Stowarzyszenie Macierz

Stowarzyszenie MACIERZ powstało jako organizacja zajmująca się ochroną Praw Człowieka, ekologią, promocją zdrowego odżywiania i funkcjonowania, działalnością charytatywną w różnych dziedzinach życia.

Ilość wejść: 15692


PSYCHIATRIA - Afery, Korupcja i Dewiacja - XXI Wiek

Psycho-Korupcja i Dewiacja - XXI wiek

Corrumpo — oznacza zniszczyć coś całkowicie i do szczętu. Od słowa Corrumpo pochodzi polskie korupcja. W Polsce początku XXI wieku objawiają się liczne skandale w hermetycznym środowisku psychiatrów i psychologów. Zasadniczo od roku 2001-ego liczba ujawnionych afer korupcyjnych czy pedofilskich z psychiatrami oraz psychologami w tle rośnie lawinowo, od 11-tu do ponad 40-tu w 2004 roku i ponad 60 w 2006 roku. Rok 2008 to nie tylko liczne nowe afery ale i finisz poprzednich w sądach, często pod kluczem czyli z wyłączeniem jawności. Środowisko psychiatrów to ledwie ponad 2 tysiące aktywnych zawodowo osób, taka mała korporacja, ale silna i zamknięta w sobie do tego stopnia, że niektórzy nawet póbują przypisać jej rzekome sekciarstwo. Tajemnicą poliszynela jest, że tylko część afer ujrzała światło dzienne, a sporo zostało za zamkniętymi drzwiami, chociażby dlatego, że mediom się przejadły. Sekciarstwo jednak to zjawisko mityczne, wynikłe z wadliwego postrzegania mniejszości. Przestępstwa korupcyjne części środowiska psychiatrów i psychologów to jednak realny fakt.

 

Wiek Psychiatrii

Zwrot w stronę psychiatrii farmakologicznej nastąpił w wieku XX, nazywanym często wiekiem psychiatrii. Dopiero wtedy bowiem psychiatria zyskała status nauki, podczas gdy wcześniej była sytuowana w sąsiedztwie alchemii i astrologii, leczeniem chorych zajęły się szpitale uniwersyteckie, powstało wiele przychodni i poradni społecznych. Psychiatria stała się modna ale i nadużywana. W połowie ubiegłego stulecia w amerykańskich instytucjach psychiatrycznych przebywało na stałe ponad pół miliona osób, a np. w Anglii około 150 tysięcy. Trzeba też powiedzieć, że w szpitalach psychiatrycznych często trzymano dysydentów i przeciwników politycznych aktualnej władzy, np. komunistów i działaczy związkowych w USA. Wiek XX przyniósł też wyjaśnienie kwestii psychopatologii oraz prawomocność terapii psychologicznej. Zniesiono reżim w szpitalach, rozszerzono zakres terapii i rehabilitacji chorych, a w ostatnich 30 latach XX wieku na wielką skalę zajęto się badaniami naukowymi nad psychiatrią oraz psychologią. Współczesna psychiatria to, zdaniem wielu lekarzy, świetny biznes, niestety często też korupcjogenny. Świetne interesy robią też producenci środków poprawiających samopoczucie, rozmaite psychotropy, częściej bardziej szkodliwe niż pomocne. Wiele osób wręcz nie wyobraża sobie bez nich życia, jak np. pisarz Mario Puzo, autor m.in. "Ojca chrzestnego", który wyznał w wywiadzie, że żyje tylko dzięki efektom prozacu. Autor "Szaleństwa", Roy Porter sugeruje ironicznie, że przed współczesną psychiatrią są świetlane perspektywy pigułki na każdą chorobę psychiczną, a tych chorób wymyśla się coraz więcej, często zupełnie nie słusznie. O psychiatrii dużo i pouczająco mówią popularne dowcipy o psychiatrach i ich pacjentach. 

Zwłaszcza odkąd powstała cała masa psychoterapii zajmujących się technikami zdrowia psychicznego, jak np. praca w grupach, terapia rodzinna, terapia małżeńska, trening wrażliwości, gry i odgrywanie ról.

 

 

Mądre Dowcipy o Psychiatrach

Jaka jest różnica pomiędzy chirurgiem, internistą i psychiatrą? 

---Chirurg może zrobić wszystko ale nic nie wie, 

---Internista wie wszystko, ale nie może nic zrobić, 

---Psychiatra nic nie może zrobić, nic nie wie, ale ma wytłumaczenie dla wszystkiego.

 

Psychiatra rozmawia ze swoim kolegą. 

- Mam świetnego pacjenta, on cierpi na rozdwojenie jaźni. 

I cóż w tym świetnego? - pyta kolega po fachu. 

To że obydwaj mi płacą! 

 

Psychiatra zadaje pacjentowi pytania: 

Ile nóg ma pies? - Cztery 

A ile ma uszu? - Dwoje 

A oczu?... 

Przepraszam panie doktorze, czy pan nigdy nie widział psa? - pyta go w końcu pacjent. 

 

Przychodzi pacjent do psychiatry i mówi: panie doktorze, ja potrafię latać! 

-To niemożliwe, odpowiada doktor. 

Na to pacjent otwiera okno, wchodzi na parapet i wylatuje za okno, krążąc nad okolicą. 

Mówi do doktora: widzi pan, ja naprawde umiem latać! 

Lekarz stwierdził, że jak pacjent umie latać, to on też. Wszedł na parapet, zrobił krok do przodu, spadł z okna i się zabił. 

Na to latający pacjent:

- No, jak na anioła stróża, to kawał ze mnie sukinsyna! 

 

Ilu psychologów potrzeba, by zmienić żarówkę?

Żadnego. Żarówka sama się zmieni, jeśli będzie na to gotowa.

Albo: Wystarczy jeden, ale pod warunkiem, że będzie co najmniej dziesięć wizyt.

 

Kobieta siedzi u psychiatry.

- W czym problem? - pyta lekarz.

- No, tego... - jąka się kobieta - Myślę, że jestem nimfomanką.

- Rozumiem. - mówi lekarz - Mogę pani pomóc, ale zaznaczam, że biorę 150 zł za godzinę.

- Nie tak źle - stwierdza kobieta - A ile za całą noc? 

 

Psychiatra radzi matce dziecka, które sprawia masę problemów.

- Niedługo popadnie Pani w depresje, proszę się wyluzować, odpocząć od domowych problemów. Polecam Pani nasz kurs odprężania. Kobieta się zgodziła i po paru tygodniach wraca do lekarza.

- I jak? Była Pani na naszym kursie? - pyta lekarz.

- Tak.

- Wyluzowała się Pani?

- A kogo to obchodzi?

 

Pacjent skarży sie psychiatrze:

- Panie doktorze, nie mogę usnąć. Przewracam sie z boku na bok i nic!

- Tez bym nie zasnął jakbym sie tak wiercił.

 

Psychiatra bada pacjenta. 

- Nie bardzo wiem co panu jest... Sądzę, że to z powodu alkoholu.

- Rozumiem - woła pacjent - to ja przyjdę, jak pan wytrzeźwieje. 

 

Do gabinetu psychiatry wchodzi mężczyzna z żoną, skarżąc się na jej apatie. Lekarz porozmawiał z pacjentką, potem ją objął, pogłaskał i kilka razy pocałował. Wreszcie zwraca się do obecnego przy tej scenie męża:

- Oto zabiegi, które są potrzebne pańskiej żonie. Powinny być stosowane przynajmniej co drugi dzień. No, powiedzmy we wtorki, czwartki i soboty. 

- Dobrze, we wtorki i czwartki mogę żonę do pana przyprowadzać, ale sobota wykluczona - gram z kolegami w karty! 

 

 

Starożytni Wypędzali Demony Umysłu

Prawdopodobnie historia chorób psychicznych jest równie długa jak historia ludzkości. Czaszki sprzed około 7 tysięcy lat noszą ślady zabiegu przypominającego trepanację: za pomocą narzędzi z krzemienia wywiercono w nich okrągłe dziury. Badacze przypuszczają, że właścicieli czaszek posądzono o opętanie przez diabły, a otwory miały pomóc demonom w ucieczce. W najdawniejszych źródłach pisanych szaleństwo jest zwykle znakiem przeznaczenia lub kary niebios. W Starym Testamencie w Biblii  wielokrotnie "JHWH poraża szaleństwem", jak ostrzega Księga Powtórzonego Prawa, np. za karę strąca Nabuchodonozora w stan zwierzęcego obłędu. U Homera występuje szalony Ajaks, który zabija owce w przekonaniu, że to żołnierze wroga. W kulturze antycznej z szaleństwem wiązano takie objawy jak krwiożerczość, żądza mordu i kanibalizm, czyli obłęd kojarzono z realnie poważnymi zbrodniami. Także zaburzenia nastroju, mowy i ruchu przypisywano siłom nadprzyrodzonym lub żywiołom. Podobnie było w Babilonii, Mezopotamii, czy w hinduizmie. Wszędzie szaleństwo przypisywano złośliwości demonów lub widziano w nim karę niebios za złamanie tabu czy obrazę bogów. Do końca XV wieku w całej Europie powszechnie wierzono, że umysłowo chory ma w głowie - lub w duszy - diabła. Tę wiarę podtrzymywali i rozpowszechniali duchowni chrześcijańscy, wykorzystujący ją w walce z herezją (tzw. sektami). 

Nader często pacjent psychiczny był niszczony i smażony także jako heretyk czy sekciarz, tym bardziej jak panującemu duchowieństwu chrześcijańskiemu przypisywał jakieś zło moralne. I to pomimo generalnego zepsucia kleru i duchowieństwa w ciemnych wiekach średniowiecza. Pacjentów psychicznych zwykle gruntownie torturowano i nazywano to egzorcyzmem. Współcześnie WHO zabrania rozpoznawania choroby psychicznej w powiązaniu z odmiennym kulturowo wyznaniem religijnym. Takie nadużycia psychiatrii nagminnie jednak zdarzają się jeszcze w Polsce i innych krajach Europy Wschodniej mając charakter neoinkwizycji lub zbrodni politycznej. Po torturach, stosach i wyrokach sądowych średniowiecza oraz renesansu, traktujących chorobę umysłową czy starczą demencję jako skutek opętania, przyszły okrucieństwa nieludzko strasznych domów wariatów wieku XVII i XVIII, gdzie chorych zakuwano w łańcuchy, bito i poniżano. Kres tym praktykom położył dopiero okres humanizmu, kiedy to zalecano racjonalny, humanitarny stosunek do chorych. Jednak dopiero w XIX wieku opisano dokładniej patologię obłędu i sklasyfikowano jego postacie. - Swoistego jednakże "odkupienia" szaleństwa dokonał romantyzm - podkreśla prof. Maria Janion. - Romantycy uważali, że szaleniec jest człowiekiem w stanie wyższego poznania, wręcz jasnowidzenia: przenika rzeczy, których inni nie widzą. Mickiewiczowski Gustaw w IV części "Dziadów" jest też szaleńcem - jest opisane, jak idzie przez wieś, a dzieci wołają za nim: wariat. Tymczasem zbrodnie typu lobotomii trwały i w XX wieku. 

 

Kłopoty z Definicją Choroby Psychicznej

Czym jest zatem szaleństwo i jak je zdefiniować to całkiem skomplikowany i niejednoznaczny temat.  Roy Porter, autor książki "Szaleństwo. Rys historyczny", odpowiada słowami szekspirowskiego Poloniusza: "Czymże ono jest, jeśli nie stanem, w którym prócz szaleństwa nie ma niczego?". Zdaniem Portera, nie można udzielić jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Wśród psychiatrów zdania są podzielone. Opinii na temat szaleństwa jest niemalże tyle, ilu badaczy problemu. Na jednym biegunie sytuuje się angielski XIX-wieczny lekarz John Haslam, który doszedł do wniosku, że całe społeczeństwo jest szalone. Na drugim Tomasz Szasz, współczesny amerykański profesor psychiatrii, który od ponad 40 lat w swoich książkach udowadnia, że nic takiego jak choroba umysłowa w ogóle nie istnieje w naturze. Jest tylko mit choroby stworzony przez człowieka, pieczołowicie podtrzymywany przez psychiatrów, którzy robią na nim karierę i pieniądze, a także przez społeczeństwo, ponieważ sankcjonuje on proste rozwiązania problemów, jakie sprawiają jego kłopotliwi członkowie. Przez całe stulecia, twierdzi Szasz, ludzie zajmujący się medycyną opatrywali psychiatrycznymi etykietkami ludzi, których uważano za dziwaków, ekscentryków, pasożytów itd., naruszających uznawane w swoich czasach normy społeczne. W podobnym duchu co Szasz wypowiadał się Michel Foucault, paryski historyk myśli, autor słynnej "Historii szaleństwa". On także twierdził, że chorobę umysłową trzeba rozpatrywać nie jako fakt naturalny, lecz zjawisko kulturowe, podtrzymywane przez praktyki medyczne i administracyjne, dlatego też rzetelnie napisana historia obłędu powinna, jego zdaniem, uwzględniać takie zagadnienia jak wolność i kontrola, wiedza i władza, a nie tylko choroba i metody jej leczenia. Do zajadłych krytyków psychiatrii należeli też Roberto Assagiolli czy Ron Hubbard, nie tylko krytykując ale promując poważne alternatywy terapeutyczne jak psychosynteza czy scjentologia. 

Według danych Światowej Organizacji Zdrowia, nawet aż 20% ludności na świecie cierpi na zaburzenia psychiczne, przy czym zdecydowanie przeważają depresje. W Polsce pomocy psychiatry czy raczej może psychoterapeuty potrzebuje rzekomo nawet 6 mln osób. Z badań Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie wynika, że w ostatnich latach na przełomie XX i XXI stulecia obserwujemy wzrost zachorowań na depresję i psychozy depresyjne. Jednak ilu Polaków na nią cierpi, tak naprawdę nie wiadomo, gdyż  zdaniem psychiatrów, statystyki nie oddają bowiem stanu faktycznego, gdyż większość chorych nie trafia do lekarzy. Polacy wciąż się wstydzą chodzić do psychiatry, a nawet do psychologa czy do psychoterapeutów. Uważają, że wizyta u tych specjalistów wyciśnie na nich piętno "wariata". Zastanawiające, że choroby psychiczne dotyczą w coraz większym stopniu młodych Polaków i nie ma jednoznacznej odpowiedzi na pytanie dlaczego tak się dzieje. Zdaniem dr Marii Pałuby, psychiatry ze szpitala psychiatrycznego w Tworkach, często są to ofiary transformacji gospodarczej lub ustrojowej. - Niestabilna sytuacja na rynku, bezrobocie, załamanie podstawowych norm moralnych, brak autorytetów, korupcja, prywata, brak wyraźnie zarysowanych i przestrzeganych granic praworządności - wylicza dr Pałuba - mają wpływ na system nerwowy, psychikę ludzi szczególnie wrażliwych, z rozbudowanym instynktem społecznym. Jeśli na pewne predyspozycje osobowościowe nałożą się stresujące okoliczności zewnętrzne, powstaje sytuacja sprzyjająca ujawnieniu się choroby psychicznej. Często jest nią właśnie depresja. Zaskakujące dla przeciętnego człowieka, choć nie dla psychiatry, jest to, jak objawy chorób psychicznych zmieniają się wraz ze zmianą istniejącej rzeczywistości. - Dzisiaj przysłowiowi Napoleoni zdarzają się niezwykle rzadko. Jeszcze kilkanaście lat temu, w okresie PRL-u, wielu pacjentów było urojonymi szpiegami wywiadu amerykańskiego, natomiast dziś najczęściej zdarzają się osoby z poczuciem misji, chcące zbawić świat albo ofiary dawnego systemu - twierdzi Anna Jędryczka- Hamera, psycholog ze Specjalistycznego Zespołu Psychiatrycznego Opieki Zdrowotnej we Wrocławiu.

 

SZALEŃSTWO i WARYACJA

We współczesnym języku określenia związane ze słowem "szaleństwo" często mają pozytywne konotacje - uważa prof. Jerzy Bralczyk, językoznawca. - Mówimy o szaleńcach bożych, o szaleńcach naukowcach, którzy próbują wprowadzać jakieś nowe idee. Szaleniec to ktoś odważny, ale także dziwak, ekscentryk; kontekst chorobowy jest tu mało obecny. Szaleństwo ucieka nam w odwagę, z kolei wariactwo w luz, zabawę, swobodę, zaś obłęd w wyższe, tajemnicze, groźne rejony. Mówimy: szalony weekend, szalona dziewczyna, szalony pomysł, oszaleć z miłości, zwariować z miłości, na wariackich papierach itd. Możemy powiedzieć "zupełny wariat" o kimś pełnym energii i towarzysko atrakcyjnym czy też "szaleniec" o kimś odważnym, podejmującym niewyobrażalne dla nas ryzyko. Wtedy jest jakieś uzasadnienie: z przesadą mówimy o czyichś cechach, choć w istocie mówimy przecież głównie o naszym podziwie dla nich. Nawet reklama zachwala nam różne produkty jako szalone czy zwariowane, np. owocowe szaleństwo, wspaniałe do szaleństwa itd. Wszystkie te określenia - szaleństwo, wariactwo, obłęd - się dewaluują. Z drugiej strony, określenie "szaleństwo" jest też używane jako argument w dyskusji, w sensie erystycznym. Mówi się o ludziach "chorych z nienawiści", "oszołomach" - i wtedy jest to określenie negatywne. Podobnie w polszczyźnie politycznej używa się argumentów, że ktoś jest chory psychicznie, szalony, sugerując, że powinien pójść do lekarza, a nie na trybunę sejmową. Szaleńcami nazywa się też w ostatnim czasie dyktatorów, którzy budzą lęk, np. Saddama czy bin Ladena, choć nie sądzę, żeby u nich występowały jakieś zmiany chorobowe, oni zostali inaczej "zaprogramowani" kulturowo. Przecież w niektórych kulturach nawet ostry sadyzm jest normalnym, akceptowanym zachowaniem - konkluduje prof. Bralczyk. Faktycznie szaleństwo w pewnym stopniu dotyka samych psychiatrów jak widać po dewiacjach czy korupcji w środowisku. W 1948 roku  Światowa Organizacja Zdrowia wprowadziła pierwszą klasyfikację chorób psychicznych i odtąd szaleństwo nie jest terminem naukowym, a jedynie literackim i potocznym, chociaż do XVIII wieku używano określenia "obłąkanie" w odniesieniu do osób uważanych za chore psychicznie. 

