Wypalanie trawy i ekologia

STOP ZBRODNI WYPALANIA TRAWY WIOSNĄ!

Okiełznanie ognia i uczynienie z niego swego sprzymierzeńca było niewątpliwie jednym z kluczowych działań, które pozwoliły człowiekowi wspinać się po drabinie ewolucji. Po dziś dzień ogień to w wypadku pożaru największy wróg, chociaż normalnie sprzymierzeniec człowieka. Mimo, że zdajemy sobie sprawę z potęgi żywiołów, których do dziś nie udało nam się okiełznać, wciąż traktuje się na wsi ogień zbyt lekkomyślnie.

Wypalanie traw to wciąż jeden z rytuałów, od których wielu ludzi zaczyna się sezon prac polowych. Zapomina się, że ogień trawi wszystko, a w naturze tylko człowiek dzieli jej elementy na ważne i ważniejsze. Fauna i flora potrzebują się wzajemnie by żyć. Niszcząc trawy czy lasy niszczymy świat, który tętni życiem, mnóstwo zwierząt i owadów. Wypalanie łąk jest dla ich „nic nieznaczących” mieszkańców dokładnie tym samym, czym dla nas zamach terrorystyczny, a jeszcze bardzie palenie w piecach hitlerowskiego Oświęcimia. 

Jeden moment, zmienia wszystko. Nigdy już nie będzie tak samo, potrzeba lat by znów móc sprawnie działać. Nikt normalny przy zdrowych zmysłach nie popiera terroryzmu ani hitleryzmu, ani innych przejawów przemocy, szczególnie wobec słabszych. Również natura sama w sobie nie popiera spalania wszystkich form życia pod szyldem rolnictwa stojącego w Polsce na zacofanym poziomie. Widać zniszczenie systemu PGR-ów i Kółek Rolniczych uwsteczniło chłopów do poziomu średniowiecznej ciemnoty i braku podstawowej wiedzy agrarnej. 

Zniszczenie ekosystemu, przyczynia się do chaosu, jakim są plagi kleszczy czy komarów. Każda zbrodnia podlega karze, zgodnej z prawem miejsca, w którym jest dokonywana. Wypalanie traw to zbrodnia na przyrodzie, która na dłuższą metę przyczynia się do wyjałowienia gleby i zniszczenia samych rolników BIEDĄ!
Pewnie jeszcze zły karman (zwrot od losu) za zbiorowy holocaust milionów drobnych zwierząt i roślin przyjdzie, może jako kataklizm, powódź albo susza… albo inne cierpienie, choroba i zagłada…

STOP ZBRODNI WYPALANIA TRAWY WIOSNĄ!

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 8.7/10 (15 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +2 (from 8 votes)

Szpitale chore psychicznie

W tym szaleństwie nie ma metody. Zubożałe szpitale psychiatryczne stają się siedliskiem patologii. Ale kto by tam dbał o psycholi.

Pamiętacie “Lot nad kukułczym gniazdem”? Książka Kena Keseya w latach 60. była hitem. A później film z Jackiem Nicholsonem w roli głównej. Ludźmi wstrząsnął obraz świata, o którym niewiele wiedzieli. Oczywiście ani książka, ani film nie zrobiłyby takiego wrażenia, gdyby nie były metaforą naszego życia, niemniej opis szpitala psychiatrycznego był przerażający – los ludzi za drzwiami bez klamek, ubezwłasnowolnienie i upokorzenie tych, którym należała się pomoc.

Kiedy wszedłem do szpitala w Choroszczy, od razu stanęła mi przed oczami Wielka Oddziałowa, siostra Ratched z “Lotu…”, niepodzielnie władająca pacjentami. W Choroszczy taką władzę mają salowi. Po piętnastej. Bo wtedy prawie wszyscy lekarze, którym podlega 800 pacjentów, idą do domów. Na dyżurze pozostaje jeden lekarz na trzy oddziały – około 180 łóżek.

Janusz Zimowski (personalia zmienione) salowym jest od siedmiu lat. Szczupły, żylasty, spracowany. Po pracy w szpitalu musi jeszcze obrobić parę hektarów gospodarstwa ogrodniczego. Mówi, że na roślinach zna się lepiej niż na “swoich” pacjentach. – Prawdę mówiąc, boję się wariatów, bo z nimi nic nie wiadomo – przyznaje. I jak każdy człowiek, którym kieruje strach, lubi na pacjentów wrzasnąć, przyłożyć lagą. Trzyma ją w szafce od czasu, kiedy mu jakiś pacjent dał dwa razy po gębie.

Zimowski po piętnastej ma do pomocy dwie pielęgniarki i – czasami – jednego z mniej obłąkanych pacjentów. “Zarządza” 60-osobowym oddziałem ogólnopsychiatrycznym. – Obok siebie leżą tu schizofrenie, depresje, ci na obserwacjach sądowych, nowicjusze i umysłowi recydywiści, kobiety i mężczyźni, leżaki-chroniki i nadaktywni fizycznie szaleńcy – wylicza.

Niektórzy chodzą, podtrzymując plecami ściany – żeby nic ich nie zaatakowało. Mężczyzna, 55 lat, prosty jak struna, szczupły, marszowym krokiem przemierza szpitalny korytarz w tę i we w tę. Spod krzaczastych brwi rzuca władcze spojrzenie. Młody pucułowaty chłopak uśmiechnięty od ucha do ucha czuje wewnętrzną potrzebę witania się z całym światem: dzień dobry, dzień dobry. Dzień dobry – zakrzykuje w stronę przywiązanego do fotela mężczyzny; bose zziębnięte stopy podskakują. Mężczyznę wystawiono na korytarz za karę, bo w nocy krzyczy i zakłóca innym sen.

Bure linoleum, specyficzny zapach leków, spoconych ciał – i nikotyny. Choć pali się w specjalnych kącikach, smród papierosów wciska się wszędzie. Chorzy w rozchełstanych piżamach chodzą i proszą żebraczym tonem: daj papierosa, daj, panie.

Zimowskiemu w czasie rozmowy oczy latają niespokojnie, co chwila zrywa się z miejsca jakby siedział na gorącym kamieniu – chce popatrzeć, co się dzieje. Opowiada, że kiedyś było ich na zmianie z pielęgniarkami siedem osób. Teraz trudno wszystkiego upilnować. Trzeba pomóc siostrom przy wydawaniu leków. Zmyć “hektary”: korytarze, sale, toalety, hol. No i pilnować, czy się za łby nie biorą.

