychiatryczną. Otaczający go piękny park ze starodrzewiem skrywa przed oczyma postronnych przechodniów parszywiejące mury. – Powinniśmy zrobić remonty kapitalne dachów, wymienić okna, instalacje i wybudować dwa przyłącza energetyczne – wylicza Anna Rusek, dyrektor placówki.

Większość polskich psychiatryków mogłaby bez problemu uzyskać status zabytku. Szpital w Radomiu wybudowano w 1931 r., w Warcie w 1908, budynki placówki w Bolesławcu stawiano w latach 1857-1863, natomiast szpital w Choroszczy powstał w okresie międzywojennym na gruzach fabryki sukna z 1846 roku. W niektórych oddziałach pacjenci wciąż leżą na łóżkach z czasów wczesnopowojennych. Z metalowych stelaży wyciągają zakrzywione druty – są w sam raz, żeby otworzyć nimi drzwi. Niektórym udaje się w ten sposób wyjść na wolność.

Pani Maria, oddziałowa od 35 lat, pamięta, że niewiele się tu zmieniło od czasu, gdy zaczynała pracę. Stare okna, tynki, podłogi.

Rudowłosa Ania, dwudziestopięciolatka, do szpitala psychiatrycznego w Choroszczy trafiła po raz czwarty. Zna tu każdy zakamarek, każdą dziurę. Chwyta mnie za rękę i prowadzi na jeden z oddziałów. Zatrzymujemy się przed drzwiami bez klamki. Obok wywieszka – dzwonić jeden raz. – Porzućcie nadzieję ci, którzy tu wchodzicie – mówi sentencjonalnie Ania i wyjaśnia: – To z Dantego.

Współpraca Elżbieta Kurowska, Iwona Petryla; Julia Popławska, Kopenhaga; Tadeusz Zachurski, Nowy Jork; Marek Lehnert, Rzym; Marzena Hausman – Sztokholm

Źródło: http://www.newsweek.pl/artykuly/szpitale-chore-psychicznie,19113,1

Continue reading

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)