 

WARSZAWA
Skazany Psycholog
Osiem lat Więzienia dla Andrzeja Samsona 

Andrzej Samson spokojnie wysłuchał wyroku sądu, gdy na 8 lat więzienia skazał go dnia 9 stycznia 2007 roku Sąd Rejonowy w Warszawie jako znanego psychologa. Dodatkowo ma on na 10 lat zakaz wykonywania zawodu psychologa od chwili gdy opuści zakład karny. Zamknięty dla publiczności proces trwał od lata 2005 roku Samson został oskarżony o "doprowadzanie nieletnich poniżej lat 15 do poddania się innym czynnościom seksualnym" i udostępnianie im treści pornograficznych oraz utrwalanie pornografii dziecięcej. Grozi za to do 10 lat więzienia. Prokuratura żądała 9 lat więzienia, obrona - uniewinnienia. Sąd uznał psychologa za winnego wszystkich zarzutów i wymierzył łączną karę 8 lat więzienia. Nałożony przez sąd na Samsona 10- letni zakaz wykonywania zawodu psychologa zacznie się liczyć dopiero od dnia, gdy wyjdzie on na wolność. Wyrok nie jest prawomocny. Prokuratura raczej nie będzie składała apelacji. Odwołania od wyroku nie wyklucza natomiast obrona. Należy podkreślić, że Samson przyznał się jedynie do posiadania dziecięcej pornografii dla celów badań naukowych, gdyż w owym czasie pisał książkę o pedofilii. Nie udowodniono żadnego rzekomego przypadku molestowania seksualnego na dzieciach autystycznych dla których prowadził terapie. (PAP) 

 

Psycholog Pedofil Jeszcze Czeka na Proces
Sprawa Odroczona do 17 Marca'08

Andrzej Samson, znany psycholog oskarżany o molestowanie seksualne swoich małych pacjentów, miał dnia 15 luty 2008 roku ponownie stanąć przed sądem. Proces został jednak odroczony do 17 marca. Psycholog już raz został skazany - na osiem lat więzienia. Jednak sąd okręgowy uchylił wyrok "ze względów formalnych". Sprawa psychologa trafiła do ponownego rozpatrzenia w grudniu 2007 roku. Choć uzasadnienie było tajne, pełnomocnicy pokrzywdzonych mówili, że sąd uchylił wyrok z przyczyn formalnych, a te mają związek z nowymi zarzutami stawianymi Samsonowi. Już po rozpoczęciu pierwszego procesu odnalazła się matka, która rozpoznała na zdjęciach zrobionych przez psychologa swoją autystyczną córkę. Przygotowano więc drugi akt oskarżenia. Prawdopodobnie Sąd Okręgowy w Warszawie, nakazując powtórne osądzenie psychologa, wziął ten fakt pod uwagę. Pierwszy proces terapeuty ruszył latem 2005 roku - rok po tym, jak na śmietniku niedaleko mieszkania psychologa znaleziono kilkaset zdjęć, na których były m.in. dzieci poprzebierane za osoby innej płci oraz trzymające wibratory. Sam oskarżony w śledztwie i przed sądem twierdził, że była to "forma terapii dzieci autystycznych", a elementy seksualne miały je "otworzyć". Rozprawa została odroczona do 17 marca ze względu na kłopot z doręczeniem obrońcy oskarżonego zawiadomienia o terminie rozprawy. 

 

OPOLE - Wpadł Psycholog Pedofil
7/8 września 2006

Małe dzieci wykorzystywane seksualnie są na filmach znalezionych w czwartek po południu dnia 6 wrzesnia 2006 roku w garażu wynajmowanym przez znanego opolskiego psychologa. Garaż wynajmował od około roku Krzysztof J. z Opola. Zamiast auta były w nim setki płyt DVD, kaset video, tysiące zdjęć. Na fotografiach i w filmach są kilku i kilkunastoletnie nagie dzieci. O tym, że w garażu przy ul. Minkusa są m.in. materiały z dziecięcą pornografią, powiadomił policję syn zmarłego w środę właściciela. Krzysztof J. jest psychologiem. - Ledwo skończył studia. Leser - tak opisuje go kolega ze studiów. Do wieczora J. nie został zatrzymany przez policję. - Niczego jednak nie zaniedbujemy - zaznacza Jarosław Dryszcz z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Opolu. Policja do późnej nocy spisywała wczoraj to, co było w garażu przy ul. Minkusa - setki płyt CD i DVD oraz kaset wideo i tysiące zdjęć. Na fotografiach są kilku- i kilkunastoletnie nagie dzieci. To, co zawierają niektóre płyty CD, zobaczyła m.in. Katarzyna Pankratów - sąsiadka właściciela garażu. - Koledzy powiedzieli, że znaleźli to w garażu i pożyczyłam kilka takich płyt z głupiej ciekawości - opowiada pani Katarzyna. - Jak zobaczyłam, to żałowałam, że byłam taka ciekawska. To było straszne: 5-7-letnie azjatyckie dzieci uprawiające seks, dzieci z koniem i lamą. Dalej nie oglądałam.

Na jednej z płyt Katarzyna Pankratów, mimo zamazanej twarzy, rozpoznała Krzysztofa J. rozbierającego i obmacującego około 15-letnią dziewczynkę. Garaż należący do 76-letniego szewca wynajmował mniej więcej od roku około 35-letni Krzysztof J. z Opola. - Kojarzę go. Zamawiał u ojca buty ortopedyczne - przypomina sobie pan Marek. - Wśród tych paskudztw widziałem odbite pieczątki mówiące o tym, że J. prowadzi jakiś gabinet psychologiczny. - Ledwo skończył studia, leser - tak opisuje Krzysztofa J. jego kolega ze studiów, dziś znany opolski psycholog. Do wieczora policja nie zatrzymała Krzysztofa J. - Na razie nie było potrzeby kogokolwiek zatrzymywać - powiedział nam Jarosław Dryszcz z zespołu prasowgo KWP w Opolu. - Niczego jednak nie zaniedbujemy. O stosach materiałów porno poinformował wczoraj policję Marek Kuciński, syn zmarłego w środę właściciela garażu. - Kiedy przyjechałem do rodziny załatwić formalności pogrzebowe, syn i brat powiedzieli mi, co znaleźli dwa dni wcześniej - opowiada Marek Kuciński. - Od razu zadzwoniłem na policję. Boże, przecież ja mam 11-letnią wnuczkę! Jak sobie pomyślę, że on to mógł robić z takimi dziećmi. Psycholog, u którego w wynajmowanym garażu policja znalazła w czwartek masę dziecięcej pornografii, został zatrzymany w piątek po południu. Ukrywał się w domu. Na miejscu policjanci zabezpieczyli kasety video i płyty DVD, które w najbliższym czasie zostaną poddane oględzinom. 36-letni Krzysztof J. został przewieziony do Komendy Miejskiej Policji w Opolu. Prawdopodobnie w ciągu najbliższych kilkunastu godzin mężczyźnie zostaną przedstawione zarzuty. 

 

Porno z Dziećmi do Badań Naukowych
Czwartek, 10 Kwiecień 2008 

Ruszył proces 38-letniego Krzysztofa J. Oskarżony jest m.in. o posiadanie płyt CD, kaset wideo i zdjęć pornograficznych z udziałem dzieci poniżej 15-tego roku życia. Psycholog z Opola, u którego znaleziono mnóstwo materiałów z pornografią dziecięcą, twierdzi, że to pomoce badawcze potrzebne mu do pracy naukowej. Na początku Krzysztof J. złożył wniosek o umorzenie postępowania ze względu na niski stopień szkodliwości społecznej czynu. Wyjaśniał, że materiały o treści pornograficznej gromadził tylko dla badań naukowych nad pedofilią - Jestem magistrem psychologii i mam prawo do prowadzenia badań naukowych - przekonywał sąd. Dodał, że chciał rozszerzyć badania dotyczące szeroko rozumianej pedofilii na osoby dorosłe. - Na temat pedofilii narosło wiele mitów, a zajmują się tym osoby niekompetentne. Chciałem sprawdzić, jakie cechy musi posiadać ofiara, by skłonić sprawcę do podjęcia działań. To ważne, bo jeśli będziemy wiedzieli, które czynniki decydują o tym, że potencjalny sprawca podejmuje działanie, to można będzie określić techniki przewarunkowania potencjalnych przestępców, aby nie dopuścić do popełniania przestępstw - tłumaczył.

Psycholog twierdził, że obecna praca, do której zebrał materiał pornograficzny, miała być kontynuacją jego pracy magisterskiej, chwalonej przez profesorów. Przedstawił sądowi korespondencję, jaką wysyłał do zakładów karnych, w której informuje o pracy dotyczącej pedofilii i zaprasza do współpracy. Krzysztof J. utrzymywał też, że w tej sprawie kontaktował się z również z naukowcami, do których miał pisać e-maile, by omówić problemy natury metodologicznej. Przyznał jednak, że już tych e-maili nie ma. J. został zatrzymany we wrześniu 2006 roku. Kilka dni po tym, jak właściciele garażu, który wynajmował, przypadkowo odkryli, że znajdują się tam pedofilskie materiały. Świadkowie, którzy dokonali odkrycia, zeznali w prokuraturze, że J. zalegał z opłatami za garaż, a skoro dawno go nie widzieli, postanowili otworzyć pomieszczenie. Kiedy policjanci pojechali po psychologa, nie chciał im otworzyć, choć pozapalane światła zdradzały, że jest w domu. Policjanci weszli więc przez wyważone okno. Oskarżonego nigdzie nie było. Dopiero po przeszukaniu domu funkcjonariusze znaleźli go w niewielkim pomieszczeniu kuchennym, gdzie zamknął się przed policjantami. Znaleziono wówczas u niego kolejne pedofilskie materiały. 

Ostatnio psycholog pornograf zatrudniony był od września 2004 roku do czerwca 2005 roku w świetlicy socjoterapeutycznej o nazwie “Tęczowy Ogród” przy parafii ewangelickiej w Opolu, która później została zlikwidowana z braku pieniędzy. Pracownik tej placówki zeznał w prokuraturze, że nie widział w zachowaniu Krzysztofa J. nic niepokojącego, a dzieci, które miały z nim kontakt, nie bały się go i odnosiły się do niego zwyczajnie. Oprócz oskarżeń dotyczących posiadania materiałów pedofilskich na J. ciążą jeszcze dwa inne. Pierwszy - posługiwania się książeczką wojskową wypisaną na inne nazwisko, a drugi - używania urządzenia radiowego, które odbierało częstotliwości przeznaczone dla policji. Krzysztof J. nie przyznaje się do winy. Jeśli zostanie skazany, grozi mu od roku do 10 lat więzienia. Świadkowie, którzy z ciekawości oglądali zdjęcia i filmy, które znaleźli w garażu psychologa, opowiadali, że wszędzie były treści pedofilskie. - Były filmy z udziałem dzieci, chyba polskich, większość z nich to były dziewczynki. Były też dzieci azjatyckie, które zabawiały się różnymi przedmiotami. Na jednej z płyt był mężczyzna, który rozbierał kilkunastoletnią dziewczynkę. Kiedy dziecko zostało w staniku i spodniach, wyłączyłam film - mówił kobieta, jedna ze świadków. Dodał, że w mężczyźnie z filmu rozpoznaje Krzysztofa J., mimo iż miał zamazaną twarz. Inny świadek powiedział, że na filmach były rozebrane dzieci i osoby dorosłe. - Był seks między dziećmi i dorosłymi, dziećmi i dziećmi, a także zoofilia. W mieszkaniu psychologa policja znalazła m.in. zdjęcia przedstawiające nagie lub półnagie dziewczynki. J. twierdził, że są to dwudziestokilkuletnie kobiety. Na jednym ze znalezionych zdjęć jest oskarżony nago w towarzystwie ubranego dziecka. 

 

 

PSYCHIATRIA
Zamroczenie Jasne i Pomroczność 

W ostatnich latach, 2004-2007 dwukrotnie zdarzyło się we Włocławku, że u winnych zabójstwa stwierdzono niepoczytalność. Zabójcy uniknęliby kary, gdyby nie inni biegli, którzy choroby się nie dopatrzyli. Czy zatem lekarzom psychiatrom można ufać? Czy ich dywagacje mające rangę opinii mają realną wartość dowodową, czy są jedynie subiektywnymi rojeniami na temat badanego podsądnego? Żadna dziedzina medycyna nie jest oparta na tak wątłych podstawach naukowych jak psychiatria, która opiera się głównie na tym co badany mówi i na subiektywnej ocenie badanego przez psychiatrę, często w czasie rzeczywistym 3-20 minut, bo tyle trwa przeciętne badanie czy fachowo opiniowanie sądowe. Ponura passa psychiatrów sądowych w nowej Polsce rozpoczęła się od pomroczności jasnej, która w 1993 roku zdjęła odpowiedzialność z syna ówczesnego prezydenta RP, za spowodowanie wypadku drogowego po pijanemu. Choć zespół zamroczenia jasnego, czyli pozorna zborność ruchowa przy jednoczesnym zaburzeniu świadomości zdaniem psychiatrów rzeczywiście istnieje, to jednak zdarza się niezwykle rzadko i zwykle związany jest z padaczkami. Wypadki drogowe, to pole na którym chwasty orzecznictwa rosną wyjątkowo bujnie. Przed kilkoma laty w wypadku samochodowym koło Golubia-Dobrzynia zginął człowiek. Kobieta, która prowadziła samochód, jechała pod wpływem alkoholu. Prokurator wydelegowany z Torunia wyręczył policję w załatwianiu eksperta, zwracając się do biegłego aż z Trójmiasta. Ten, w skomplikowanym wywodzie udowadniał, że nie było związku pomiędzy wypadkiem a spożyciem alkoholu przez kierowcę. Efektem postępowania była jedynie grzywna i roczny zakaz kierowania pojazdem. 

Przykładami można sypać jak z rękawa, bo tylko w ostatnich miesiącach 2007 roku pojawiło się kilka kolejnych, również takich, w których wątek korupcyjny znalazł potwierdzenie podczas śledztwa. W Toruniu toczy się postępowanie wobec psychiatry Arkadiusza Sz. Biegłemu zarzuca się co najmniej dwukrotne spreparowanie dokumentacji, która miała pomóc oskarżonym w wywinięciu się z więzienia. W Elblągu, Roman M. znany miejscowy psychiatra, wpadł dzięki prowokacji policyjnej. Zatrzymano go gdy przyjmował tysiąc złotych w zamian za wypisanie zwolnienia lekarskiego. Zarzut łapówkarstwa w zamian za poświadczenie schizofrenii u gangstera postawiono lekarzowi z Ciborza. Aktualnie na 2007 rok około 30 biegłych psychiatrów występuje w sądach w charakterze oskarżonych i korupcję. Skąd ten problem w rzekomo religijnej i moralizowanej przez m. in. wielkiego papieża Polaka oraz takie autorytety jak Rydzyk, Paetz czy Jankowski Polsce? A czy może być inaczej, skoro w Polsce biegłym z zakresu psychiatrii może zostać każdy lekarz, który zda egzamin specjalizacyjny? - pyta dr Jerzy Pobocha przewodniczący sekcji psychiatrii sądowej Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. W Niemczech zjawisko „naciąganych ekspertyz" praktycznie nie istnieje, ponieważ ujawnienie takiej ekspertyzy wiąże się z całkowitą i bezwzględną śmiercią zawodową lekarza. W Polsce takiego mechanizmu usuwania skorumpowanych psychiatrów z zawodu nie ma. Lekarza, który wystawia ewidentnie błędną diagnozę, nie spotykają żadne konsekwencje, a „Dziwna" ekspertyza może być co najwyżej podważona przez inny zespół biegłych. Znane są skandaliczne przypadki, gdzie zespół biegłych z Warszawy uznał osobę za chorą psychicznie i niepoczytalną, a zespół z Bydgoszczy wykluczył nawet wystąpienie epizodu psychotycznego w przeszłości uznanjąc, że osoba jest całkowicie zdrowa psychicznie. Tymczasem egzamin specjalizacyjny powinien być dopiero początkiem drogi do funkcji biegłego, bo aby zdać egzamin, trzeba w praktyce wykuć jeden podręcznik. A podręcznik może być jedynie pomocą w rozpoznawaniu chorób. Prawdziwa wiedza bierze się z doświadczenia. Trzeba jednak pamiętać, że błędy zdarzają się wszystkim biegłym i stanowią drobny odsetek - uważa doktor Jerzy Przybysz, psychiatra z 40-letnim stażem biegłego. 