– Jak zaczyna się akcja, znaczy pacjent szaleje, dzwonisz na izbę przyjęć, tam jest grupa szybkiego reagowania. Ochroniarze wpadają i raz dwa robią porządek. Ale do izby kawał drogi. Nim przylecą, może być już Sodoma i Gomora – mówi Janusz.

Najgorzej idzie z przestępcami, skierowanymi do szpitala na obserwację. W Choroszczy jest specjalny oddział sądowy z monitoringiem, prawie Alcatraz, ale podsądni trafiają też na zwykłe oddziały, bo miejsc nie starcza, a i lekarz dostaje za opis przypadku dodatkowe pieniądze. Janusz pamięta, jak w ostatniej chwili uratował jedną z pacjentek – panią Hanię – przed gwałtem. Kiedy on szorował korytarz, Jacek, właśnie taki podsądny, przycisnął jej głowę poduszką i już zaczął ściągać portki.

Janusz twierdzi, że najlepszym sprzymierzeńcem salowego jest pacjent. Można – w zamian za papierosy czy drobne przywileje – wykorzystać go do sprzątania (niezgodne z prawem) czy pacyfikowania innych chorych (to już kryminał).

Michał Jakuś (imię i nazwisko zmienione), pensjonariusz około pięćdziesiątki, leżał już na niejednym oddziale. Mówi, że ma nerwicę, lecz mówiąc to, mruga, że niby co innego, ale lekarze bez sensu się upierają przy nerwicy. Wysoki, chudy w granatowym bawełnianym dresie. Chłopek-roztropek, filozof zza przyzby, niczego o sobie nie chce zdradzić – że niby komu po co takie wiadomości potrzebne.

Czuje się w szpitalu jak w domu. Bez pytania rozsiada się wygodnie w fotelu, prosi Janusza o papierosa i kawę (prośba spełniona zostaje natychmiast) i wyjaśnia zasady szpitalnego życia po piętnastej.

– Niczego się nie bój, tu da się wytrzymać – Michał myśli, że jestem kandydatem na sanitariusza. – Tylko się musisz ułożyć – tłumaczy, lekko sepleniąc i zaciąga się trzymanym między kciukiem a palcem wskazującym (“po radziecku”) papierosem. – Najważniejsze, żeby był zgrany zespół: my, czyli pacjenci, salowi i pielęgniarki. Sprzątanie na oddziale to nasza sprawa. Ty leżysz i spokojnie pijesz kawę, a my zasuwamy.

Michał nie potrzebuje niczego z domu – taką ma sztamę z sanitariuszami. Od jednego za sprzątanie dostaje papierosy, od drugiego jedzenie, a trzeci po prostu mu płaci. Zdarza się, że biorą go na akcję. – Raz rozszalała się małolata na dziecięcym – opowiada. – Wykręciłem jej nogi, sanitariusz ręce. Związaliśmy prześcieradłem. Nie wiesz, jak potrafi brykać taka małolata – patrzy znacząco.

Michał chwali się, że ma już takie doświadczenie, że sam mógłby się przyjąć na salowego. Miejsce może się wkrótce zwolnić. Niedawno policjanci zatrzymali sanitariusza, który na oddziale prowadził nielegalny sklepik z przeszmuglowanymi ze wschodu papierosami. Kto wie, może się uda.

To wszystko dzieje się w Choroszczy, ale ten opis równie dobrze pasowałby do większości naszych psychiatryków. W Polsce na 50 szpitali zaledwie kilka funkcjonuje poprawnie. Lepiej jest w 142 niewielkich oddziałach przy szpitalach ogólnych. – Dobrze działa utworzony w 2002 roku 30-łóżkowy oddział w Przasnyszu, niezły jest ten działający przy Szpitalu Bielańskim w Warszawie – wylicza dr Szymon Niemcewicz, ordynator II oddziału psychiatrycznego szpitala przy ul. Nowowiejskiej w Warszawie.

Jak szacuje Wojciech Kłosiński, naczelnik wydziału psychiatrii i patologii społecznej departamentu zdrowia publicznego w Ministerstwie Zdrowia, w szpitalnictwie psychiatrycznym brakuje 1300 lekarzy (zatrudnionych jest 2700). W Świeciu Andrzej Goszczyński, dyrektor tamtejszego szpitala, na dyżurach nocnych ma do dyspozycji jednego lekarza dyżurnego, który obsługuje izbę przyjęć, i dwóch dodatkowych na 600 łóżek. To gorzej niż w Choroszczy. Braki pielęgniarek czy salowych trudno nawet oszacować. W ramach oszczędności właśnie one jako pierwsze dostają wymówienia.

W Polsce nie ma norm określających, liczbę lekarzy czy pielęgniarek przypadającą na grupę, dajmy na to, stu chorych. Jak zapowiada Ministerstwo Zdrowia, standardy leczenia psychiatrycznego mają być opracowane w przyszłym roku. Skutki takiej mizerii nietrudno przewidzieć. W połowie sierpnia ze szpitala psychiatrycznego w Jarosławiu uciekł internowany tam psychopatyczny zabójca, niebezpieczny szaleniec cierpiący na zespół paranoidalny. Zamiast na oddziale zamkniętym umieszczono go na zwyczajnym, wypuszczano na spacery. Na ucieczce zabił kolejną osobę. – Za wielu pacjentów, za mało personelu – tłumaczyła dyrekcja.

W czerwcowy ranek obsługa rybnickiego szpitala znalazła martwego pacjenta. Wisiał na pasku zaczepionym do ramy łóżka. Nikt niczego nie widział. Podobnie jak przed pięciu laty w Choroszczy, kiedy ktoś w środku nocy pobił dwóch pacjentów. Jeden zmarł, drugiemu cudem udało się przeżyć. Według personelu feralna noc minęła spokojnie. Nikt nie słyszał krzyków, płaczu czy błagania o pomoc. Kilku świadków, chorych psychicznie, wskazywało na pacjenta Andrzeja Szarawę (nazwisko zmienione) jako na sprawcę zbrodni, ale sąd uznał, że ich zeznania są niewiarygodne, i oskarżonego uniewinnił. W uzasadnieniu wyroku wyraził tylko zdziwienie, że nikt z personelu nie zauważył, że w nocy skatowano dwóch pacjentów.