 

WŁOCŁAWSKIE KONTROWERSJE

Kontrowersje wokół opinii biegłych w procesach we Włocławku wzbudziło rozpoznanie u zabójców „reakcji krótkiego spięcia", a to jest działanie impulsywne, w trakcie którego zacierają się wszelkie hamulce. Problem w tym, że reakcja krótkiego spięcia jest terminem uważanym dziś powszechnie za historyczny, a jego wiarygodność została podważona już w latach 70-tych XX wieku.  Należałoby spytać biegłych, którzy rozpoznają krótkie spięcie, ile razy wcześniej zdiagnozowali takie zjawisko - uważa doktor Pobocha. - Bo jeśli znają je tylko z książek, ich opinia nie powinna być wiarygodna dla sądu. Choroba psychiczna nie jest zjawiskiem, które można rozpoznać przy pomocy szkiełka i oka. Co więcej, w jej rozpoznaniu psychiatrzy mogą odwoływać się do różnych szkół, czasem zajadle się zwalczających. Profesor prawa karnego (prosi o nieujawnianie nazwiska) mówi: - Jest rzeczą powszechnie wiadomą w środowisku adwokackim, że aby rozciągnąć w czasie proces, najlepszą metodą jest zwrócenie się o opinię do ośrodków, w których reprezentowane są różne szkody. Wówczas zdezorientowany sąd zwraca się o trzecią opinię, na którą znowu trzeba czekać miesiącami.

Powodem do zarządzenia badania psychiatrycznego może być najdrobniejszy szczegół - uraz głowy w dzieciństwie, przebyte zapalenie opon mózgowych albo plotka na temat zachowania oskarżonego opowiedziana prokuratorowi przez któregoś ze świadków. Kilkutygodniowa obserwacja na oddziale psychiatrycznym zwiększa wiarygodność opinii biegłego. Ten kij ma jednak dwa końce. Nieuzasadniony pobyt w szpitalu psychiatrycznym wiąże się często z większymi przykrościami ze strony rodziny i znajomych niż sprawa sądowa. Najlepszym przykładem jest Tomasz S. z Grudziądza, który na przymusowej obserwacji w szpitalu w Świeciu spędził kilka miesięcy, po czym okazało się, że jest zdrowy. W Poznaniu kilkanaście osób zarzuciło biegłemu psychiatrze, że w sposób zupełnie nieuzasadniony wnioskował o skierowanie ich na obserwację psychiatryczną. Nagminne stosowanie badań wymuszane jest przez procedurę karną, bo prokurator zatrudnia psychiatrę, aby sąd nie wytknął mu tego braku. Sędziowie obawiają się tego samego ze strony wyższej instancji, a w efekcie liczba zamawianych ekspertyz wzrasta lawinowo. W sytuacji, gdy prestiżowe ośrodki przeżywają oblężenie i oferują odległe terminy, zlecenia na ekspertyzy otrzymują lekarze bez odpowiednich kompetencji, spoza listy biegłych, którzy niekiedy piszą je na kolanie w przerwach pomiędzy pracą na dwóch etatach. - Zdarzyło się nam, że dwie opinie tego samego biegłego były niemal identyczne, wykonane metodą kopiuj-wklej - mówi jeden z prokuratorów. 

 

NIEKOMPETENCJA SĘDZIÓW i SMUTEK GANGSTERÓW

Jeśli dodać, że w sądzie biegli spotykają się z ludźmi, których wiedza dotycząca psychiatrii jest znikoma, efekt łatwo przewidzieć. - Często zdarza się, że młoda sędzina, którą z chęcią zaprosiłoby się na kawę, w przerwie rozprawy pyta bezradnie - co ja mam z tym zrobić panowie? -śmieje się jeden z doświadczonych biegłych. Psychiatrzy skarżą się, że sąd pyta, ale nie wie, jak pytać. - A skąd miałby wiedzieć? Podczas aplikacji sędziowskiej psychiatrii sądowej poświęca się zaledwie 3 godziny - wylicza Jerzy Pobocha. - W nieco lepszej sytuacji są prokuratorzy, którzy zapoznają się z psychiatrią przez 20-30 godzin. Mamy zatem do czynienia z sytuacją, w której biegłych na ogół traktuje się jak wyrocznię. A to nie oni, ale sąd powinien ostatecznie podejmować opinię na temat poczytalności. Prokurator Andrzej Leciak, szef Krajowego Centrum Szkolenia Kadr Sądów Powszechnych i Prokuratury uważa, że biegli często w nieuprawniony sposób narzucają swoje stanowisko w sprawie ewentualnej niepoczytalności: - Niepoczytalność to termin prawny, a nie medyczny. Rolą sądu jest orzekanie o niepoczytalności, a rolą biegłego dostarczenie wiedzy koniecznej do tego. 

Tymczasem nader często bywa, że sądy zachowują się w delikatnej kwestii psychiatrycznej jak dzieci we mgle. W krakowskiej sprawie o gigantyczne wyłudzenie podatku VAT w oparciu o skomplikowany pomysł związany z eksportem części elektronicznych sąd dawał się ogrywać przestępcy współdziałającemu z psychiatrami. Ten ostatni wylegitymował się zaświadczeniem o pobycie w szpitalu psychiatrycznym, z którego dzień po przyjęciu został zwolniony na przepustkę. Lekarz, Stanisław T., dowodził, że chory „dokonuje dalszych czynności" we własnym zakresie. W Lubuskiem szef dużej grupy przestępczej skorzystał z opinii psychiatry, który rozpoznał u niego znaczny niedorozwój umysłowy, i sąd w to uwierzył. Według doktora Pobochy zbieramy żniwo niedofinansowania badań z zakresu psychiatrii sądowej: - Lekarze wystawiają aresztantowi zaświadczenie, że w warunkach więziennych nie jest w stanie leczyć nadciśnienia, ale jakie mają na ten temat pojęcie? Większość z autorów takich opinii nigdy nie była w areszcie nawet na odwiedzinach i badaniach. Gdy przeanalizowaliśmy tę sprawę, okazało się, że leczenie nadciśnienia w areszcie nie jest żadnym problemem. Zdaniem Jerzego Pobochy przyczyną „życzliwej współpracy" pomiędzy biegłymi a oskarżonymi są nie tylko łapówki: - Duże pomieszanie wprowadziła tak zwana psychiatria humanistyczna, która kazała lekarzowi za wszelką cenę stać po stronie pacjenta, bo przecież „dobro chorego jest najwyższym prawem". Psychiatra wcielał się w rolę adwokata dla przestępcy. Efektem tego były opinie, według których bandyta nie może przebywać w areszcie, ponieważ tam jest smutny. Nie zwalnia to jednak od pomocy więźniom cierpiącym rzeczywiście na psychozy izolacyjne i klaustrofobie, bo rzeczywiście są w zbyt małych i zbyt ciasnych pomieszczeniach. Liczba więźniów z klaustrofobią rośnie wraz z zagęszczaniem cel i wiele osób rzeczywiście leczy się psychiatrycznie w trakcie aresztu lub po wyjściu z izolacji. 

 

Psychiatro! Lecz się Sam!

Psychiatrzy sądowi postanowili skorzystać z zasady „medice, cura te ipsum" - "lekarzu, lecz się sam"  powołując do życia Polskie Towarzystwo Psychiatrii Sądowej zarejestrowanego jako osoba prawna w grudniu 2006 roku roku. Jerzy Pobocha, jeden z założycieli Towarzystwa, zapowiada, że jego organizacja będzie miedzy innymi zabiegała o wydawanie certyfikatów biegłym, tak aby opinie w sądach wydawali jedynie doświadczeni lekarze. Zdaniem doktora Pobochy początkiem procesu naprawy powinna być analiza sprawy „pomroczności jasnej" prezydenckiego dziecka. Czy monopolowi uda się zadbać o swoją własną jakość i rzetelność czas pokaże, ale faktem jest że nadużycia korupcyjne jak to widać na coraz liczniejszych przykładach tyczą w szczególności biegłych sądowych. 


KOŁOBRZEG
Kołobrzeski Lekarz Podejrzewany o Korupcję
25 kwietnia 2008

Neurolog psychiatra Andrzej S., pracujący w Szpitalu Wojskowym w Kołobrzegu, trafił na trzy miesiące do aresztu. Lekarz usłyszał zarzut przyjmowania łapówek. Według prokuratury za wydawanie fałszywych wyników badań miał brać łapówki - od 50 do 400 złotych. Andrzej S. lat 56, specjalista neurolog psychiatra, przyjmował w 117 Szpitalu Wojskowym z przychodnią SPZOZ przy ul. Jedności Narodowej w Kołobrzegu. Do jego obowiązków należało m.in. badanie osób skierowanych do niego na konsultację przez terenową Wojskową Komisję Lekarską. W mieście miał też gabinet prywatny. We wtorek dnia 22 kwietnai 2008 roku lekarza zatrzymali policjanci wydziału do walki z korupcją komendy wojewódzkiej policji w Szczecinie. Fakt wręczenia mu łapówek potwierdziło już trzech mężczyzn: 41-letni Dariusz K., 46-letni Grzegorz W. i 25-letni Łukasz D. Wszyscy zostali zatrzymani, po czym - za poręczeniem majątkowym wysokości odpowiednio: trzech, dziewięciu i dziesięciu tysięcy zł - zwolnieni do domu. Wiele wskazuje na to, że zamieszanych w przekupstwo lekarza może być więcej, nawet kilkadziesiąt osób. - W gabinetach Andrzeja S. policja zabezpieczyła dokumentację medyczną - mówił dnia 24 kwietnia 2008 Ryszard Gąsiorowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Koszalinie. - Z zebranych dotąd materiałów wynika, że Andrzej S. wielokrotnie miał przyjmować korzyści majątkowe od pacjentów. Na razie w grę wchodzi czas od stycznia do kwietnia 2007 roku. Kwoty łapówek nie były wysokie, wynosiły od 50 do 400 złotych. Łapówką miał też bywać markowy alkohol. 

 

RENTY I ZWOLNIENIA

Przypuszczamy, że lewe zaświadczenia psychiatryczne służyły m.in. do uniknięcia odbywania zasadniczej służby wojskowej, uzyskania nienależnej renty czy zwolnienia lekarskiego w sytuacji, gdy zainteresowany powinien się gdzieś obowiązkowo stawić, np. w sądzie - wyliczał Ryszard Gąsiorowski. Lekarz jednak nie przyznał się do winy. - Zaprzeczył, by w zamian za pieniądze wydawał dokumenty poświadczające nieprawdę. Pytany o przyjmowane pieniądze tłumaczył m. in., że prowadząc gabinet prywatny, miał prawo pobierać honoraria za badanie - poinformował prokurator. Andrzejowi S. grozi do 10 lat pozbawienia wolności. Groźba orzeczenia kary tej samej wysokości ciąży też nad osobami, które wręczały łapówki w zamian za lewe zaświadczenia. Jak tłumaczy Ryszard Gąsiorowski, ci ludzie byli świadomi, że fałszywy dokument, za którego wydanie wręczali łapówkę, będzie służył do obejścia prawa. 

 

RYBNIK 
Depresja gangstera w Rybniku 

Wt, 2003-09-16 

Szpital psychiatryczny w Rybniku zawsze słynął z dobrej opieki i lekarzy, ale to co się w nim wydarzyło w 2003 roku, może być początkiem "psychiatrycznej ośmiornicy". Według "Rzeczpospolitej", opinie lekarskie wydawane przez niektórych lekarzy tej placówki zapewniają gangsterom bezkarność. Do szpitala w Rybniku na wniosek sądu lub prokuratury trafiają podejrzani o popełnienie najcięższych przestępstw, szczególnie na osławiony oddział IX. Od opinii psychiatrycznej zależą ich dalsze losy. Skorzystał na tym m.in. Piotr Wojasz, gangster z Rybnika, podejrzewany przez Centralne Biuro Śledcze o handel bronią, napady i rozboje. Jak dowiedział się dziennik, od lat skutecznie unika osądzenia dzięki opinii wystawionej przez dwóch doktorów - Joachima Hansela i Andrzeja Baranowskiego, ordynatorów oddziałów sądowych szpitala w Rybniku. Na pomoc lekarzy w uniknięciu służby wojskowej mogli liczyć także poborowi i żołnierze służby zasadniczej. Od ponad roku czyli od lata 2002 roku szpitalem kieruje dr Stanisław Urban. W rozmowie z "Rz" dyrektor przyznał, że słyszał od wielu ludzi, co i za ile można w tym szpitalu załatwić. Dokumenty dają wiele do myślenia - przyznaje. W lipcu 2003, po analizie kilkuset historii choroby pacjentów, skierowałem doniesienie w tej sprawie do Prokuratury Okręgowej w Gliwicach - powiada dr Urban. Rzecznik prokuratury Ewa Zajączkowska potwierdziła dziennikowi, że dyrektor szpitala w Rybniku złożył doniesienie przeciwko lekarzom i fałszowaniu opinii sądowo-psychiatrycznych. Pierwsze poważne sygnały o korupcji psychiatrów sądowych w Rybniku pochodzą jednak jeszcze z lat 2000/01, podobnie i skargi na bezprawne przetrzymywanie. Znane są też skargi rodzin pacjentów podsądnych, że zwolnienia z rybnickiego szpitala dokonywane były za łapówki albo w przeciwnym razie pacjent podsądny jest przetrzymywany makabrycznie długo, bez zasadności w postaci koniecznego leczenia, często jako niewolnik do pracy na terenie szpitala. 

 

ŚLĄSK
PSYCHIATRZY KRYLI GANGSTERA 
"Rzeźnik" na wariackich papierach

2008-02-28

Cztery miesiące przed zabójstwem gen. Marka Papały Ryszard Niemczyk płatny zabójca, który jest podejrzany o dokonanie tej zbrodni, ukrywał się w szpitalu psychiatrycznym w Rybniku - ustalił "Dziennik". Dzięki fałszywej opinii lekarskiej zniknął szukającym go już wówczas policjantom. "Sprawa Niemczyka" to jeden z wątków śledztwa przeciwko "psychiatrycznej ośmiornicy”, która przez lata działała na Śląsku. - Pacjent boi się czegoś, czuje się śledzony, źle sypia - napisał dr Andrzej Baranowski, psychiatra i ordynator jednego z oddziałów, przyjmując Niemczyka 9 lutego 1998 roku do szpitala. - To symulacja choroby psychicznej, głównie objawów depresyjnych - postawił diagnozę już następnego dnia psycholog. Decydował jednak ordynator, który uznał, że Niemczyk ma pozostać na obserwacji i już. Stan zdrowia gangstera błyskawicznie się poprawiał mając znamiona nagłego uzdrowienia. Już 18 lutego 1998 roku dostał tygodniową przepustkę do domu. Potem został wypisany i przez kilka tygodni przebywał na zwolnieniu lekarskim. - Niemczyka przyjęto na oddział w szpitalu w jednym celu: wyrobienia mu zaświadczenia o niepoczytalności, które zapewniałoby mu bezkarność - powiedział gazecie dyrektor szpitala w Rybniku dr Stanisław Urban, który ujawnił proceder wystawiania lewych zwolnień dla przestępców w rybnickim szpitalu. 

 

Dr Joachim Hansel - Psychiatra

Oddział podsądny w rybnickim szpitalu prowadzi dr Joachim Hansel. - W tej chwili - mówi - psychiatria sądowa osiąga szczególną rangę, a i liczba osób badanych jest coraz większa. Staramy się ograniczyć do minimum obserwacje zlecane przez sąd. Jest to możliwe z tego względu, że mamy to szczęście dysponować nie tylko bogatym zapleczem, które stanowi personel medyczny, ale my akurat nie możemy narzekać na wyposażenie naszego ambulatorium. Dr Hansel podkreśla sprawę zbyt pochopnego kierowania przez biegłych podsądnych na obserwację. Twierdzi, że powinno to mieć miejsce dopiero po wyczerpaniu wszystkich możliwości badania ambulatoryjnego. Inną ważną w jego opinii kwestią jest problem osób, które popełniły czyn zabroniony, ale z powodów chorobowych nie mogą ponosić za to odpowiedzialności. - Wielu psychiatrów w każdym przypadku choroby wnioskuje leczenie w szpitalu, do czego sądy chętnie się przychylają - mówi dr Hansel. - Znamienne jest, że w przypadku naszego szpitala tych wniosków jest stosunkowo mniej. Przestrzegamy po prostu ściśle ustawowy zapis, że taka decyzja może zapaść tylko wtedy, gdy chory stwarza poważne niebezpieczeństwo dla porządku prawnego. W opinii dr Pociechy-Leśniak ważną tutaj rolę mogłyby odegrać ośrodki resocjalizacyjne, w których pacjent miałby większy zakres swobody, przebywając w dalszym ciągu pod kontrolą medyczną. W Polsce jednak to chyba jeszcze odległa przyszłość. 

 

RYBNIK
Uznani za Winnych w Pierwszej Instancji
Psychiatrzy z Wyrokami

08.02.2007 

W Sądzie Rejonowym w Tarnobrzegu zakończył się w lutym 2007 roku pierwszy z procesów związanych z aferami w rybnickim szpitalu psychiatrycznym. Chodzi o sprawę Leszka A. i Andrzeja B., którzy niegdyś pracowali w ośrodku. Obaj stanęli przed obliczem Temidy pod zarzutem poświadczania nieprawdy celem uchronienia trzech poborowych przed odbyciem służby wojskowej i zostali uznani za winnych. Jak wyjaśnia sędzia Teresa Więch, rzeczniczka Sądu Okręgowego w Tarnobrzegu, psychiatrzy mieli bardzo podobne zarzuty, a zostali oskarżeni o działanie wspólnie i w porozumieniu na terenie Żor oraz Rybnika. Prokuratura Okręgowa w Opolu, która rozpracowywała wszystkie afery związane ze szpitalem, ustaliła, że przyjmowali poborowych w poradniach zdrowia psychicznego, gdzie wpisywali im do dokumentacji fikcyjne schorzenia, a następnie kierowali tych młodych ludzi na leczenie do rybnickiego ośrodka, co naraziło na straty ówczesną Śląską Kasę Chorych. Leszek A. miał zarzut uprawiania procederu od początku ostatniego kwartału 1994 roku do ostatniego stycznia następnego roku, a Andrzej B. od 4 do 31 stycznia 1995 roku oraz od grudnia 1995 roku do 11 lutego 1996 roku.

 

Łapówka w Ratach

Wszystko miało odbywać się za łapówki, a poborowi mieli zapłacić psychiatrom w sumie 4,2 tysięcy w czterech ratach, które wyniosły kolejno 500 zł, 1,2 tysięcy zł, 500 zł i 2 tysięcy zł. Temida skazała obu lekarzy na kary po półtora roku bezwzględnego pozbawienia wolności, zakazała im wykonywania zawodu na trzy lata, wymierzyła im też dosyć wysokie grzywny (w przypadku Leszka A. jest to 20 tysięcy zł, w przypadku Andrzeja B. 16 tysięcy), nakazała im ponadto pokrycie wszystkich kosztów sądowo- procesowych, a są to kwoty po około 2 tysiące zł od osoby. - Wyrok nie jest prawomocny, już też jest zapowiedź apelacji zarówno obrony, jak też oskarżenia. Na razie strony wystąpiły o pisemne uzasadnienie orzeczenia - poinformowała sędzia Teresa Więch. Jak przyznała, dla mecenasów wyrok jest zbyt surowy, a dla oskarżenia zbyt łagodny. Prokurator Dariusz Wesołowski z opolskiej jednostki, który prowadził wszystkie postępowania związane z psychiatrykiem, precyzuje, że chodzi o kwestię uwolnienia psychiatrów od zarzutu oszustwa i działania na szkodę szpitala. - Poprosiliśmy więc o uzasadnienie w tej części, ponieważ szpital jednak poniósł straty, choć sięgnęły one nie więcej niż kilkuset zł, bo wszystko działo się tuż przed denominacją złotówki i zaraz po jej wprowadzeniu. Niezależnie od tego nie wykluczamy, że nie będziemy składali apelacji, ale ostateczną decyzję podejmiemy po analizie treści uzasadnienia - wyjaśnia Dariusz Wesołowski, zastrzegając, że gdyby nawet prokuratura złożyła zażalenie, a sąd wyższej instancji podzieliłby jej wątpliwości, to nie powinno mieć to wpływu na zmianę wysokości kary wymierzonej obu lekarzom.

 

Kwoty Poręczenia

Na pytanie, co będzie z wcale niemałymi kwotami poręczeń majątkowych, jakie zastosowano wobec nich, odpowiada, że o tym zdecyduje sąd w odpowiednim czasie. - Postępowanie jeszcze przecież trwa, a gdyby okazało się, że obaj panowie nie stawiają się np. do odbycia kary, sąd może orzec przepadek tych pieniędzy na rzecz skarbu państwa - tłumaczy prokurator Wesołowski. Uprawomocniły się natomiast wyroki, jakie tarnobrzeska Temida wymierzyła trzem pielęgniarkom oskarżonym o działanie na szkodę pacjentów ośrodka w Rybniku. Przypomnijmy, że wszystkie dobrowolnie poddały się karze. Początek procesu reszty oskarżonych w tej sprawie, a pozostało ich 18 sztuk, wyznaczono na 20 lutego 2007. Jak na razie żaden nie zamierza pójść w ślady pielęgniarek, ale jeszcze dużo może się zmienić. - Każdy może bowiem złożyć wniosek o poddanie się karze do czasu złożenia wyjaśnień przez wszystkich oskarżonych, a to potrwa choćby dlatego, że z Rybnika do Tarnobrzega jest ponad 200 km. Mogą więc wystąpić problemy z dojazdem tak podejrzanych, jak świadków - zaznacza prokurator Wesołowski. 

Wypada dodać, że 30 stycznia 2007 w Sądzie Rejonowym w Jędrzejowie miał zacząć się proces psychiatrów Joachima H. i Bogusława K., którzy wedle prokuratury, działając wspólnie i w porozumieniu, dopuścili się poświadczania nieprawdy, czym uchronili przed karą dwukrotnego zabójcę Janusza K. Wokanda nie doszła do skutku z powodu niestawienia się pierwszego z nich, który tłumaczył się chorobą, ale nie dostarczył zaświadczenia lekarskiego. - Jeśli nie przedstawi go w terminie, sąd prawdopodobnie nakaże rozesłać za nim list gończy - dodaje prokurator Wesołowski. Nie wiedzą, czemu pozostałe wątki śledztwa w sprawie domniemanego fałszowania opinii mającego na celu chronienie przestępców przed karą (miały ich być całe rzesze) zostały umorzone, i to już, jak "Nowiny" pisały, w czerwcu 2006 roku. - Od tej decyzji odwołali się szefowie śląskiego oddziału NFZ-u, choć sami właściwie nie wiedzą, dlaczego. Efekt jest taki, że postanowienie o umorzeniu leży w Prokuraturze Apelacyjnej we Wrocławiu, a decyzja wciąż nie jest prawomocna - podsumowuje prokurator Wesołowski. 

 

ŚLĄSK
"Lewe" Depresje - Znani Psychiatrzy Skazani

"Dziennik Zachodni": Na półtora roku bezwzględnego więzienia oraz trzy lata zakazu wykonywania zawodu skazał sąd w Tarnobrzegu dwóch znanych śląskich psychiatrów. Leszek A. i Andrzej B., były ordynator szpitala psychiatrycznego w Rybniku, wystawiali lewe zwolnienia poborowym, którzy chcieli uniknąć wojska. "Diagnozowali" głównie depresje. Brali za to od 500 zł do 2 tysięcy zł. Prokuratura Okręgowa w Opolu, która prowadziła śledztwo w sprawie dziwnych zwolnień wystawianych przez psychiatrów ze szpitala psychiatrycznego w Rybniku, potwierdziła trzy takie przypadki. Wpadła na nie przypadkiem, weryfikując listy pacjentów wszystkich lekarzy psychiatrów w rybnickim szpitalu. Śledczych zdziwiło, że Leszek A. i Andrzej B. czasami kierowali pacjentów z depresją na jeden dzień do szpitala. Okazało się, że są to głównie poborowi. 

Przyparci do muru, przyznali, że płacili lekarzom za L-4 by uniknąć wojska. Jeden był już żołnierzem, ale chciał wrócić do domu. Leszek A. i Andrzej B. stwierdzili u niego depresję i myśli samobójcze. Dostali wspólnie 500 zł. Według prokuratury Leszek A. za 2 tysące zł wystawił lewe zwolnienie jeszcze jednemu poborowemu, Andrzej B. za 1,2 tysięca zł innemu mężczyźnie. "Zważywszy że były to lata 1995-96, nie były to małe pieniądze" - stwierdza prok. Dariusz Wesołowski z PO w Opolu. Biegły powołany przez prokuraturę, prof. Stanisław Dąbrowski, światowej sławy psychiatra, uznał, że leczenie depresji w jeden dzień jest niemożliwe. Lekarze zostali oskarżeni o korupcję i poświadczanie nieprawdy. Prokuratura uznała również, że skoro poborowi chorzy nie byli, to i ich pobyt w szpitalu był oszustwem. Wyceniono szkodę dla szpitala na kilkaset złotych. Poszkodowanym jest NFZ, który za usługę zapłacił. Skazani nie pracują już w Rybniku. 

Leszek A. jest czynnym psychiatrą w Niepublicznym Zakładzie Opieki Zdrowotnej w Zabrzu. Jest tam ordynatorem oddziału psychiatrycznego dla dorosłych, pracuje w poradniach zdrowia psychicznego. "To efekt pomówień. To zupełnie nie ma nic wspólnego z prawdą" - komentuje wyrok. "Świadkowie? To dowody osobowe, słowo do słowa. Oczywiście, że się będziemy odwoływać" - dodaje. W wyniku śledztwa Prokuratura Okręgowa w Opolu oskarżyła innego byłego już ordynatora oddziału sądowego rybnickiego psychiatryka Joachima H. o poświadczenie nieprawdy przy wydawaniu opinii lekarskiej dla człowieka, który miał konflikt z prawem. Nie udowodniono, że stała za tym jakakolwiek korzyść finansowa. Pierwsza rozprawa ma rozpocząć się w lutym przed Sądem Rejonowym w Jędrzejowie. Dziwnie tak jakoś wszystkie te sprawy o korupcję odbywają się daleko od miejsca popełnienia czyli od Rybnika, a przecież w Rybniku także jest sąd rejonowy. Czyżby lobby psychiatryczne miało tam zbyt duże wpływy i koneksje np. poprzez powiązania rodzinne? Pewnie ma to związek z ignorowaniem przez wiele lat skarg pacjentów rybnickiej psychuszki kierowanych wprost do sądu rejonowego w Rybniku... 

 

SZCZECIN 
Gigantyczne Korupcja w Szczecinie

2006-02-01 

Autobus pełen podejrzanych, panika wśród szczecińskich lekarzy i "lewych" rencistów - gigantyczne korupcyjne śledztwo prowadzi szczecińska prokuratura. A zaczęło się od pary policjantów "pod przykrywką". W środowisku lekarskim Szczecina wrze, bo ZUS wyłuskuje rencistów, którzy dostali świadczenia dzięki dokumentom wystawionym przez lekarzy namierzonych przez policję. To efekt największego w Polsce pod względem liczby podejrzanych śledztwa korupcyjnego. Objęto nim lekarzy, przedstawicieli Wojskowej Komendy Uzupełnień, egzaminatorów prawa jazdy. Ostatnio w 2006 roku nie ma tygodnia bez zatrzymań. Kiedy kilka tygodni temu policjanci z wydziału do walki z korupcją chcieli założyć kajdanki kilkunastu osobom, musieli prosić o pomoc kolegów z innych jednostek i wziąć autobus. Lekarze i pośrednicy zapłacili łącznie 744 tysęcy zł kaucji, by wyjść z aresztu. Prokuratura ma już 109 podejrzanych, cztery osoby siedzą w areszcie. - Większość to ludzie, którzy dawali łapówki, by uzyskać dokumentację lekarską uprawniającą do świadczeń rentowych - mówi prok. Iwona Popielarska z wydziału ds. przestępczości zorganizowanej szczecińskiej prokuratury okręgowej. - Mamy przypadki pacjentów, którzy nawet nie widzieli swoich lekarzy. 

Wśród podejrzanych o korupcję jest sześciu znanych szczecińskich lekarzy, w tym wybitny nefrolog (specjalista chorób nerek) Lesław B., psychiatrzy Żaneta K. i Marek J. oraz neurolog Donata P.-S., dwóch oficerów z Wojskowej Komendy Uzupełnień i cztery osoby z Wojewódzkiego Ośrodka Ruchu Drogowego. W śledztwie ustalono, że lekarze ci brali od 1-4 tysięcy zł za sfabrykowanie historii choroby. Tylko jeden przyznaje się do winy. - Ale we wszystkich przypadkach mamy bardzo mocne dowody - zapewnia prok. Popielarska. - Przeprowadzamy konfrontacje z dającymi łapówki. Ci ostatni to pełny przekrój społeczny. - Zwykli ludzie, nasi sąsiedzi - opowiadają policjanci. - Czasami rzeczywiście ciężko chorzy, ale woleli przekupić lekarza "dla pewności". Kobiety, które początkowo idą w zaparte, a później płaczą, gdy im się zdejmuje odciski palców, łamią się. I mężczyźni, którzy mówią: "Przecież dałem pięć lat temu - to się nie przedawniło?". Sporo taksówkarzy. Mamy też rodzinę - syn wymigał się od wojska za łapówkę, a rodzice załatwili sobie renty. 

Na początku zatrzymano nefrologa. Wpadł w pułapkę tzw. przykrywkowców, zakonspirowanych policjantów, którzy zmienili tożsamość i udawali małżeństwo pacjentów. Lekarz miał trzykrotnie przyjąć od nich pieniądze. Para policjantów ma być świadkami incognito na procesie. Na przykrywkowców nadział się też niejaki H., emerytowany oficer WP. Załatwiał renty, prawa jazdy, odroczenia służby wojskowej. Był wyjątkowo operatywny, znał wielu biorących lekarzy, po aresztowaniu zaczął sypać. Wkrótce liczba podejrzanych ma się powiększyć o co najmniej kilkadziesiąt osób, w tym lekarzy. - Jeśli ktoś zgłosi się dobrowolnie i opowie o korupcji ze swoim udziałem, będzie potraktowany jako świadek - apeluje oficer policji zaangażowany w śledztwo. - Na podstawie artykułu kodeksu karnego rozbijającego solidarność dającego i biorącego. Lepiej się ujawnić, bo my znajdziemy wszystkich. Inny policjant dodaje: - To rozwojowe śledztwo, ale bez fajerwerków. Żmudna praca, procedury, przesłuchania, analiza dokumentów, w końcu zatrzymania o piątej rano. 

 

OLSZTYN 
Psychiatra Podejrzany o Korupcję 

2005-09-22

 

Lekarza psychiatrę z Pomorza podejrzanego o przyjmowanie łapówek w zamian za poświadczanie nieprawdy o stanie zdrowia oskarżonych w procesie mafii paliwowej i aferze związanej z praniem pieniędzy w skorumpowanym kościelnym wydawnictwie Stella Maris zatrzymali warmińsko- mazurscy policjanci. Sfałszowane przez lekarza dokumenty o rzekomej chorobie psychicznej oskarżeni wykorzystywali w toczących się przeciw nim postępowaniach karnych - poinformował Jarosław Jurgielewicz z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Olsztynie. Psychiatra 42-letni Grzegorz B. jest ordynatorem oddziału szpitala psychiatrycznego i biegłym sądowym. Zatrzymano go w jednej z miejscowości na Pomorzu 19 września 2005 roku. Policja ujawniła to dopiero w czwartek po dniu zatrzymania. Psychiatrze zarzucono, że za łapówki, których wysokość dochodziła do 20 tysięcy zł, wydawał fałszywe opinie o stanie zdrowia dwóch oskarżonych w procesie mafii paliwowej i aferze Stella Maris - Piotra K. i Janusza B. Potwierdzał także ich fikcyjny pobyt w szpitalu. Dzięki temu podsądni unikali odpowiedzialności karnej. 

 

Jak ustalili policjanci, Grzegorz B. prowadził przestępczą działalność od co najmniej 4 lat, czyli od 2001 roku. Prokuratura Okręgowa w Olsztynie zastosowała wobec niego poręczenie majątkowe w wysokości 25 tysięcy zł oraz zakazała mu opuszczać kraj i zatrzymała paszport. Za przyjmowanie łapówek, utrudnianie postępowań karnych i poświadczanie nieprawdy w dokumentach grozi mu do 10 lat więzienia. Psychiatra Grzegorz B. jest kolejnym lekarzem psychiatrą zatrzymanym w związku z korupcją na Pomorzu i wydawaniem fałszywych zaświadczeń oskarżonym. W maju 2005 roku warmińsko- mazurscy policjanci zatrzymali pod zarzutem łapówkarstwa sześć osób, w tym troje psychiatrów z woj. pomorskiego. Podejrzani lekarze w zamian za korzystne dla przestępców opinie mieli przyjmować drogie perfumy, sprzęt komputerowy, biżuterię, sprzęt RTV, a także meble oraz kupować luksusowe samochody po atrakcyjnych cenach. Opłacano im także wyjazdy na zagraniczne wycieczki i przeloty samolotami. (Informacja za PAP)

 


WYSZKÓW 
Wyroki w Wątku Korupcyjnym Gangu Wyszkowskiego 

2005-07-28

Ławnik, lekarz psychiatra, policjanci i strażnicy sądowi - w sumie 12 osób - skazał w lipcu 2005 roku Sąd Rejonowy Warszawa Śródmieście za pomaganie gangsterom z "Wyszkowa" w zamian za łapówki. Orzeczono kary od roku w zawieszeniu do dwóch lat więzienia. Skazani przyznali się do winy; niektórzy w trakcie przesłuchań w prokuraturze, inni przed sądem - i sami poddali się karze. Ich oskarżenie i skazanie, jak podkreślał w uzasadnieniu wyroku przewodniczący składu sędziowskiego Mariusz Iwaszko, było możliwe dzięki zeznaniom dwóch skruszonych gangsterów z Wyszkowa, którzy dokładnie opisali proceder załatwiania za łapówki m.in. orzeczenia lekarskiego. Dzięki temu na ławie oskarżonych zasiadła m.in. b. ordynator oddziału psychiatrycznego szpitala w Pruszkowie czyli w Tworkach Ewa M., skazana w czwartek na rok i osiem miesięcy z zawieszeniem na pięć lata więzienia i 2 tysiące grzywny i zakaz wykonywania funkcji ordynatora na 3 lata. W październiku 2001 roku według ustaleń prokuratury i zeznań Wiesława P. - miała ona przyjąć 500 dolarów w zamian za umieszczenie tegoż Wiesława P. na oddziale psychiatrycznym i wystawienie zaświadczenia o jego niepoczytalności, by uniemożliwić jego ściganie. 