– Mamy kryzys w ochronie zdrowia – stwierdza lakonicznie Marek Balicki, minister zdrowia, psychiatra. Trudno jednak nie zauważyć, że nawet wśród ogólnej nędzy psychiatria spychana jest na margines.

Do szpitali psychiatrycznych trafia – proporcjonalnie – o 20 procent mniej pieniędzy niż do ogólnych. Dlaczego? Bo punkty, w których Narodowy Fundusz Zdrowia wycenia szpitalne usługi, w przypadku psychiatrii są średnio o dwa złote tańsze niż w innych specjalnościach. Punkt psychiatryczny kosztuje 8-7 zł, podczas gdy np. chirurgiczny – 10 zł.

Stawka żywieniowa w szpitalach psychiatrycznych to średnio 3,60-4zł dziennie, podczas gdy więźniowie mają do przejedzenia 4,20 zł. Pacjentów “normalnych” szpitali, a nawet więźniów odwiedzają rodziny z prowiantem, pacjenci szpitali psychiatrycznych gości raczej nie mają.

Ale chorego na depresję 26-letniego Tomasza z oddziału psychiatrycznego w Straszęcinie k. Dębicy matka odwiedza i dożywia. Co z tego, skoro inni chorzy regularnie wykradają mu to jedzenie. Kiedy się broni, dotkliwie go biją. – Chłopak jest wychudzony, wygląda jak szczur – matce chorego łamie się głos, kiedy opowiada, jak przestraszyła się wyglądu własnego dziecka. – Jak on ma wyzdrowieć w takich warunkach? – pyta zrozpaczona.

Pieniędzy nie wystarcza na codzienną działalność szpitali, a cóż dopiero na planowaną od lat reformę, która ma wyprowadzić leczenie z psychiatrycznych molochów do niewielkich oddziałów przy szpitalach ogólnych. Nie ma pieniędzy na podstawowe remonty. A przede wszystkim nie ma na skuteczne leki. – No cóż, co innego chore dzieci, zawałowcy czy walczący z nowotworami – to zawsze robiło i robi wrażenie. Ale chorzy psychicznie? – mówi dr Łukasz Święcicki z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. Profesor Stanisław Pużyński, krajowy konsultant ds. psychiatrii, mówi wprost, że psychiatria jest wyjątkowo dyskryminowaną dziedziną medycyny.

Od wieków chorzy psychicznie traktowani są przez “zdrowe” społeczeństwo z pogardą przemieszaną ze strachem. Średniowiecze umieszczało chorobę psychiczną w kategorii występku, wręcz grzechu, a chorzy – jako opętani przez diabła – byli paleni na stosie lub ładowani na statki i wysyłani w morską podróż donikąd. Pierwsze szpitale psychiatryczne, jakie zaczęły powstawać w Europie w XVII w., bardziej przypominały dantejskie kręgi piekieł niż placówki medyczne. Jeszcze w latach 80. chorych psychicznie zamykano do szpitali olbrzymów na kilkaset lub więcej łóżek, zajmujących często ponadstuletnie budynki po dawnych fabrykach czy koszarach, z dala od miast.

Taki stosunek do chorych pokutuje do dziś na całym świecie. Dlatego w Szwecji, aby uniknąć społecznego naznaczenia, zlikwidowano pojęcie psychicznie chorych. Zamiast nich po ulicach Sztokholmu chodzą “osoby cierpiące na zaburzenia równowagi psychicznej”. Ale takie pozbycie się – w sferze werbalnej – problemu bynajmniej go nie zlikwidowało. Kilka ubiegłorocznych zabójstw popełnionych przez wypuszczone na ulice i pozostawione własnemu losowi osoby chore psychicznie, z których najgłośniejsze było zabicie minister spraw zagranicznych Anny Lindh, pokazało jasno, czym kończy się reforma redukująca liczbę łóżek w szpitalach psychiatrycznych o 85 procent, jak to uczyniono w 1995 roku w Szwecji.

Według wyników ostatnich badań większość sprawców ciężkich przestępstw tuż przed popełnieniem zbrodni bezskutecznie szukała pomocy psychiatrów. To skłoniło rząd szwedzki do powołania we wrześniu 2003 roku eksperta, który ma w ciągu 3 lat opracować projekt poprawy systemu szwedzkiej opieki psychiatrycznej.

Pozostawienie pacjentów samym sobie prowadzi prostą drogą do ich bezdomności i samobójstw. Tak jest nie tylko w Szwecji. – Na ulicach miast i miasteczek w Stanach Zjednoczonych gros bezdomnych to właśnie osoby chore psychiczne – mówi dr Szymon Niemcewicz. Nie mają pracy, ubezpieczenia, stanowią zagrożenie dla siebie i innych. Niektórzy z nich, aby zakończyć cierpienia, w nietypowy sposób kończą z życiem, prowokując policjantów, aby ich zastrzelili.

Włosi poradzili sobie z problemem, likwidując przymusowe leczenie oraz same szpitale psychiatryczne. Chorzy potrzebujący hospitalizacji leczeni są na specjalnych oddziałach przy szpitalach ogólnych.

Nie wszystkim to się podoba, zwłaszcza rodzinom pacjentów, które nie mogą już upchać chorego do szpitala na kilka miesięcy. Niezadowoleni są też prawicowi politycy, którzy co jakiś czas podnoszą krzyk, że “po ulicach latają niebezpieczni wariaci”. We Włoszech psychiatria jest sprawą polityczną i dyskusje na temat jej organizacji są raczej ideologiczne niż naukowe.

Dr Mario Maj, dyrektor instytutu psychiatrii uniwersytetu w Neapolu, cieszy się, że jego kraj jest w awangardzie światowej, gdyż przynajmniej nie ma niebezpieczeństwa, że chory trafi do “łagru”, jak nazywa szpitale psychiatryczne. W tym samym czasie Umberto Veronesi, były minister zdrowia, ostrzega, że problem braku szpitali jest poważny, gdyż dotyczy aż 10 milionów chorych osób. “Dziesięć milionów Włochów ma zaburzenia psychiczne. Pozostałych pięćdziesiąt milionów nie ma alibi” – opowiadają sobie dowcip Włosi.

Stres cywilizacyjny i szalone tempo życia powodują, że osób cierpiących na zaburzenia psychiczne przybywa – nie tylko we Włoszech. Według danych Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) z powodu chorób psychicznych cierpi 450 mln mieszkańców naszego globu. Nawet w niewielkiej – 5,3 mln ludności – i wydawałoby się spokojnej Danii na depresję cierpi ponad 200 tys. osób. Tyle samo ma stany lękowe. Ponad 4 tys. choruje na psychozy. Około 900 osób każdego roku popełnia samobójstwo i 10 razy tyle próbuje odebrać sobie życie. Tymczasem w Danii jest tylko 110 psychiatrów, u których o wizytę jest równie trudno jak o audiencję u papieża. Pierwszeństwo mają pacjenci po udokumentowanych próbach samobójczych.

W Polsce sytuacja też jest poważna. W ramach zapoczątkowanej reformy – likwidowania molochów szpitalnych – skasowano 1414 łóżek: w 2001 r. było ich 20 366, a rok później – 18 952. Co prawda w szpitalach ogólnych powstało ok. 600 łóżek dla “psychicznych”, ale to i tak za mało. Zwłaszcza że opieka środowiskowa praktycznie nie istnieje.

Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Lubiążu to sztandarowy przykład działania reformy w polskim szpitalnictwie psychiatrycznym. W ramach oszczędności z 1100 łóżek zostało 370. Wiele budynków stoi pustych. Nie można ich nawet wynająć, bo nie ma chętnych na lokal na terenie psychiatryka. Kiedyś to było państwo w państwie – własna pralnia, piekarnia, teatr. Teraz zlikwidowano etaty dentysty, ginekologa, nie ma już fizykoterapeutów (w ub. roku zwolniono 100 osób). Trzeba było dopasować się do kontraktu, ale pieniędzy i tak wystarcza na pokrycie 60 proc. potrzeb. Kiedy w ostatnią niedzielę przywieziono tu krzyczącą przeraźliwie, wyrywającą się sanitariuszom kobietę, dyrektor Jacek Kacalak nie zastanawiał się, tylko zaordynował wstawienie na korytarz kolejnej dostawki – choć w szpitalu miał już nadkomplet.

– Była bardzo agresywna, budziła swoje dzieci w nocy, wyrzucała z domu. Obdzwoniłem wszystkie szpitale na Dolnym Śląsku, jeden po drugim, i wszędzie słyszałem to samo: nie ma miejsc – opowiada dyr. Kacalak.

W samym Wrocławiu brakuje stu łóżek. Wozimy pacjentów do szpitala w Sieniawce, a to prawie 200 km od nas – mówi dr Józef Bryś z Wrocławia.

Marek Zatorski, właściciel firmy handlowej z Warszawy, do dziś nie może pogodzić się ze śmiercią swojego kuzyna z Dolnego Śląska, Piotra. Rok temu Piotr poprosił go o pomoc w zorganizowaniu podróży do Holandii, bo tam “robią eutanazję”. Okazało się, że miał daleko posuniętą schizofrenię. Choroba sprawiała, że ukojenia chciał szukać w śmierci. Zamiast do Holandii pojechali do szpitala w Krośnicach pod Wrocławiem. – Mamy komplet!

– lekarz dyżurny rozłożył ręce. Po wielu staraniach udało się chorego umieścić w szpitalu w Gnieźnie, skąd po miesiącu i w złym stanie został wypisany. Rodzina chciała umieścić go w tzw. izbie opieki stałej w Krośnie, ale tam mogliby go przyjąć za 35 lat – w kolejce oczekujących zajmował 141. miejsce. Było tam 70 chorych, rocznie ubywało dwóch. Zdesperowany popełnił samobójstwo w wigilię Wszystkich Świętych.

Przestrzeganie praw chorego psychicznie to kolejna bulwersująca sprawa, z którą nawet wysoko cywilizowane kraje nie umieją sobie poradzić. W USA prywatne (jak cała służba zdrowia) szpitale psychiatryczne chwytają się różnych sposobów, by jak najdłużej przetrzymać chorego i dostać za jego leczenie jak największą kwotę od firmy ubezpieczeniowej. W rezultacie takich malwersacji osoby, które powinny być leczone ambulatoryjnie, wbrew swojej woli trafiają na kosztowne, acz mało skuteczne leczenie w placówce zamkniętej, gdzie często są ofiarami niekompetentnego i sadystycznego personelu. Kelly Stafford miała 17 lat, kiedy znalazła się w jednym ze szpitali. Miała nadzieję, że kilkudniowy pobyt pozwoli jej odetchnąć od problemów rodzinnych. Trzymano ją tam 309 dni (ubezpieczyciel płacił szpitalowi 800 dolarów za dzień), gdy protestowała, zamykano ją w izolatce. Inne pacjentki były gwałcone, oporni pacjenci ogłuszani środkami uspokajającymi i przywiązywani do krzeseł. Skandal, który wybuchł w związku z tą sprawą w 1997 roku, postawił na nogi opinię publiczną, ale nawet powołanie specjalnych komisji śledczych nie zlikwidowało procederu.

Nadużywanie wobec pacjentów środków przymusu bezpośredniego – przytrzymania, przymusowego zastosowania leku, unieruchomienia i izolacji – także w Polsce zdarza się często. Teoretycznie każdy z tych środków może być zastosowany tylko po zbadaniu pacjenta przez lekarza i musi być przez niego nadzorowany. Każdy użycie przymusu winno być udokumentowane. Tak jednak nie jest. W ubiegłym roku zespół ochrony zdrowia rzecznika praw obywatelskich przeprowadził kontrolę ośmiu szpitali (w Starogardzie Gdańskim, Drewnicy k. Warszawy, w Gostyninie, Stroniu Śląskim, Lubiążu k. Legnicy, Toszku k. Gliwic, Suwałkach i Pruszkowie). We wszystkich środki przymusu były traktowane jako “normalna procedura lecznicza” zamiast ostateczności. Pacjenci przetrzymywani byli w pasach zbyt długo i bez powodu. W jednym ze szpitali lekarz dyżurny zostawiał pielęgniarkom zlecenie zapięcia pacjenta w pasy wraz ze swoimi podpisami in blanco na dokumencie upoważniającym do kontynuowania procedury. Podobną kontrolę, tylko obejmującą wszystkie szpitale, przeprowadziła kilka lat wcześniej Najwyższa Izba Kontroli. Wnioski były podobne.