Skazany został też - na 1,5 roku więzienia i 2 tysiące zł grzywny, ławnik Mieczysław B., który w zamian za 20 tysięcy złotych obiecywał gangsterom pomoc "w ustawieniu wyroku" w sprawie gwałtu. Sędzia Iwaszko podkreślał w czwartek, że jest to prawdopodobnie jeden z pierwszych w Polsce wyroków skazujących ławnika. Wyjaśnił także, że z ustaleń sądu wynika, iż Mieczysław B. jedynie obiecywał pomoc, powołując się na znajomości - nie miał jednak wpływu na wyrok. W tej sprawie skazani zostali też - na kary od 2 lat więzienia i 2 w zawieszeniu na 5 lat więzienia trzej policjanci z Wyszkowa, którzy w zamian za łapówki (nawet 20 tysięcy zł) przekazywali gangsterom informacje operacyjne. W odrębnym procesie za pomaganie gangsterom odpowiada ich komendant Andrzej Sz., który w czwartek opuścił areszt za poręczeniem majątkowym - 100 tysięcy zł. Na ławie oskarżonych, znalazł się też strażnik więzienny z Siedlec Maciej K. - został skazany zgodnie z tym co sam zaproponował poddając się karze na 2 lata więzienia w zawieszeniu na pięć lat, za dostarczenie gangsterom komórek do cel. Skazani zostali też strażnicy sądowi, którym żona Sławomira O. ps. Uchal płaciła od 150 do 300 zł w zamian za nieformalne spotkania z mężem czyli za tzw. "mokre" erotyczne widzenia. Sama Marzena O. została skazana na rok więzienia w zawieszeniu na trzy lata za wręczanie łapówek strażnikom. 

Od lutego 2003 roku w warszawskiej prokuraturze trwa śledztwo dotyczące działalności gangu z Wyszkowa. Kilkunastu gangsterów ma już różne zarzuty, m.in. dokonywania wymuszeń rozbójniczych. "Grupa wyszkowska" powstała na początku lat 90-tych. Zajmowała się głównie napadami z bronią, ściąganiem haraczy, porwaniami dla okupu, kradzieżami samochodów, handlem narkotykami i czerpaniem korzyści z nierządu. Według policji, stałym źródłem dochodów grupy przestępczej były haracze ściągane od osób prowadzących działalność gospodarczą w Wyszkowie i okolicach. Tych, którzy nie chcieli się podporządkować, zastraszano grożąc zabiciem, okaleczeniem, zamachem na rodzinę oraz zniszczeniem mienia. Gangiem początkowo kierował Sławomir O. "Uchal", po jego zatrzymaniu władzę przejął Marek D., ps. "Wacek". Pomagali mu Robert D., ps. "Klakier", oraz Wiesław P. "Koczis". W lipcu 2002 roku członkowie gangu zastrzelili z broni maszynowej na plaży w Wyszkowie dwóch mężczyzn; dwóch innych zostało rannych. Na plaży było wtedy wiele osób. Zaatakowani byli członkami konkurencyjnego gangu, który chciał w tym regionie przejąć interesy "grupy wyszkowskiej". Po trzymiesięcznym śledztwie policjanci z CBŚ zatrzymali zabójców i zaczęli rozpracowywać gang. Latem 2003 roku Prokuratura Okręgowa w Warszawie wysłała do Sądu Okręgowego w Ostrołęce akt oskarżenia wobec 29-letniego Marcina S. i 22-letniego Włodzimierza B., którym zarzucono to zabójstwo. (Informacja za PAP)  

 

 

WYSZKÓW
Mutanci zabili Sławomira K. ps. "Cipa"
Korupcja Psychiatrii w Wyszkowie
Gangster w szpitalu ukrywał się przed policją

1 luty 2007

Kolejnym świadkiem była odbywająca karę więzienia Elżbieta P., która została skazana za wręczanie łapówki lekarzowi i umożliwienie przestępcom dotarcie do lekarzy szpitala psychiatrycznego, do którego na przełomie 2002 roku trafił między innymi świadek koronny Wiesław P. ps. "Koczis" ukrywając się przed policją. Elżbieta P. początkowo zaprzeczała, że pomogła Koczisowi w dostaniu się na oddział psychiatryczny. Twierdziła, że takiej pomocy udzieliła jedynie Robertowi T. ps. "Buhaj". - Umówiłam spotkanie z panem doktorem, który miał leczyć Roberta T. Przekazałam łapówkę lekarzowi. Pieniądze dał jego kolega. Nie pamiętam, jaka to była kwota. Skontaktowałam Roberta T. z doktorem W. – powiedziała. W załatwianiu tych spraw miał uczestniczyć również kolega jej męża Tomasz P. Elżbieta P. zaprzeczyła, że zna kogokolwiek z oskarżonych. Po chwili zmieniła jednak zeznania i stwierdziła, iż być może zna z widzenia Uchala, jednak nie rozpoznała go na ławie oskarżonych. Zapytana przez prokuratora o Wiesława P., oświadczyła, że to na podstawie jego zeznań została skazana. Przypomniała sobie też, że podała mu kontakt do kardiochirurga ze szpitala przy ul. Banacha, u którego chciał się leczyć. - Więcej takich zdarzeń nie było – oświadczyła Elżbieta P. 

Kilkanaście minut później mówiła jednak zupełnie coś innego. Zdanie zmieniła, gdy sędzia odczytał jej wcześniejsze zeznania z prokuratury. - Przez nieuwagę cierpią moje dzieci. To, co się wydarzyło w moim życiu, w ogóle nie powinno mieć miejsca. Nie chcę do tego wracać – przerwała zeznania. Przypomniała sobie, że kiedyś w prokuraturze spotkała lekarkę ze szpitala w Pruszkowie Ewę M., która powiedziała jej, iż Wiesław P. dał jej prezent – 2 tysiące dolarów i adidasy. Z wcześniejszych zeznań Elżbiety P. jasno wynika, że spotkała się z Koczisem, a następnie na jego prośbę pomogła mu w dostaniu się do szpitala psychiatrycznego. W zamian za to lekarka Ewa M. miała otrzymać 2 tysiące dolarów, tysiąc za wypisanie skierowania i kolejny, kiedy Wiesław P. znalazł się już na oddziale. Kolejne 500 dolarów za pomoc przeznaczone było dla P. We wcześniejszych zeznaniach Elżbieta P. wspomina też o załatwianiu papierów dla „Wyszkowa”. - Papiery dla „Wyszkowa” (członków grupy przestępczej – przyp. red.) załatwiał doktor B. z oddziału psychiatrycznego, m.in. dla Chałapy – sędzia Oryl odczytał wcześniejsze zeznania świadka. Zapytał Elżbiety P., czy spotkały ją w związku z tym jakieś groźby. - Grożono mi w przeddzień, a także w dniu, kiedy miałam zeznawać w prokuraturze – przyznała. Choć kobieta zapewniała, że jest w stanie rozpoznać mężczyzn, którzy jej grozili, nie wskazała na nikogo, gdy sędzia pokazał jej fotografie podejrzanych. 

 

 

ZAMOŚĆ 
Psychiatra Skazany 

26.02.2008 

Kara więzienia w zawieszeniu, grzywna i zakaz uprawiania zawodu lekarza. To prawomocna kara dla Stanisława B., lekarza psychiatry- neurologa, który za łapówki fałszował dokumentację medyczną i pomagał pacjentom wyłudzać zasiłek chorobowy KRUS. Stanisław B. (l. 54) to specjalista neurologii i psychiatrii. Prywatną praktykę prowadził od 2002 roku. Początkowo miał gabinet w Biłgoraju, potem przeniósł się do Zamościa. Jego stałym pacjentem był Adam M. To on, jak ustaliła prokuratura, przysparzał pacjentów doktorowi. Na początku stycznia 2003 roku. Adam M. zaproponował małżeństwu Krystynie i Janowi S. z gminy Żółkiewka pomoc w załatwieniu renty KRUS. Twierdził, że ma wpływy w tej instytucji. Od każdego z małżonków chciał za to po 3 tys. zł. Krystyna S. zgodziła się. Adam M. powiedział jej, że aby uzyskać rentę, musi wcześniej korzystać ze zwolnień lekarskich. Oświadczył, że z tym nie będzie najmniejszego problemu, bo ma znajomego lekarza w Biłgoraju. 27 stycznia 2003 r. zarejestrował ją w gabinecie B. Na podstawie dokumentu tożsamości kobiety założona została karta chorobowa, w której lekarz Stanisław B. poświadczył, że badał Krystynę S. i wystawił jej dwumiesięczne zwolnienie lekarskie. Zwolnienie to Adam M. dostarczył Krystynie S. Podobnie zrobił jeszcze trzykrotnie: 3 marca, 7 kwietnia i 15 maja. Na tej podstawie Krystyna S. wyłudziła z KRUS łącznie 732 zł świadczenia chorobowego. 

Doktor Stanisław B. sfabrykował dokumentację medyczną także małżonkowi Krystyny S. Ten jednak nie wyłudził pieniędzy, bo się przestraszył konsekwencji. Proceder przerwała policja, która pewnego letniego poranka 2003 roku wkroczyła do gabinetu pana doktora w Zamościu. Prokuratura oskarżyła medyka, że od stycznia do czerwca 2003 roku, w celu osiągnięcia korzyści majątkowych pomógł Krystynie S. w dokonaniu oszustwa w ten sposób, że w dokumentacji medycznej poświadczał nieprawdę, odnośnie jej leczenia i wystawiał jej fałszywe zwolnienia. Tak samo zrobił w przypadku Jana S. Doktor zarówno w śledztwie, jak i w sądzie nie przyznawał się do zarzutów z aktu oskarżenia. Jego wyjaśnienia nie przekonały sądu. Stanisława B. pogrążyły też zeznania małżonków S., którzy oświadczyli, że nigdy nie byli w jego gabinecie, nie mieli z nim jakiegokolwiek kontaktu, bo wszystko za nich załatwiał Adam M. Także zeznania recepcjonistek pracujących w gabinecie medyka nie były dla niego korzystne. Oświadczyły, że wizyty pacjentów u doktora Stanisława B. trwały nadzwyczaj krótko, a on sam był nadzwyczaj skory do wystawiania zwolnień lekarskich. W październiku 2007 roku Sąd Rejonowy w Zamościu uznał, że doktor jest winny zarzucanych mu czynów. Skazał go za to na rok i trzy miesiące więzienia, zawieszając wykonanie kary na 3 lata tytułem próby. Wymierzył mu też 3 tysiące zł grzywny i zakazał przez 2 lata wykonywania zawodu lekarza. W uzasadnieniu wyroku sąd podkreślił, że działanie medyka nie miało charakteru incydentalnego, lecz świadomie nadużył on swoich uprawnień zawodowych do popełnienia przestępstwa. Wyrok w ubiegłym tygodniu utrzymał w mocy Sąd Okręgowy. 

 

 

WROCŁAW
Psychiatra skazany za Wystawienie Fałszywych Opinii

22-06-2004 

Wrocławski sąd skazał w dniu 21 czerwca 2004 roku Tomasza P., byłego dyrektora szpitala psychiatrycznego we Wrocławiu, na półtora roku w zawieszeniu na 4 lata. Psychiatra był oskarżony o przyjęcie 20 tysiecy zł łapówki w zamian za wystawienie fałszywej opinii lekarskiej. Ponadto sąd zdecydował, że lekarz nie będzie mógł przez najbliższe trzy lata być biegłym sądowym. Prokuratura oskarżyła Tomasza P. o wystawienie fałszywych opinii dotyczących stanu zdrowia Aleksandra K., który w ten sposób chciał uniknąć kary więzienia za oszustwa gospodarcze. Należy się zastanowić czy osoba uprzednio karana za korupcję ma prawo zostać ponownie biegłym sądowym po upływie owego zalazu na 3 lata czyli od czerwca 2007 roku. 

 

 

CHRZANÓW - KRAKÓW 
Psychiatra i Policjanci

14 marca 2004 

Chrzanowski psychiatra, praktykujący też w szpitalu w Krakowie, przez lata wydawał ekspertyzy na potrzeby policji i sądu. Przy okazji tak jak mógł odpłatnie pomagał osobom będącym na bakier z prawem. Henryk W. to psychiatra z 55-letnim stażem, wieloletni ordynator oddziału szpitala psychiatrycznego w Krakowie – Kobierzynie. Praktykował też w poradni zdrowia psychicznego w Chrzanowie. Biegły sądowy. W Chrzanowie był jedynym psychiatrą, który wydawał ekspertyzy dla miejscowej policji. Jak się okazało, nie tylko ekspertyzy. W 2003 roku dziennikarze Superwizjera i Gazety Wyborczej zdemaskowali skorumpowanego policjanta z Chrzanowskiej komendy. Przekazywał informacje o kolizjach drogowych na autostradzie zaprzyjaźnionej firmie holowniczej, która dzięki temu przejmowała prawie wszystkie intratne zlecenia. Odbywało się to kosztem innych holowników, posiadających oficjalne umowy z komendą. Gdy sprawa układu wyszła na jaw, policjant nagle popadł w depresję. Zaświadczenie o depresji wydał psychiatra dr Henryk W. Policjant przez siedem miesięcy był na zwolnieniu. Mimo oczywistych dowodów przestępstwa, nadal był na etacie w policji i pobierał pensję. Siedem miesięcy trzeba było, by zlecono badanie innemu biegłemu psychiatrze z Krakowa, który stwierdził, że policjant jest w dobrej kondycji psychicznej. Policjant stracił pracę. Dr Henryk W. nadal przyjmował pacjentów w szpitalu w Kobierzynie i w swoim gabinecie w Chrzanowie. Nie został zapomniany. Dzięki wystawionemu przez niego zwolnieniu nietykalność zapewnił sobie zastępca komendanta policji w Alwerni pod Krakowem. Został zatrzymany podczas jazdy po pijanemu. Wszczęto wobec niego postępowanie o wydalenie z pracy dla dobra służby. Z wiadomym skutkiem, bo policjant od razu skorzystał z pomocy psychiatry dr. Henryka W. 

O tym, jak łatwo załatwić sobie pożądany papier od psychiatry dr. Henryka W. przekonali się reporterzy Superwizjera. Jeden z nich przedstawił się jako dyrektor oddziału banku, który przeholował z alkoholem i został przyłapany na jeździe po pijanemu. Delikatnie zasugerował doktorowi  W. wystawienie zwolnienia – dostał je oraz zapewnienie, że w potrzebie może zwrócić się o jego przedłużenie. Przysługa kosztowała jedyne 300 zł. Drugi reporter zagrał uzależnionego od marihuany młodzieńca, który wpadł w panikę po aresztowaniu swego dilera. Dostał wpis do kartoteki pacjentów doktora. W razie kłopotów z policją, mógł od razu wpaść w poważną nerwicę, wymagającą leczenia szpitalnego. Za to wystarczyło 200 zł. Dziennikarze nagrali wszystko na ukrytą kamerę i poszli na policję. Tam przygotowano prowokację. Do psychiatry doktora Henryka W. wybrał się dziennikarz – „bankowiec” z oczyszczonymi z linii papilarnych banknotami. Gdy tylko wyszedł z gabinetu, wkroczyli tam policjanci. Dr Henryk W. oczywiście zaprzeczył, jakoby przyjął jakiekolwiek pieniądze od pacjenta: tłumaczył, że ten, wbrew jego protestom, wsadził mu je do szuflady. Ale na banknotach były odciski palców doktora. Dzięki dziennikarskiemu śledztwu dr Henryk W. siedzi już w areszcie. 

Czemu mimo wielu sygnałów o tym, co robi doktor psychiatrii Henryk W. trzeba było dopiero telewizyjnego reportażu, by udowodnić korupcję lekarza? Podejrzewano go o nią nie od dziś. Jak udało się ustalić dziennikarzom Superwizjera, zwolnienie doktora Henryka W. z funkcji ordynatora jednego z oddziałów szpitala w Kobierzynie 8 lat temu czyli w  1996 roku miało związek z podejrzeniem o korupcję. A jego skorumpowanie tym było groźniejsze, że przecież pełnił funkcję biegłego sądowego: od jego opinii zależały wyroki w sprawach karnych. Policja w Chrzanowie tłumaczy, że był jedynym biegłym psychiatrą w mieście, z ekspertyz innych psychiatrów mogli korzystać dopiero wtedy, gdy trzeba było skontrolować opinię doktora psychiatrii Henryka W., tak jak to było w przypadku skorumpowanego policjanta z Chrzanowa. Krakowski sąd zadowalał się najlepszą oceną, którą wystawiała mu okresowo Okręgowa Izba Lekarska. Zdaniem prawnika prof. Jana Widackiego, opinie biegłych nie są kontrolowane podczas procesu, a gdyby tak było, sfałszowana opinia biegłego nie wytrzymałaby sprawdzianu na sali sądowej. A o tym, jak duża jest skala fałszerstw w opiniach biegłych z różnych dziedzin, świadczy fakt, że zaledwie kilka dni przed dr Henrykiem W. reporter Superwizjera zdemaskował innych dwóch biegłych, specjalistów od kolizji drogowych. 

 

 

KIELCE 
Przekupni Lekarze Psychiatrzy

5 września 2004  

Aresztowany przez policję przestępca przeżywa wielki stres. Kiedy zapada wyrok skazujący, stres staje się tak wielki, że uniemożliwia niektórym skazanym odbywanie kary. Ktoś powie, że to absurd, by chronić przed więzieniem i litować się nad zdrowiem psychicznym kogoś, kto tej litości nie miał dla swoich ofiar. A jednak, wielu psychiatrów godzi się wystawiać zaświadczenia chroniące przed odpowiedzialnością karną groźnych przestępców. Pół biedy, jeśli opinie te są zgodne z prawdą  czy chociaż z opinią części psychiatrów, żeby osoby o niewielkich zaburzeniach pscyhicznych jednak leczyć w szpitalach psychiatrycznych a nie oddawać do więzienia, gdzie się jedynie demoralizują i pogarszają swój stan psychiczny. Problem pojawia się jednak, gdy treść lekarskiego zaświadczenia zależy wyłącznie od ceny. W Superwizjerze pokazywano już reportaże ujawniające skorumpowanych psychiatrów ze szpitali w Ciborzu pod Zieloną Górą, w Łodzi i Rybniku. Teraz jednak Superwizjer poszedł krok dalej i udowodnił, jak łatwo jest w Polsce zdobyć dokument potwierdzający ciężkie schorzenie psychiczne. 

Szpital Neuropsychiatryczny w Kielcach. To tutaj od wielu lat pracuje dr Tadeusz S., kierownik wojewódzkiej poradni dla dorosłych. Wśród jego pacjentów są m.in. bandyci skazani prawomocnymi wyrokami, którym zależy na uniknięciu orzeczonej kary więzienia. To właśnie im dr Tadeusz S. wystawiał zaświadczenia o złym stanie zdrowia, uniemożliwiającym przebywanie w warunkach więziennych. Dziennikarze Superwizjera postanowili sprawdzić, czy łatwo jest skorumpować kieleckiego psychiatrę. Podczas swojego śledztwa trafili na inne budzące wątpliwości przypadki, gdy kieleccy psychiatrzy wystawiali przestępcom zaświadczenia o chorobach psychicznych. Sławomir Król to ścigany listem gończym paser samochodowy, który przed pięcioma laty czyli w 1999 roku został skazany na 3,5 roku więzienia. Odsiedział tylko rok, po czym w czerwcu 2001 roku rozchorował się. Na podstawie różnych zaświadczeń lekarskich sąd udzielił mu kolejnych ośmiu przerw w karze, które w sumie trwały 3 lata. Większość zaświadczeń lekarskich, potwierdzających chorobę Króla, pochodziła od psychiatry, Tadeusza S. Sąd ani razu nie zakwestionował dostarczanych przez pasera epikryz lekarskich. W 2002 roku Sławomir Król otrzymał skierowanie na 4-tygodniowy pobyt w sanatorium w Ciechocinku. Łaskawy dla pasera sąd udzielił mu na tej podstawie dwóch kolejnych przerw w karze, trwających w sumie aż dziewięć miesięcy. Niestety, wakacje w sanatorium tylko pogorszyły stan zdrowia skazanego. Król popadł w depresję, dostawał kolejne zwolnienia. Z ósmej przerwy w karze już nie wrócił, a obecnie jest ścigany listem gończym. 

Kolejny przestępca: Bogdan K. w 1990 roku śmiertelnie pobił swoją konkubinę. Warszawski sąd skazał go na 5 lat więzienia, jednak bandyta nigdy nie trafił za kratki. Pomogły mu w tym zaświadczenia i opinie lekarskie, wystawiane przez kieleckich psychiatrów - dr. Tadeusza S. i dr. Andrzeja Pluteckiego, ordynatora oddziału dziennego w Szpitalu Neuropsychiatrycznym w Kielcach. W sprawie Bogdana K. pojawiło się mnóstwo opinii. Większość psychiatrów była zdania, że skazany może odbywać karę w więzieniu. Jedynie biegli ze szpitala w Kielcach twierdzili, że pobyt w więzieniu byłby dla Bogdana K. niekorzystny i mógłby stanowić zagrożenie dla jego zdrowia i życia. A jednak właśnie ich opinie zostały wzięte pod uwagę przez sąd, zgodnie zresztą z zasadą orzekania na korzyść oskarżonego w wypadku wątpliwości. Skazanemu najpierw dwukrotnie odraczano wykonanie kary, a w końcu po prostu ją zawieszono. Sąd kierował się zasadą swobodnej oceny materiału dowodowego. W efekcie zupełnie pominął opinie z najbardziej renomowanych instytutów psychiatrycznych, niekorzystne dla bandyty. 

W trakcie dziennikarskiego śledztwa wyszła na jaw inna jeszcze podobna sprawa, tym razem z udziałem lekarzy z podkieleckiego szpitala psychiatrycznego w Morawicy. Jej "bohaterem" jest Andrzej Woźniak, krewny prokuratora z Warszawy, ścigany dwoma listami gończymi. W 2001 roku został skazany na 3 lata za nielegalne posiadanie arsenału broni. W jego domu policjanci znaleźli 20 pistoletów, karabinów i strzelb, a także ponad 200 kilogramów amunicji. Nigdy nie odsiedział swojego wyroku, a jego sąsiedzi nie wierzą w jego chorobę psychiczną. Woźniak próbował uniknąć kary, jednak sąd nie dał się nabrać na kolejne zaświadczenia psychiatryczne. W końcu skazany zniknął, a od ponad dwóch lat czyli od 2002 roku skutecznie się ukrywa. Policji do dziś (2004 rok) nie udało się go odnaleźć. Dziennikarzom Superwizjera odszukanie Andrzeja Woźniaka zajęło trzy dni. W sprawie Andrzeja Woźniaka opinie wydawali lekarze ze szpitala psychiatrycznego z Morawicy koło Kielc, jednak dokumenty budziły wiele wątpliwości. Dziennikarze postanowili je wyjaśnić w czasie spotkania z ich twórcami. Opinie obu lekarzy pokazali potem innemu psychiatrze, który pełni funkcję biegłego sądowego, a ten podważył ich fachowość. Wątpliwą opinią psychiatrów spod Kielc zajęła się krakowska prokuratura, która powołała własnych biegłych do oceny rzetelności sporządzonych diagnoz. Kontrowersyjna opinia dotycząca Andrzeja Woźniaka była rozpatrywana przez sąd rejonowy w Końskich. 

Dziennikarzom Superwizjera udało się udowodnić korupcję jednemu z lekarzy, który wystawiał zaświadczenia Bogdanowi K. i Sławomirowi Królowi. Dziennikarska prowokacja udała się nadspodziewanie szybko. Już podczas drugiej wizyty u doktora Tadeusza S. reporterowi udało się zdobyć zaświadczenie podobne do tego, jakie dostarczał sądowi Sławomir Król. Dr psychiatra Tadeusz S. wiedział, że zaświadczenie potrzebne jest po to, aby utrudniać postępowanie i za 400 zł rozpoznał fikcyjną chorobę. Nasi dziennikarze pokazali sędziom taśmę z dziennikarskiej prowokacji przeciwko skorumpowanemu doktorowi Tadeuszowi S., jednak sąd nie zareagował. Reporterzy odwiedzili dr. Andrzeja Pluteckiego, ordynatora oddziału dziennego w Szpitalu Neuropsychiatrycznym w Kielcach, który także opiniował w sprawie Bogdana K. Podczas rozmowy z dziennikarzami obaj – i dr Andrzej Plutecki, i dr Tadeusz S. – obarczali się wzajemnie odpowiedzialnością za wydanie fałszywej opinii w sprawie Bogdana K. 

Dowody zdobyte podczas dziennikarskiego śledztwa Superwizjer przekazał krakowskiej prokuraturze. W przeciwieństwie do warszawskiego sądu, reakcja była natychmiastowa. Po trzech dniach dr Tadeusz S. został aresztowany, a krakowska Prokuratura dopiero rozpoczęła śledztwo. Wiadomo jednak, że uważnej analizie poddane zostaną ekspertyzy wydane przez lekarzy w sprawie wszystkich trzech bohaterów naszego reportażu, którym latami udawało się wodzić za nos wymiar sprawiedliwości. W drugiej kolejności prowadzący śledztwo przyjrzą się innym sprawom, w których skorumpowani psychiatrzy występowali jako biegli sądowi. Może się okazać, że po polskich ulicach chodzi cały tłum bandytów, którzy na skazujący wyrok reagują w ten sam sposób - depresją. A co z samym lekarzem? Okręgowa Izba Lekarska wszczęła postępowanie dyscyplinarne, natomiast dyrekcja szpitala przygotowała wypowiedzenie, które wręczy mu przy najbliższej okazji. 

 

 

ŚWIDNICA 
Sprzedajni Lekarze Psychiatrzy

24 października 2004 

Nieuczciwi psychiatrzy bez skrupułów wystawiają fikcyjne zaświadczenia oskarżonym o poważne przestępstwa. Skazani nie trafiają do więzień, bo sądy muszą opierać się na absurdalnych nieraz opiniach lekarzy. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy 2004 roku reporterzy Superwizjera przyłapali na przyjmowaniu łapówek trzech psychiatrów – biegłych sądowych z różnych miast. Jak duża jest skala przestępczego procederu wśród lekarzy? Reporterzy Superwizjera w ciągu ostatniego półrocza 2004 roku kilkakrotnie udokumentowali przypadki korupcji lekarzy psychiatrów, którzy pracują także jako biegli sądowi. Wystawiają ekspertyzy, które sąd bierze pod uwagę podczas procesu. We wszystkich przypadkach lekarze mieli na swoim koncie ekspertyzy dla osób, wobec których wysunięto poważne zarzuty i które dzięki opiniom biegłych wymknęły się wymiarowi sprawiedliwości. W Superwizjerze przedstawiono historię procesu Mariana G. z Dzierżoniowa, oskarżonego o zlecenie zabójstwa partnera życiowego byłej żony swego syna. Do zbrodni nie doszło, wynajęci zabójcy wycofali się w ostatniej chwili, oskarżyli Mariana G. przed sądem. Sąd w Dzierżoniowie jednak wypuścił Mariana G. na wolność. Oparł się na opinii świdnickiego psychiatry Jerzego P., według którego Marian G. musi opiekować się cierpiącą na depresję żoną. Marian G. na wolności miał się nią opiekować. Jak się okazało, Janina G. handluje kwiatami na ulicy, Marian G. natomiast całe dnie spędza poza domem bez żony. 

Do reporterki Superwizjera dotarły informacje, jak zadziwiająco łatwo zdobyć u doktora psychiatrii Jerzego P. zaświadczenie o fikcyjnej chorobie psychicznej. Podstawiony przez dziennikarkę pacjent udał się do biegłego z ukrytą kamerą, gdzie podał się za człowieka, który ucieka przed policją. Bez trudności zdobył pożądaną opinię. Na zaświadczeniu psychiatra napisał, że nieprzyjęcie podstawionego pacjenta do szpitala zagraża jego życiu. Wszystko to za 100 zł – zwykłą cenę wizyty w jego gabinecie. Zapytaliśmy rzecznika prasowego Sądu Okręgowego w Świdnicy o dotychczasową reputację doktora Jerzego P. Okazało się, że biegły cieszy się dobrą opinią, a w czasie jego 19-letniej współpracy z sądem niezwykle rzadko zdarzało się, by ktokolwiek kwestionował jego epikryzy lekarskie. Nagranie dokumentujące zachowanie świdnickiego psychiatry dziennikarze pokazali szefowi prokuratury rejonowej i rzecznikowi prasowemu Sądu Okręgowego w Świdnicy. Byli zaskoczeni. Mniej zaskoczony był przewodniczący Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego dr Jerzy Pobocha: - W psychiatrii trudno zweryfikować czyjś stan psychiczny sprzed dni, miesięcy, lat – mówi. – To daje niektórym lekarzom poczucie bezkarności. Pozostaje pytanie, kto pozbawi tego poczucia nieuczciwych lekarzy. Sprawa biegłego ze Świdnicy to kolejny zdobyty przez nas dowód korupcji w środowisku psychiatrów. Już w marcu 2004 roku w reportażu 'Psychiatra i policjanci' pokazano moment przyjęcia łapówki przez doktora Henryka W., psychiatrę z Krakowa i Chrzanowa. Kolejnym skorumpowanym lekarzem okazał się kielecki psychiatra Tadeusz S., którego przypadek opowiedział reportaż o tym jak Lekarze sprzedawali wolność bandytom. Warto także dodać, że na część z tych psychiatrów były częste skargi o zbyt długie prztrzymywanie na oddziałąch sądowych pacjentów, których na łapówki nie stać. 

 

 

TORUŃ 
Areszt dla Psychiatry

2006-marzec-03

Podejrzany o łapówkarstwo toruński biegły sądowy - psychiatra Arkadiusz Sz. siedzi już za kratami. Sąd aresztował go na trzy miesiące. Śledczy ustalili, że psychiatra wziął co najmniej dwie łapówki i złożył obietnicę, iż pomoże za to pokrzyżować szyki organom ścigania. Pierwszą - 7 tysięcy zł - dostał od Roberta S., który chciał uniknąć odsiadki wyroku. Mężczyzna został skazany na 1,5 roku więzienia za spowodowanie po pijanemu niedaleko Torunia stłuczki. Żeby nie trafić za kraty, umówił się z lekarzem, że ten stworzy mu fikcyjną historię choroby psychicznej. Aby ją uwiarygodnić, wiosną 2005 roku Arkadiusz Sz. przyjął Roberta S. na oddział w szpitalu psychiatrycznym przy ul. Mickiewicza w Toruniu, gdzie pracował. Ostatecznie ich ustalenia upadły, bo w tym samym czasie toruńskie Centralne Biuro Śledcze postanowiło zatrzymać Roberta S. za udział w 13-osobowym gangu wyłudzającym podatek VAT. Mężczyzna został odstawiony z lecznicy prosto do aresztu. Po kilkumiesięcznym pobycie za kratami zdecydował się na współpracę z CBŚ i wydał psychiatrę. M.in. dlatego prokuratura zarzuca mu udział w zorganizowanej grupie przestępczej. Według ustaleń śledczych Roberta S. z lekarzem skontaktowała Gabriela B., rencistka z Torunia. Kobieta, podobnie jak Arkadiusz Sz., do niczego się nie przyznaje. Tak jak psychiatra, trafiła do aresztu na trzy miesiące. Kwoty drugiej przyjętej przez psychiatrę łapówki nie udało się ustalić. Wiadomo tylko, że wręczyła ją rodzina R. za syna (nie ma on żadnego związku z gangiem Roberta S.), gdyż groziło mu więzienie. Jego ojciec został aresztowany. CBŚ i prokuratura natknęły się na tę sprawę przypadkowo podczas zabezpieczania dokumentacji lekarskiej wystawionej przez Arkadiusza Sz. 

 

 

Choroby Skazanych Kosztowały
Oskarżeni w sprawie łapówek dla toruńskiego psychiatry chcą dobrowolnej kary

Czwartek, 10 Kwietnia 2008

Dnia 11 kwietnia 2008 roku na ławie oskarżonych Sądu Rejonowego w Toruniu zasiądzie 49-letni psychiatra Arkadiusz Sz. Prokuratura zarzuca mu branie łapówek za wystawianie fikcyjnych historii chorób. Według śledczych, psychiatra z Torunia spreparował taką historię dla 37-letniego Roberta S., który miał stawić się w więzieniu, aby odsiedzieć wyrok prawie dwóch lat za podrabianie dokumentów i paserstwo, oraz dla 24-letniego Sławomira R. Miał odsiedzieć pół roku za kratkami za jazdę samochodem po pijanemu. Obaj mężczyźni, zamiast do zakładu karnego, trafili do szpitala psychiatrycznego, w którym leczył oskarżony. Z aktu oskarżenia wynika, że Robert S. i Sławomir R. nie znali toruńskiego psychiatry. Ich rodziny lub znajomi dotarli w latach 2004-2005 do 54-letniej Gabrieli B., szatniarki w jednej z toruńskich instytucji publicznych. Kobieta była podobno znana z szerokich kontaktów. To ona zobowiązała się do załatwienia obu skazanym dokumentów pozwalających na odroczenie odbywania kar. 

Zdaniem prowadzących śledztwo, Arkadiusz Sz. przyjął za pośrednictwem Gabrieli B. od rodzin dwóch skazanych mężczyzn co najmniej 11 tysięcy złotych. Wartości wszystkich łapówek nie udało się jednak śledczym ustalić. Według prokuratury, oskarżony uczynił sobie z przyjmowania korzyści majątkowych od rodzin Roberta S. i Sławomira R. stałe źródło dochodu. Śledczy, którzy na trop łapówek wpadli w czasie prowadzenia zupełnie innego postępowania, uznali również, że wszyscy oskarżeni, a więc lekarz psychiatra, Gabriela B., skazani mężczyźni, ich znajomi i członkowie ich rodzin działali w zorganizowanej grupie przestępczej. Arkadiusz Sz. nigdy nie przyznał się do stawianych mu zarzutów. Dwa razy był w tej sprawie tymczasowo aresztowany i dwa razy sąd uchylał ten środek zapobiegawczy. Zamieniony on został wówczas na policyjny dozór. Obecnie przebywa na wolności i prowadzi prywatną praktykę lekarską. Pozostali oskarżeni na początku postępowania nie przyznawali się do popełnienia zarzucanych im czynów. Z czasem zaczęli jednak składać wyjaśnienia zgodne z ustaleniami śledczych i na koniec złożyli wnioski o dobrowolne poddanie się karze. Będą one dopiero rozpatrywane. 