Nieoficjalnie niektórzy lekarze mówią: pasy to awaryjne wyjście w sytuacji, gdy pieniędzy nie starcza na farmaceutyki. – Leki nowej generacji są dostępne właściwie tylko w placówkach naukowych i klinicznych, ale nawet tam nie jest dobrze. Ja pracuję w warszawskim Instytucie Psychiatrii i Neurologii, ale żeby podać pacjentowi taki lek, muszę pisać podanie do dyrekcji – mówi dr Łukasz Święcicki.

Leczy się więc na ogół specyfikami starymi, choć te nowszej generacji są skuteczniejsze niż tradycyjne. Mogą skrócić czas pobytu w szpitalu, dzięki nim uzyskuje się głębszą poprawę, nie ma skutków ubocznych. Na szczęście psychiatria nie wymaga supernowoczesnego sprzętu.

– U nas największa elektronika to elektrowstrząsy i encefalograf. To dość tania gałąź medycyny, ale za darmo leczyć się nie da – mówi Piotr Wysocki, dyrektor finansowy szpitala psychiatrycznego we Wrocławiu. Właśnie elektrowstrząsy wróciły w Polsce do łask. Psychiatrzy zapewniają, że te stosowane dzisiaj to już nie koszmar przedstawiony w “Locie nad kukułczym gniazdem”, kiedy twarz pacjenta wykrzywiały konwulsje, jego ciało wiło się, a z czaszki szedł dym. – Elektrowstrząsy przeprowadzamy w pełnej narkozie, w obecności anestezjologa, po podaniu leków przeciwdrgawkowych – mówi dr Święcicki. Przy ciężkiej depresji to czasem jedyne wyjście ratujące pacjenta przed samobójstwem.

Jednak w niektórych krajach odchodzi się od tej metody. W Danii np. w ciągu ostatnich 20 lat liczba chorych leczonych w ten sposób spadła prawie sześciokrotnie. – Używamy coraz doskonalszych i skuteczniejszych antydepresantów, a jeśli już stosujemy elektrowstrząsy, to słabe, powodujące mniejsze skutki uboczne, niewywołujące na przykład zaburzenia pamięci – mówi dr Tom Boling, profesor psychiatra z Rigshospital w Kopenhadze.

“Kto chory troszka to do Toszka, kto ma bzika do Rybnika, a kto całkiem na nic to do Branic” – mówią na Śląsku o miejscowych szpitalach. Szpital w Toszku jest z nich najstarszy, ma ponadstuletnią historię. W 1896 roku Niemcy wybudowali tu zakład opiekuńczy, przekształcony w czasie powstań śląskich w szpital polowy. Po wojnie szpital stał się obozem NKWD i dopiero w 1958 roku rozwinął działalność psychiatryczną. Otaczający go piękny park ze starodrzewiem skrywa przed oczyma postronnych przechodniów parszywiejące mury. – Powinniśmy zrobić remonty kapitalne dachów, wymienić okna, instalacje i wybudować dwa przyłącza energetyczne – wylicza Anna Rusek, dyrektor placówki.

Większość polskich psychiatryków mogłaby bez problemu uzyskać status zabytku. Szpital w Radomiu wybudowano w 1931 r., w Warcie w 1908, budynki placówki w Bolesławcu stawiano w latach 1857-1863, natomiast szpital w Choroszczy powstał w okresie międzywojennym na gruzach fabryki sukna z 1846 roku. W niektórych oddziałach pacjenci wciąż leżą na łóżkach z czasów wczesnopowojennych. Z metalowych stelaży wyciągają zakrzywione druty – są w sam raz, żeby otworzyć nimi drzwi. Niektórym udaje się w ten sposób wyjść na wolność.

Pani Maria, oddziałowa od 35 lat, pamięta, że niewiele się tu zmieniło od czasu, gdy zaczynała pracę. Stare okna, tynki, podłogi.

Rudowłosa Ania, dwudziestopięciolatka, do szpitala psychiatrycznego w Choroszczy trafiła po raz czwarty. Zna tu każdy zakamarek, każdą dziurę. Chwyta mnie za rękę i prowadzi na jeden z oddziałów. Zatrzymujemy się przed drzwiami bez klamki. Obok wywieszka – dzwonić jeden raz. – Porzućcie nadzieję ci, którzy tu wchodzicie – mówi sentencjonalnie Ania i wyjaśnia: – To z Dantego.

Współpraca Elżbieta Kurowska, Iwona Petryla; Julia Popławska, Kopenhaga; Tadeusz Zachurski, Nowy Jork; Marek Lehnert, Rzym; Marzena Hausman – Sztokholm

Źródło: http://www.newsweek.pl/artykuly/szpitale-chore-psychicznie,19113,1

Continue reading

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)

Wegetarianie rzadziej chorują na raka

vegetarianhugpetaNajnowsze badania wykazały, że wegetarianie chorują na raka rzadziej niż osoby spożywające mięso – informuje “American Journal of Clinical Nutrition”.

Naukowcy z Uniwersytetu w Oksfordzie rozpoczęli swoje badania w latach 90. Wzięło w nich udział blisko 53 tys. osób w wieku 20-89 lat. Badanych podzielono na cztery grupy: osoby spożywające mięso, osoby, w których diecie przeważają ryby, a także osoby stosujące dietę wegetariańską i wegańską.

Analiza danych wykazała, że wegetarianie i ludzie jedzący dużo ryb chorowali na nowotwory znacznie rzadziej niż osoby spożywające mięso. Wyjątkiem był rak jelita grubego, który najczęściej występował właśnie u wegetarianów.

Było to dla naukowców niemałym zaskoczeniem, gdyż wcześniejsze badania dowiodły, że rak jelita grubego jest chorobą związaną ze spożywaniem dużych ilości czerwonego mięsa.