 

 

Tylko Psychiatra się Nie Przyznał
Większość oskarżonych twierdzi, że toruński biegły sądowy brał łapówki

Sobota, 12 Kwietnia 2008

Arkadiusz Sz., toruński psychiatra, oskarżony o branie łapówek nie przyznał się przed toruńskim Sądem Rejonowym do winy. Inaczej postąpili inni oskarżeni w tej sprawie. Według śledczych, Arkadiusz Sz. preparował fałszywe historie choroby. Sporządził taką na przykład dla 37-letniego Roberta S., który miał stawić się w więzieniu, aby odsiedzieć wyrok prawie dwóch lat za podrabianie dokumentów i paserstwo. Fałszywą historię choroby oskarżony stworzył również dla 24-letniego Sławomira R., który z kolei miał odsiedzieć pół roku za kratkami za jazdę samochodem po pijanemu. Obaj mężczyźni, zamiast do zakładu karnego, trafili do szpitala psychiatrycznego, w którym leczył oskarżony. Za tę pomoc biegły miał przyjął co najmniej 11 tysięcy złotych. Według prokuratury, oskarżony uczynił sobie z przyjmowania korzyści majątkowych od rodzin Roberta S. i Sławomira R. stałe źródło dochodu i działał w zorganizowanej grupie przestępczej. Podobnie jak inni oskarżeni w tej sprawie.  Oprócz psychiatry jest to w sumie osiem osób, które - według śledczych - uczestniczyły w kontaktowaniu zainteresowanych uniknięciem więzienia lub ich rodzin z medykiem lub bezpośrednio dawały pieniądze lekarzowi. Złożyły one zeznania obciążające psychiatrę, z których wynika, że rzeczywiście doszło do przekazania łapówek i lekarz je przyjął. Osoby składające te zeznania przyznały się do winy i złożyły wnioski o dobrowolne poddanie się karze. Sąd zaakceptował te wnioski i po przesłuchaniu oskarżonych, do którego dojdzie na początku maja, wyda na nich wyroki. Arkadiusz Sz. jako jedyny z tej grupy nie przyznał się do winy i chce normalnego procesu, zatem będzie taki miał. Oskarżeni w tej sprawie przyznali się jedynie poza głównym podejrzanym i chcą wyroków w zawieszeniu - od 11 miesięcy do dwóch lat pozbawienia wolności. Zobowiązali się również do zapłacenia grzywien, nawet w wysokości ponad 20 tysięcy złotych. 

 

 

GORZÓW WLKP. - LUBUSKIE
Lekarz Psychiatra Zatrzymany pod Zarzutem Korupcji

2007-02-23

Lubuscy policjanci zatrzymali lekarza psychiatrę podejrzanego o przyjmowanie łapówek, w zamian za wystawianie fikcyjnych zaświadczeń o stanie zdrowia. Jak ustalono podczas śledztwa, z usług Andrzeja P. korzystali m.in. podejrzani o przestępstwa - poinformował PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gorzowie Wlkp. Dariusz Domarecki. Sąd w Gorzowie Wlkp., na wniosek prokuratury, aresztował Andrzeja P. na trzy miesiące. Psychiatra, 49-letni Andrzej P. jest lekarzem w szpitalu psychiatrycznym w pobliżu Świebodzina (Lubuskie). Sprawą zajmuje się lubuski wydział do walki z korupcją Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wlkp. "Lekarz został zatrzymany na gorącym uczynku podczas przyjmowania łapówki w kwocie 5 tysięcy zł. Przedstawiono mu zarzut przyjmowania korzyści majątkowych w zamian za wystawianie zaświadczeń poświadczających nieprawdę o stanie zdrowia" - powiedziała PAP rzeczniczka lubuskiej policji Agata Sałatka. Policjanci podejrzewają, że lekarz mógł również wystawiać zaświadczenia wykluczające pobyt podejrzanego w areszcie, bądź zaświadczenia, z których wynikało, że przestępca przebywał w szpitalu, gdy w rzeczywistości nie był hospitalizowany. "W zaświadczeniach pisał także, że pacjent wymaga systematycznego leczenia psychiatrycznego. Za dodatkową opłatą Andrzej P. przeprowadzał instruktaż, jak zachować się w przypadku zatrzymania poprzez symulowanie określonych objawów choroby" - dodała Sałatka. Podejrzany lekarz wcześniej był biegłym sądowym w swojej specjalizacji, przyjmował pacjentów zarówno prywatnie, jak i tych, którzy mieli ubezpieczenie zdrowotne. Grozi mu do 10 lat więzienia. (PAP)

 

 

ŁÓDŹ 
Zatrzymano Psychiatrę Podejrzewanego o Korupcję

2008-01-22/24 

Łódź - 47-letniego lekarza-psychiatrę podejrzewanego o przyjmowanie łapówek w zamian za wystawianie fikcyjnych zwolnień lekarskich zatrzymali łódzcy policjanci. Prowadził on praktykę lekarską w kilku przychodniach, zarówno publicznych jak i niepublicznych. Psychiatra jest także specjalistą w dziedzinie leczenia chorób tropikalnych. Według policji, lekarz przyjął co najmniej 30 tysięcy zł łapówek. Grozi mu 10 lat więzienia. Jak poinformował we wtorek PAP rzecznik policji w Łodzi podinsp. Mirosław Micor, wcześniej do aresztu trafiły cztery osoby - w tym dwoje właścicieli firmy - którym nieuczciwy lekarz wystawiał za łapówki długotrwałe zwolnienia. Na ich podstawie wyłudzali oni od ZUS nienależne świadczenia chorobowe. Pierwsze informacje o nieuczciwym psychiatrze trafiły do policji niemal rok temu czyli z początkiem 2007 roku. Przez 9 miesięcy policjanci pracowali nad zebraniem materiału dowodowego. W grudniu 2007 roku zatrzymano właścicieli jednej z łódzkich firm, a na początku stycznia 2008 dwoje ich pracowników. Wszystkim przedstawiono zarzuty wyłudzenia nienależnych świadczeń ZUS na podstawie m.in. dokumentów medycznych, w których potwierdzono nieprawdę. Cała czwórka trafiał do aresztu. Według ustaleń policji, w latach 2001-2004 lekarz przyjął w zamian za swoje "usługi" co najmniej 30 tysięcy zł łapówek. Wystawiał zwolnienia znajomym lub osobom przez nich poleconym. "Za wystawienie zwolnienia lekarz brał 50-100 zł w zależności od jego długości. Zazwyczaj wystawiał zwolnienie na 14 dni i wielokrotnie przedłużał. Wiele osób przebywało w ten sposób na zwolnieniach przez wiele miesięcy, pobierając nienależne świadczenia z ZUS" - wyjaśnił Micor. Policjanci sprawdzają kolejne lata praktyki psychiatry pod kątem podobnych przestępstw. Według policji, sprawa jest rozwojowa i przewidywane są dalsze zatrzymania. Lekarzowi może grozić kara do 10 lat więzienia. Dnia 24 stycznia 2008 roku w czwartek łódzki sąd aresztował na trzy miesiące 47-letniego psychiatrę podejrzanego o przyjmowanie łapówek w zamian za wystawianie fikcyjnych zwolnień lekarskich. (PAP)

W 2003 roku łódzka prokuratura postawiła Ewie I., byłej ordynator w szpitalu psychiatrycznym im. Babińskiego w Łodzi, zarzut sfałszowania dokumentacji medycznej 35 osób podejrzanych o rozboje, gwałty i wielomilionowe przekręty. Dzięki wystawionym przez lekarkę opiniom psychiatrycznym nie musiały się one stawiać na wezwania organów ścigania i sądów. Niektórym przestępcom – uznanym za niepoczytalnych – udało się uniknąć kary. – Ewa I. pomagała także w sprawach cywilnych – wspomina łódzki psychiatra. Wojciech K. zapłacił jej za to, by odpowiednio zbadała jego żonę Jadwigę, z którą właśnie się rozwodził. Lekarka okłamała więc ślubną K., że musi ją przebadać z nakazu sądu. Po badaniu wydała mężowi zaświadczenie, że Jadwiga K. „wypowiada urojenia o treści prześladowczej w stosunku do męża i dzieci” i „kategorycznie odmawia leczenia”. Ten dołączył orzeczenie do akt sprawy o podział majątku. Gdy Jadwiga K. dowiedziała się, że sąd żadnego nakazu badania nie wydał, również zażądała od lekarki opinii. Tym razem Ewa I. napisała, że „pacjentka jest spokojna”, „nie stanowi zagrożenia dla otoczenia i nie wymaga leczenia”. 

 

 

LUBLIN 
Psychiatrzyca Zatrzymana za Pomoc w Wyłudzaniu Rent

22 kwietnia 2008 

Policja zatrzymała 'psychiatrzycę' Elżbietę B., lekarkę psychiatrii, podejrzaną o pomaganie w wyłudzaniu rent z ZUS. Sąd rozpatrzył pozytywnie prokuratorski wniosek o jej aresztowanie. Elżbieta B., jest pierwszym lekarzem, który usłyszał zarzuty w śledztwie prowadzonym przez Wydziału do Walki z Korupcją KWP w Lublinie. Zatrzymania osób zamieszanych w sprawę trwają już od kilku tygodni. Do tej pory zarzuty postawiono kilku pośredniczkom, które kompletowały dla przyszłych rencistów fałszywą dokumentację. Policja zabrała też na przesłuchania cztery osoby, które wyłudzały renty. Dnia 21 kwietnia 2008 roku policja zjawiła się w mieszkaniu lekarki i przeszukała jej mieszkanie. Funkcjonariusze zastali tam Włodzimierza D., pijanego konkubenta Elżbiety B. Mężczyzna próbował przekupić policjantów. Obiecywał im siedem tysięcy złotych łapówki. Elżbieta B. prowadzi w Lublinie prywatny gabinet. - Jej rola polegała na przedkładaniu w ZUS fikcyjnych dokumentacji medycznych dotyczących przyszłych świadczeniobiorców - mówi Anna Smarzak, z biura prasowego KWP w Lublinie. Przyjaciel kobiety odpowie za próbę przekupienia policjantów. Funkcjonariusze zatrzymali również Lucynę S., 54-letnią mieszkankę powiatu łęczyńskiego, podejrzana o wyłudzanie swej renty. 

 

Psychiatra Preparowała Dokumentację

Policjanci z Lublina zatrzymali kolejne dwie osoby, związane z procederem wyłudzania świadczeń rentowych z lubelskiego ZUS –u. Jedna z nich to lekarz psychiatra, wystawiająca fikcyjną dokumentację medyczną. W sumie do tej sprawy zatrzymano już 10 osób. Jest to kolejny etap realizacji śledztwa, dotyczącego kilkuset świadczeń przyznanych bezprawnie w latach 1997 – 2005. Jedna z zatrzymanych to 49-letnia mieszkanka Lublina – z zawodu lekarz psychiatra. Policjanci ustalili jej rolę w nielegalnym procederze, która polegała na tworzeniu i wystawianiu przyszłym świadczeniobiorcom fikcyjnych dokumentacji medycznych. W trakcie przeszukania jej mieszkania funkcjonariusze znaleźli liczną dokumentację poświadczającą jej przestępczą działalność. Elżbieta B. trafiła do policyjnego aresztu. Usłyszała 10 zarzutów płatnej protekcji i wyłudzenia pieniędzy. Dzisiaj zostanie doprowadzona do sądu, który zadecyduje o zastosowaniu środka zapobiegawczego. Grozi jej kara do 8 lat pozbawienia wolności. 

Policjanci zatrzymali także 41-letniego konkubenta Elżbiety B., który w trakcie zatrzymywania konkubiny próbował zmusić policjantów od odstąpienia od czynności. Mężczyzna będąc pod wpływem alkoholu, zachowywał się agresywnie w stosunku do policjantów i wyzywał ich. Kiedy na miejsce przyjechał patrol, 41-latek próbował wręczyć 5 tysięcy złotych łapówki, podwyższając później kwotę do 7 tysięcy. W konsekwencji mężczyzna trafił do policyjnego aresztu. Dzisiaj zostanie doprowadzony do prokuratury z wnioskiem o zastosowanie dozoru Policji i poręczenia majątkowego. Będzie odpowiadał za znieważenie funkcjonariuszy Policji i usiłowanie wręczenia korzyści majątkowej. Funkcjonariusze zatrzymali także 54-letnią mieszkankę powiatu łęczyńskiego - Lucynę S. Kobieta jest jednym ze świadczeniobiorców, która otrzymała nienależną rentę. Wczoraj 54-latka usłyszała zarzut wyłudzenia nienależnych świadczeń. Wobec niej zastosowano poręczenie majątkowe w wysokości 1 tysiąca złotych. 

To już jest kolejne zatrzymanie osób podejrzanych o udział w grupie przestępczej zajmującej się wyłudzaniem świadczeń rentowych z lubelskiego ZUS-u. Do pierwszych zatrzymań doszło 30 marca 2008 roku. Wtedy to policjanci zatrzymali dwie mieszkanki Lublina, które pośredniczyły przy gromadzeniu dokumentacji medycznej i w efekcie uzyskiwania w sposób nienależny świadczeń rentowych. Z kolei 31 marca policjanci zatrzymali kolejne dwie osoby, które w sposób nienależny takie świadczenia otrzymały. Przyznały się do winy. Następne zatrzymania miały miejsce 4 kwietnia. W ręce Policji wpadły dwie mieszkanki Lublina, które pośredniczyły w wyłudzaniu świadczeń rentowych. Jedna z nich jest byłą pracownicą Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. 8 kwietnia 2008 policjanci zatrzymali dwóch mężczyzn, którym przedstawiono zarzuty wyłudzenia nienależnych świadczeń: pierwszemu w wysokości 26, a drugiemu 29 tysięcy złotych. Prowadzone przez wydział dw. z korupcją komendy wojewódzkiej Policji w Lublinie wspólnie z wydziałem V prokuratury okręgowej postępowanie doprowadziło do ustalenia, że w latach 1997 – 2005 doszło do szeregu wyłudzeń rent z lubelskiego ZUS-u. Zorganizowana grupa przestępcza tworzyła fikcyjne dokumentacje medyczne na podstawie, których przyznawano bezpodstawne świadczenia rentowe. Sprawa może dotyczyć wyłudzeń kilkuset nienależnych świadczeń.

 

 

LUBLINIEC 
Byłeś więziony w ZSRR? 
Jesteś Chory Psychicznie!

poniedziałek - 03 marca 2008 

W dniu 29 lutego 2008 roku Sąd Rejonowy w Lublińcu uznał zatrzymanie Mariusza Cysewskiego w zakładzie psychiatrycznym za całkowicie bezzasadne, a podawanie mu leków psychotropowych za nielegalne (sygn. akt III Rns 53/09). Mariusz Cycewski to osoba, która kierowała w czasie Stanu Wojennego podziemnym wydawnictwem KPN na Górnym Śląsku. Redaktor "Wolnego Czynu" oraz współtwórca koncepcji "Międzymorza". W roku 1990 zatrzymany przez KGB - przebywał blisko 2 lata w więzieniach i zakładach psychiatrycznych ZSRR. Uwolniony po tym czasie dzięki interwencji Sejmu RP i Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP. Biegły psychiatra uznał, iż podstawą do umieszczenia w zakładzie psychiatrycznym są twierdzenia Mariusza Cysewskiego, iż "przebywał w więzieniach i zakładach psychiatrycznych ZSRR". Ten zasłużony dla walki o niepodległość człowiek "w Polsce cudu gospodarczego" zostaje umieszczony na 10 dni w zakładzie psychiatrycznym. Obawiam się, iż wspominanie własnych dokonań w Polsce A.D. 2008 może, jak w przypadku jegomościa z podziemia, zakończyć się "lekko mówiąc" nieprzyjemnie. 

Dzięki pomocy mec. Leszka Piotrowskiego Mariusz Cysewski odzyskał wolność. Siedział w towarzystwie autentycznie chorych i pewnie zastanawiał się nad różnicami PRL-u, IV RP i Polski "cudu gospodarczego". Nie tak dawno, bo 15 grudnia 2007 roku,  premier Donald Tusk zobowiązał się do rozwiązania kwestii zadośćuczynienia wobec ofiar Grudnia'70 roku na Wybrzeżu. Podczas przemówienia w trakcie konferencji poświęconej zdarzeniom sprzed 40 prawie lat premier zaznaczył, że bierze za tę kwestię osobistą odpowiedzialność. "Biorę osobistą odpowiedzialność za to, by w ciągu najbliższych kilku, może kilkunastu tygodni sprawę ostatecznie rozwiązać" - podkreślił. "Musimy zakończyć ostatecznie niemożność, jeśli idzie o zadośćuczynienie tym, którzy w Grudniu 1970 roku stracili zdrowie, życie i swoich bliskich" - powiedział w Gdańsku premier Donald Tusk. Analogicznie Mariusz  Cysewski, więzień polityczny czasów Okrągłego Stołu i to przetrzymywany w ZSRR, otrzymuje zadośćuczynienie w postaci "sanatorium w zakładzie psychiatrycznym". Żenujące III/IV RP. Represje wobec działaczy KPN i wielu innych mniejszości politycznych trwają. Zmieniają się ekipy, a metody starej kadry urzędniczej są takie same. Tylko czy tysięce osób, które były lub są w Konfederacji Polski Niepodległej na to zasłużyły? 