Nadzorujący badania prof. Tim Key twierdzi, że ustalenie związku pomiędzy dietą i rakiem wymaga jeszcze wielu badań. Powszechnie wiadomo, że spożywanie pięciu porcji warzyw i owoców dziennie zmniejsza ryzyko wystąpienia nowotworów i innych chorób.

Zawsze należy jednak pamiętać, że na powstawanie nowotworów ma wpływ wiele innych czynników.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (5 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)

Telefon bez prądu z sieci

Japoński koncern elektrotechniczny zbudował w październiku 2009 nowy model telefonu komórkowego, który może pracować wyłącznie na metanolu, bez potrzeby doładowywania z sieci elektrycznej. Ten niewielki rozmiarami telefon jest prawie dwa razy cieńszy od skonstruowanej w 2005 roku unikalnej “komórki” – poinformowali przedstawiciele firmy Toshiba. Zmodernizowany “metanolowy” telefon ma wmontowane wymienne “ogniwo paliwowe”, do którego wpuszcza się spirytus metylowy, na podobieństwo zapalniczki gazowej. Na życzenie użytkownika ogniwo może być zastąpione standardową bateryjką jonowo-litową. Konstruktorzy twierdzą, że jednorazowe wpuszczenie 3,5 mililitra metanolu zapewnia nieprzerwaną pracą aparatu przez 320 godzin. Toshiba, przy udziale wiodącego w Japonii operatora telekomunikacyjnego KDDI Corp., zamierza w najbliższym czasie doprowadzić grubość zbudowanego telefonu do 20 milimetrów.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.5/10 (4 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)

Milion aut elektrycznych w Niemczech

Rząd Niemiec przyjął “narodowy plan rozwoju elektromobilności”, który przewiduje, że do 2020 roku po drogach tego kraju będzie się poruszać przynajmniej milion samochodów z napędem elektrycznym. Aby to osiągnąć, w ciągu najbliższych dwóch lat opracuje standardy dla akumulatorów i stacji, w których będą one doładowywane. Intencją rządu Niemiec jest wykorzystywanie w tych stacjach głównie energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych. Plan rozwoju elektromobilności przewiduje też bodźce finansowe, mające zachęcać do kupowania samochodów z napędem elektrycznym. W roku 2012 ma w ten sposób zostać wsparte wprowadzenie na rynek pierwszych 100 tysięcy pojazdów elektrycznych. Zakres i forma tego wsparcia będą przygotowane przez rząd, wyłoniony w wyborach 27 września 2009. Volkswagen ma nadzieję wprowadzić na rynek swój pierwszy samochód z napędem elektrycznym w 2013 roku. Daimler współpracuje z kalifornijską firmą Tesla Motors Inc. nad wydajniejszymi akumulatorami i elektrycznymi układami napędowymi.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.7/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)

Aloes

Wspomaga układ odpornościowy organizmu

aloesUżywany był nie tylko w kulturach afrykańskich, ale również sosowany był przez Rzymian, Greków, Hebrajczyków, Arabów, Egipcjan. Właściwości lecznicze aloesu potwierdził w sposób naukowy rosyjski okulista i chirurg, profesor Vladimir Fiłatow, choć badania nad tą niezwykłą rośliną trwają nadal.
Roślina ta została uznana przez Indian za magiczną. Wieszano ją przed wejściem, a bogosławiona przez szamana chroniła przed złymi duchami zapewniając całej rodzinie szczęście i bezpieczeństwo.

Roślina bardzo popularna. Znane jest 250 gatunków tej rośliny. Pochodzi z rodziny kaktusowatych. Posiada niskie, pozbawione pnia rozęte liście. Niektóre z nich posiadają właściwości lecznicze, jak np. aloes pstry       (łac. variegata) o liściach nieregularnie cętkowanych, aloes ościsty (łac. aristata) – posiada grube, kolczaste liście, aloes niski (łac. humilis) – liście o różnych kształtach i kolorach rozłożyście rozkładajacych się przy ziemi, aloes prążkowany (łac. striata) – o niebieskawo-białych liściach z czerwonym brzegiem, aloes drzewiasty (łac. arborescenes) osiąga dość duże rozmiary, jego pień rozgałęzia się ku górze, natomiast ogołacający ku dołowi i wiele innych gatunków. To tylko kilka gatunków wyżej wymienionych, które posiadają uzdrawiające i lecznicze właściwości, a jest ich wiele. Niektóre z nich mają zastosowanie w medycynie i kosmetyce.

Działanie lecznicze i uzdrawiające

Najcenniejsze właściwości tej rośliny, kryją się w miąższu. Miąższ aloesu zawiera ponad 140 biologicznie czynnych składników: proteiny, glikoproteiny, białka, witaminy, enzymy, aminokwasy, związki mineralne, nienasycone kwasy tłuszczowe, substancje o działaniu przeciwzapalnym, przeciwbólowym, przeciwbakteryjnym, a także cukry i wielocukry.
Zawarty w liściach kwas salicylowy zwalcza stany zapalne i łagodzi ból. Roślina wspomaga leczenie chronicznego zapalenia jelit, natomiast sok z tej rośliny oczyszcza jelita, głównie zwalcza  skłonności organizmu do obstrukcji (obstipatio), czyli tzw. zaparcia oraz nautralizuje soki żołądkowe. Wykazuje działanie antyrakowe, immunostymulujące i biostymulujące. Zewnętrznie stosowany jest do okładów w infekcjach grzybiczych i bakteryjnych skóry. Aloes goi rany i leczy oparzenia. Ma działanie bakteriobójcze w przypadku bolesnych hemoroidów, a szczególnie w przypadku bakteryjnych infekcji przewodu pokarmowego. Przyczynia się do zmniejszania stężenia kwasu solnego, którego nadmiar powoduje ich powstawanie. To silny środek przeczyszczający. Przeciwdziała powstawaniu kamieni nerkowych oraz zmniejsza ich rozmiary. Zmniejsza ból i reakcje zapalne, przyspiesza proces gojenia ran skóry, pobudza wzrost oraz naprawę skóry. Leczy owrzodzenia, odmrożenia, opażenia, zarówno ran zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Polecany jest głównie osobom osłabionym, po przebytych chorobach oraz osobom z przesuszoną skórą, regeneruje, wygładza i ujędrnia.

Aloes posiada doskonałe właściwości lecznicze i odżywcze. Zawiera substancje czynne, dlatego błyskawicznie i łatwo wchłaniany jest przez organizm. Przyspiesza procesy rekonwalescencji, a także ma zastosowanie w odbudowie organizmu po kuracjach antybiotykowych. Przynosi ulgę w przypadku podrażnień układu pokarmowego. To doskonały środek leczniczy przy przeziębieniach tj. kaszel, katar i gorączka.
Grube liście aloesu pozwalają mu przetrwać miesiące bez wody. To w nich znajdują się substancje, które wspomagają układ odpornościowy organizmu.

Wszystkie gatunki aloesu są wytrzymałe na susze i upały. Ich rodzime tereny to tereny pustynne Afryki Południowej, Wyspy Kanaryjskie, Madagaskar. W sprzyjających warunkach niektóre gatunki tworzą rozrośnięte rozety, często przybierające wielkość dużych krzewów, a nawet charakterystycznie wyglądających drzew. W okresie kwitnienia pojawiają się pędy kwiatostanów z licznymi rurkowatymi kwiatami o różnych barwach: pomarańczowej, żółtej, czerwonej, a nawet dwubarwnej – np. zielonobiałej. Niektóre gatunki kwitną przez całe lato.

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +3 (from 3 votes)

Bławatek – ukojenie dla oczu

Pożyteczne dla tych, którzy spędzają wiele godzin przed komputerem.

blawatekWedług mitologii greckiej centaur to istota pół człowiecza – pół końska. Mówi się, że jeden z nich wyjawił ludzkości sekretną wiedzę o właściwościach leczniczych wszystkich roślin na ziemi. Dlatego nie dziwi, że nazwa jednego z najpiękniejszych kwiatów naszych pól pochodzi od postaci mitologicznej. W dawnej Francji cherber bławatek był znany  jako „l‘eau de casselunettes” – co możemy przetłumaczyć jako „woda pękniętych okularów”, gdyż wierzono, iż kto używa tą  roślinę, nie potrzebuje okularów.

Cherber bławatek (łac. Centaurea Cyanus) to jednoroczna, delikatna roślina pochodzśca z rodziny astrowatych. Osiąga wysokość do 70 cm, rozgałęziona, jej liście są długie równowąskie, dolne włochate. Kwiaty zebrane w pojedyńcze koszyczki o średnicy 2 – 3 cm osadzone na końcach rozgałęzionych pędów. Kwiaty brzeżne językowate posiadają piękny ciemnoniebieski lub czasem białawy kolor. Kwitnie już od maja aż do sierpnia.

Do rodziny Centuarea zaliczamy około 500 gatunków, występujących na całym świecie. Centaurea Cyanus to jeden z piękniejszych okazów w tej rodzinie. Kwiat zazwyczaj spotykany jest na obrzeżach pól, ugorach i często nazywany chwastem zbóż. Chebry występują w prawie całej Europie, włączając północ oraz centrum półwyspu iberyjskiego. Uważa się, że roślina ta pochodzi ze wschodniej Europy, skąd rozprzestrzeniła się na resztę kontynentu.

Do celów leczniczych zbieramy koszyczki kwiatów (Cyani Flos) w czasie ich pełni kwitnienia. Z zebranych koszyczków kwiatowych wyskubuje się kwiaty brzeżne i szybko suszy w podwyższonej temperaturze, w przewiewie. Kwiaty suszone długo, w warunkach naturalnych i na słońcu, zmieniają barwę (bledną) wskutek rozpadu niebieskiego barwnika cyjaniny. Roślina ta zawiera glikozydy antocyjanowe (głównie cyjaninę), pelarginę, flawonoidy, związki gorzkie oraz sole manganu.

Balsam dla oczu

Jako roślina gorzka świetnie działa na pobudzenie apetytu. Pomocna jest przy stanach zapalnych dróg moczowych oraz zewnętrznie w zapaleniu spojówek i brzegów powiek. Najbardziej ceniona jest za swe dobroczynne właściwości dla naszych oczu. Poprawia mikrokrążenie naczyń kapilarnych, wzmaga ich odporność, wspomaga ostrość widzenia. Dlatego to zioło poleca się głównie osobom zmuszonym wytężać wzrok przez wiele godzin przed monitorem komputera czy telewizora oraz dla osób uczących się. Jest wielką pomocą dla osób tracących wyrazistość widzenia oraz cierpiących na krótkowzroczność. Daje bardzo dobre rezultaty w przypadku dolegliwości typu „worki pod oczmi” czy „kurze łapki”.

Dzięki swym właściwościom przeciwzapalnym i antybakteryjnym służy jako pomocny środek w dolegliwościach jamy ustnej we wszelkiego rodzaju zapaleniach, w szczególności warg, w przypadku nadwrażliwych i krwawiących dziąseł oraz łagodzi bóle zębów.

Sposób na zmęczone oczy

Bławatek najczęściej aplikuje się robiąc kąpiele oczu, przemywając oraz nakładając kompresy. Jednakowe proporcje bławatka, bzu i płatków róży (2 łyżki stołowe mieszanki na ¼ l wody) zalewamy gorącą wodą, przygotowując napar. Czekamy chwilę, by zioła „naciągnęły” i nastepnie filtrujemy. Gotowy napar aplikujemy jako kompres za pomocą gazy lub waty na zamknięte powieki. W przypadku kąpieli gałek ocznych zakraplamy oczodoły lub zanurzamy twarz w wodzie bławatkowej otwierając oczy pod wodą i wykonując ruchy gałek we wszystkie strony. Jest to również doskonałe ćwiczenie dla oczu.

opublikowano za pozwoleniem:
Sughriva Violette Babkiewicz
kontakt: sughriva@yahoo.es

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +2 (from 2 votes)

Straszliwe GMO – Afera Pusztai

Ludzkość nie może sobie pozwolić na ryzyko związane
z inżynierią genetyczną! STOP GMO!!!

GMOStop

Mieszanie genów roślin i zwierząt jest bardzo niebezpieczne i nieprecyzyjne. Używa się do tego bardzo agresywnych, rakotwórczych wirusów, które z czasem podlegają mutacji i z czasem mogą z nich powstawać inne groźne zarazki o nieprzewidzianych konsekwencjach. Tak zmienione organizmy mają zdolność rozmnażania się i przenoszenia swych zmienionych cech na kolejne pokolenia.

Árpád Pusztai urodzony 8 września 1930 roku jest naukowcem węgierskiego pochodzenia zajmującym się proteinami, który większość swojej kariery z lat 1968-1995 związał z the Rowett Research Institute w Aberdeen w Szkocji. Napisał trzy książki i 270 artykułów naukowych. W 1998 roku opublikował badania wykazujące, że genetycznie modyfikowane ziemniaki powodują poważne schorzenia u doświadczalnych szczurów. Znane jest to pod nazwą afery Pusztai. W 2005 roku otrzymał the Whistleblower Award od niemieckiej sekcji Międzynarodowego Stowarzyszenia Prawników przeciw Broni Nuklearnej – International Association of Lawyers against Nuclear Arms (IALANA) i Federacji Niemieckich Naukowców – Federation of German Scientists (VDW). Arpad Pusztai był brutalnie represjonowany ze strony koncernu Axis Genetics znanego jako Cambridge Agricultural Genetics, a także straszona i terroryzowana była jego żona za publikowanie niekorzystnych dla firmy wyników badań przez męża. Tak Arpad Pusztai jak jego współpracownicy np. Stanley Ewen nagłaśniają brutalne, wręcz terrorystyczne metody zmuszania uczonych do utajniania lub fałszowania rzeczywistych wyników badań nad skutkami spożywania GMO – Genetycznie Modyfikowanego Odżywiania. Bardzo trudno jest dziś być uczciwym, nieprzekupnym uczonym i niezależnym badaczem dociekającym prawdy.

 

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (2 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)

Biuletyn Macierz 1(5) 2008

Nowy 24-stronicowy biuletyn poświęcony krzewieniu idei humanistycznych, duchowych, ekologicznych i społecznych. W numerze między innymi: Usui Reiki Ryoho Gakkai, biobudownictwo (domy z gliny i słomy), epoka rozwoju i postępu, esperanto (język międzynarodowy), sufizm (tradycje religijne wschodu), antypsychiatria (i kto tu zwariował), aspartam (śmiertelna trucizna), ajurweda (indyjska medycyna), bławatek (ukojenie dla oczu)

Biuletyn możesz zamówić w sekretariacie Stowarzyszenia Macierz, bądź ściągnąć wersję elektroniczną z naszej strony. Po więcej informacji kliknij tutaj

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 10.0/10 (3 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)

SM: Pomóż Adamowi Przetrwać

Adam C. był przez wiele lat uzdolnionym pracownikiem naukowym Politechniki Śląskiej. Stwardnienie rozsiane dramatycznie zmieniło jego życie. W ciągu kilku lat stracił władzę w nogach. Jedynie może leżeć i czasem z trudem siedzieć. Ręce mają jeszcze niewielką zdolność wykonywania bardzo prostych czynności. Adam C. zdany jest na całodobową opiekę, którą sprawują nad nim żona oraz małoletnia córka, Małgorzata. Adam C. wymaga ręcznego karmienia oraz wielu specjalistycznych leków i terapii. Wiele nowoczesnych kuracji nie jest refundowana dostatecznie przez NFZ. Pomóż Adamowi C. zdobywać środki na kuracje przeciwko SM pozwalające spowolnić rozwój tej zabójczej choroby!

Stwardnienie rozsiane, inaczej SM to choroba która pojawia się, kiedy dochodzi do uszkodzenia materiału ochronnego czyli mieliny wokół nerwów w centralnym układzie nerwowym. Uszkodzenie mieliny zwalnia, zniekształca lub nawet hamuje przekazy informacji z mózgu do innych części ciała, które przez to przestają prawidłowo funkcjonować. Proces ten zwany jest demielinizacją. To tak, jakby oskrobać kabel w izolacji z tej izolacji. SM jest chorobą autoimmunologiczną, co oznacza, że układ immunologiczny (odpornościowy) organizmu atakuje swoją własną tkankę w błędnym przekonaniu, iż jest to obce ciało. W przypadku SM system immunologiczny atakuje mielinę w mózgu i w rdzeniu kręgowym.

Stwardnienie rozsiane – SM przebiega inaczej u każdego z chorych. Nie ma dwóch osób, które chorują tak samo. W niektórych przypadkach SM charakteryzuje  się okresami rzutów i remisji, podczas gdy u innych ma formę progresywną. Zawsze jednak czyni życie nieprzewidywalnym. Większość osób u których dopiero zdiagnozowano SM, cierpi na rzutowo – remisyjną postać choroby. Niewielki odsetek ma pierwotne postępujące SM. Choroba SM jest nieprzewidywalna. Objawy mogą wystąpić w każdej chwili, w jakiejkolwiek kolejności. Mogą trwać przez kilka godzin czy dni, tygodni lub miesięcy. Można mieć kłopoty z określeniem, kiedy się pojawiły po raz pierwszy. Niektóre z nich już nigdy nie znikają. Wiele objawów SM, takich jak rujnujące zmęczenie, nie jest widoczne dla innych ludzi.

Analiza wyników badań nowego leku o nazwie Tysabri wykazała, że leczenie tym specyfikiem osób z rzutowym SM, zwiększa prawdopodobieństwo osiągnięcia utrwalonej poprawy pod względem fizycznej niepełnosprawności w ciągu dwuletniego leczenia w porównaniu z placebo. Ta analiza daje pierwsze dowody na to, że Tysabri powiązane jest ze znaczącą poprawą funkcjonalności chorego, a nie jedynie ze spowalnianiem, czy zapobieganiem progresji niepełnosprawności. Miesięczna kuracja Tysabri kosztuje około 7 tysięcy złotych, a uzyskanie refinansowania z NFZ graniczy z cudem.

Jeśli zechcesz pomóc Adamowi prześlij dotację:
Stowarzyszenie EG, Bank PKO BP

Nr konta: PL47 1440 1026 0000 0000 0312 4517
swift (dla przelewów międzynarodowych): BPKO PL PW 
Koniecznie z dopiskiem: “Dla ADAMA!”

VN:F [1.9.22_1171]
Rating: 9.8/10 (4 votes cast)
VN:F [1.9.22_1171]
Rating: +1 (from 1 vote)