 

 

JAROSŁAW 
Lekarz Psychiatra Zatrzymany za Łapówki

2007-01-18

Ordynatora Samodzielnego Psychiatrycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej w Jarosławiu Antoniego Ferenca, oskarżony o "lewe opinie" oraz branie łapówek od pacjentów, zatrzymali funkcjonariusze Wydziału do Walki z Korupcją Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie. Sąd w Przemyślu dał mu na początek trzy miesięczny pobyt w areszcie. Oczywiście znajdą się tam jeszcze miejsca dla kolejnych nietycznych schizofreników udających lekarzy psychiatrów. Lekarza ujęto w środę 16 stycznia 2008 roku niemal na gorącym uczynku, gdyż policjanci weszli do jego gabinetu w ślad za pacjentami, którzy wręczyli mu łapówki. - Od pięciorga osób otrzymał on w swoim gabinecie kilkaset złotych. Został zatrzymany w momencie, gdy gabinet opuścił ostatni pacjent - mówi Paweł Międlar z zespołu prasowego rzeszowskiej policji. Policjanci znaleźli wręczone ordynatorowi pieniądze, a także odręczne zapiski dotyczące przyjętych łapówek. Stało się to podstawą do przedstawienia Antoniemu Ferencowi zarzutów przyjmowania korzyści majątkowych w związku z pełnieniem funkcji publicznej. - Jest to dopiero początek listy osób, od których przyjął pieniądze. Według naszych szacunków obejmie ona kilkadziesiąt nazwisk - dodaje Międlar. 

Zatrzymanie ordynatora zamknęło pierwszy etap śledztwa w tej sprawie. Przez osiem ostatnich miesięcy roku 2007 policjanci zbierali informacje, z których wynikało, że Antoni Ferenc regularnie przyjmuje korzyści majątkowe od pacjentów. Za pieniądze pomaga uzyskać renty, wystawia zwolnienia, przepisuje leki. Lekarz brał nie tylko pieniądze. Kiedy policjanci weszli do jego gabinetu, stwierdzili, że od jednego z pacjentów wziął także kurczaka, 30 jaj i słoik marynowanych grzybów. Zatrzymano też pacjentów, którym postawiono zarzut wręczenia korzyści majątkowych. Ciekawe jaką sobie wystawi opinię psychiatryczną ten przebiegły biegły. Tylko schizofrenia czy coś więcej? Jak ten pijaczyna wytrzyma w areszcie bez alkoholu? Niewątpliwie swój udział w nakryciu psychiatry oszusta ma redakcja AFERY PRAWA zgłaszając prokuraturze i opisując jego przekręty. Sporo pracy  włożył też poseł Nowak. 

 

 

OSTROŁĘKA 
Psychiatrzyca Anna L. Aresztowana

Nowy wątek w śledztwie dotyczącym korupcji w ostrołęckim wymiarze sprawiedliwości - wyłudzanie rent. Warszawski sąd aresztował dr Annę L., znanego w Ostrołęce lekarza psychiatrę, pod zarzutem fałszowania dokumentacji, która do tego służyła. - Wyłudzanie rent to nowy wątek w sprawie - mówi prokurator Wojciech Zdanowski. Warszawska prokuratura - jak już pisaliśmy - od kilku miesięcy rozbija korupcyjny układ w ostrołęckim wymiarze sprawiedliwości. Chodzi o łapówki w zamian za odroczenia wykonania kar orzekane w miejscowym sądzie. Pierwsza zatrzymana i aresztowana w tej sprawie została Maria K. (30 listopada 2005 r.), kierowniczka sekretariatu w sądzie okręgowym. Do wczoraj zarzuty w tej sprawie usłyszało około 40 osób, głównie tych, którzy dawali łapówki, lub pośredników. Aresztowanych jest 21 podejrzanych. W tym tygodniu sąd uchylił immunitet sędzi Aleksandrze S. (rozstrzygnięcie nie jest prawomocne), której prokurator chce także postawić zarzut przyjęcia co najmniej 22 tysięcy zł w zamian za "udzielanie rad" i "pomoc w załatwieniu" odroczenia wykonania kary sprawcy wypadku po pijanemu, w którym zginęło dwoje młodych ludzi. 

Korupcja w sądzie nie byłaby możliwa bez "podkładek", które tworzyli lekarze. W tej sprawie siedzi ich już sześcioro - dwoje biegłych z Pruszkowa, psycholog ze szpitala w Łukowie i trzech psychiatrów z Ostrołęki. Dr Anna L. i jeszcze jedna lekarka mają zarzuty udziału w procederze wyłudzania rent. - Przestępstwo polegało na tworzeniu wstecznych historii choroby i fikcyjnym wysyłaniu pacjentów do szpitali. Wynika to nie tylko z przesłuchań, lecz także z przejętej przez policję dokumentacji - mówi prok. Zdanowski. 48-letnia dr Anna L. była przed kilkoma laty lekarzem orzecznikiem ZUS, a także biegłym sądowym. Razem z nią zatrzymane zostały trzy osoby, które za pomoc w załatwieniu renty zapłaciły łapówki. Według ustaleń prokuratury stawka za uzyskanie renty czasowej wynosiła około 1,5 tysiąca zł, stałej - nawet 3,5 tysiąca zł. Prokuratura informuje, że w wątku rentowym w najbliższych dniach spodziewać się należy zatrzymania kolejnych osób, a potem wyłączenia go do osobnego śledztwa prowadzonego obok podstawowej sprawy korupcji w ostrołęckim wymiarze sprawiedliwości. Zwykle natychmiast po zatrzymaniu znikają z sieci renomowani dotąd psychiatrzy, znikają informacje o usługach i gabinetach jakie publicznie prowadzili. Środowisko solidarnie wspiera się w zacieraniu po sobie śladów, ale jak widać nie zawsze. Psychiatra Anna Lisowska (Ostrołęka, Polska) gabinet: Reymonta 5/8, Ostrołęka. 

 

 

KOŚCIERZYNA 
Korupcja wśród Lekarzy i Psychiatrów

1 czerwiec 2005 

Troje pomorskich lekarzy psychiatrów trafiło za kratki. Prokuratura zarzuca im pomaganie przestępcom, w tym dwóm zamieszanych w aferę paliwową, w unikaniu kary. W świąteczny dzień Bożego Ciała 2005 roku policjanci z olsztyńskiego wydziału do walki z korupcją weszli do Specjalistycznego Szpitala w Kościerzynie. Wyprowadzili z budynku 51-letnią Izabelę W., ordynatorkę oddziału psychiatrycznego szpitala. - Natychmiast mnie o tym poinformowano - mówi dr Mirosław Górski, dyrektor kościerzyńskiego szpitala. - Nie poznałem zarzutów, mogę tylko powiedzieć, że zatrudniona przeze mnie w lutym 2005 roku pani doktor była doświadczonym lekarzem i sprawnym organizatorem. Tego samego dnia policjanci przyjechali do Kościerzyny po cztery inne osoby zamieszane w sprawę. To znani w środowisku lekarze: 51-letni Adam M. (były dyrektor starego, kościerzyńskiego szpitala) oraz biegły sądowy 38-letni Lech M. Przed sądem odpowiedzą też sekretarka i pielęgniarka z Kościerzyny. Na trop afery wpadli policjanci z Olsztyna. W grudniu 2004 roku wszczęli oni postępowanie w sprawie dilera narkotykowego 38-letniego Adama W., który od wielu lat wymykał się śledczym głównie dzięki wydanym przez psychiatrów opiniom o złym stanie zdrowia. 

- Jestem w szoku - mówi lekarka z Gdańska, znajoma ordynator Izabeli W. - Nie wyobrażam sobie, by mogła świadomie popełnić przestępstwo. Może uległa prośbom. To miła, uczynna kobieta. Jednak prokuratura w Olsztynie nie podejrzewa dr Izabeli W. o uczynność, ale o korupcję. Kiedy wydało się, że unikający sprawiedliwości diler narkotykowy z Olsztyna, Adam W. nie jest chory, a opinie wystawiane przez lekarzy były fingowane, zaczęto dokładnie przyglądać się zaświadczeniom lekarskim. Najpoważniejsze zarzuty przedstawiono Izabeli W. To ona miała - zdaniem śledczych - prowadzić swój przestępczy proceder aż przez sześć lat (od 1998 do 2004 r.). Tylko od Adama W. przyjęła 5 tysięcy złotych łapówki, a przynajmniej tyle udowodnili jej policjanci, a także komputer oraz biżuterię (w tym zegarki) i perfumy. Pani doktor przed przyjazdem do Kościerzyny pracowała w starogardzkim szpitalu psychiatrycznym (ROPS), gdzie trafiają na obserwację także przestępcy. Następnie zaczęła współpracować z kliniką psychiatryczną M., działającą na terenie powiatu człuchowskiego i kościerzyńskiego. Współwłaścicielem kliniki jest dr Adam M., osoba bardzo dobrze znana w medycznym świecie Kościerzyny, były dyrektor starego szpitala w tym mieście. Przedstawiono mu dwa zarzuty korupcji. Miał on przyjmować pieniądze (około 2 tysiące zł) od maja 2001 roku do września 2003 od Adama W. za pośrednictwem Izabeli W. - Mężczyzna przyjął też m.in. telewizor i komplet wypoczynkowy - dodaje Mieczysław Orzechowski z Prokuratury Okręgowej w Olsztynie. 

Adam M. miał poświadczyć, że przyjął do szpitala pięć razy mężczyznę zamieszanego w aferę paliwową gdzie śledztwo w tej sprawie prowadzone jest w Krakowie. Trzeciemu z aresztowanych Lechowi M. zarzucono podżeganie Izabeli W. do bezpodstawnego przyjęcia na oddział psychiatryczny dwóch biznesmenów również zamieszanych w aferę paliwową. Teraz wszystkim zatrzymanym grozi nawet 10 lat więzienia. Podana oficjalna informacja o aresztowaniach znanych psychiatrów wzburzyła pomorskich lekarzy. - Środowisko psychiatryczne jest w specyficznej sytuacji - twierdzi jeden ze znanych na Wybrzeżu psychiatrów. - Często stykamy się z bandziorami. Zdarza się, że pytam takiego pana, czekającego na proces, kto go do mnie skierował. I pada odpowiedź: - Mój mecenas. Co to znaczy? Inni nasi rozmówcy twierdzą, że to dopiero początek. Zacznie się wielkie sprawdzanie zwolnień i zaświadczeń, wydanych innym przestępcom, unikającym kary dzięki 'żółtym papierom'? Na poczet przyszłych kar policjanci zabezpieczyli samochód i 100 tysięcy złotych należące do aresztowanych osób. - Moim zdaniem to nie koniec sprawy. Planujemy w najbliższym czasie kolejne zatrzymania - powiedział "Dziennikowi" prokurator Orzechowski. Mirosław Górski, dyrektor Szpitala Specjalistycznego w Kościerzynie: - Oddział psychiatryczny w naszym szpitalu istnieje dopiero od lutego 2008 roku. Izabela W. do tej pory jedynie pełniła obowiązki ordynatora, gdyż nie przeprowadzono jeszcze odpowiedniego konkursu. Czekam na wyjaśnienie sprawy, jak na razie nie znam jej szczegółów. Ludzie, którzy przyszli po panią ordynator stwierdzili, że rzecz nie dotyczy kościerskiego szpitala. 

 

 

ŚWIECIE - WROCŁAW
Autor Przeboju Kobranocki Zatrzymany przez CBA!

26 października 2007

Andrzej Michorzewski, autor przeboju Kobranocki "Kocham Cię jak Irlandię", został zatrzymany przez Centralne Biuro Antykorupcyjne - podał dziennik.pl. Po przesłuchaniu został zwolniony. Andrzejowi M., który był psychiatrą i dyrektorem Szpitala Psychiatrycznego w Świeciu, zarzuca się wystawianie za łapówki fałszywych zaświadczeń o chorobach bandytom. Dzięki temu unikali oni więzienia albo uzyskiwali przerwę w odbywaniu kary. Po przesłuchaniu w prokuraturze we Wrocławiu Andrzej M. został zwolniony za poręczeniem majątkowym 20 tysięcy zł. Nie wolno mu opuszczać Polski. Podejrzany o korupcję lekarz jest współzałożycielem zespołu Latający Pisuar, który szybko zmienił nazwę na Kobranocka. To właśnie Andrzej został wówczas głównym autorem tekstów piosenek. Nie kto inny, jak podejrzany teraz psychiatra jest twórcą głośnego przeboju "Kocham Cię jak Irlandię". - Michorzewski napisał słowa do tego utworu - potwierdza Marek Watza, menedżer zespołu. 

Andrzej Marek Michorzewski - lekarz psychiatra, poeta. Urodził się we Włocławku, ukończył Wydział Lekarski Akademii Medycznej w Gdańsku. W latach 80-tych XX wieku członek Grupy Toruń. Wraz z Romualdem Bobkowskim, adiunktem z Instytutu Fizyki oraz studentem Andrzejem Wilczewskim nagrali wiosną 1983 kasetę z piosenkami o stanie wojennym pod tytułem 'Na wzwodzie'. W 1984 na oddział zamknięty szpitala psychiatrycznego w Toruniu, którego ordynatorem był Michorzewski został skierowany za odmowę odbycia służby wojskowej muzyk Andrzej Kraiński. Efektem spotkania było powstanie zespołu Latający Pisuar, który rok później zmienił nazwę na Kobranocka. Michorzewski został głównym autorem tekstów jego piosenek. Za największy przebój uważa się utwór 'Kocham Cię, jak Irlandię'. Był autorem znanego przed laty hasła "albo prawo, albo sprawiedliwość".

Przez siedem lat był dyrektorem Szpitala Psychiatrycznego w Świeciu. Zrezygnował ze stanowiska twierdząc, że wstydzi się być psychiatrą w Polsce. Wielokrotnie karany sądownie, m.in. za zarzucenie polskiej psychiatrii stosowania nazistowskich metod, za odmowę sporządzenia opinii sądowej oraz za oskarżenie sądów i prokuratury o nieprzestrzeganie prawa. Był też oskarżony o nielegalne zatrudnianie swoich pacjentów. W 2005 roku wydał książkę "Dzień, w którym wybiło szambo, czyli nadużycia w psychiatrii". Dnia 26 października 2007 został zatrzymany przez CBA pod zarzutem przyjmowania łapówek i fałszowania dokumentacji medycznej. Po przesłuchaniu w prokuraturze we Wrocławiu został zwolniony za kaucją w wysokości 20.000 zł z zakazem opuszczania kraju. Całkiem możliwe, że zatrzymanie to było skutkiem zemsty byłych kolegów Andrzeja za ujawnienie szamba jakim jest lecznictwo psychiatryczne w Polsce na przełomie II/III Tysiąclecia, czyli XX i XXI wieku. 

 

"Dzień, w którym wybiło szambo, czyli nadużycia w psychiatrii" 

Po "Dzień, w którym wybiło szambo" sięga się będąc pod natchnieniem np. "Stulecia chirurgów" Jürgena Thorwalda, a sięgają ludzie niezwykle zainteresowani historią medycyny i oczekujący równie fascynującego wprowadzenia w świat psychiatrii. Okazuje się, że jest to materiał diametralnie różny od wielu oczekiwań, do tego bardzo trudny do scharakteryzowania. Z notatki na okładce dowiadujemy się, że autor jest byłym dyrektorem szpitala psychiatrycznego w Świeciu, który porzucił swój zawód, ponieważ wstydził się być psychiatrą w Polsce. Ponadto jest autorem tekstów grupy "Kobranocka" i outsiderem. Nie wiem, czy coś mogłoby bardziej rozpalić ciekawość czytelników. Tymczasem książka zawiera refleksje w postaci nieusystematyzowanej, nieomal niezredagowanej, bardzo spontanicznej i bezpośredniej. Dotyczą one kilkunastu problemów współczesnego polskiego lecznictwa chorób psychicznych i opisane są w kilkudziesięciu krótkich ni to felietonach, ni to sprawozdaniach. Tematy powtarzają się po kilka razy, są wałkowane na różne sposoby, jak gdyby autor co wieczór próbował napisać jakiś artykuł na frapujący go temat, lecz nigdy nie był ze swojego tekstu zadowolony i każdego dnia rozpoczynał pisanie od nowa. 

Książka dr Michorzewskiego ma ogromną wartość poznawczą. Opisy szpitali zlokalizowanych z dala od wielkich miast gdzie byłyby najbardziej potrzebne, pozbawionych jakiejkolwiek infrastruktury, przeludnione, niespełniające żadnych standardów bezpieczeństwa czy higieny, robią bardzo przygnębiające wrażenie, podobnie jak łagry i miejsca zsyłki. Jest to wizja medycyny strasznie zacofanej, która nie leczy, lecz zniewala, odczłowiecza osoby, które miały nieszczęście udać się na taką "zsyłkę". Dostaje się i politykom i innym lekarzom, i różnym "oszołomom", a autor ma tu na myśli osoby pełne dobrych chęci, które jednak z uwagi na zupełny brak wiedzy na temat rzeczywistości, o którą chcą zawalczyć, stają do walki naprzeciw niewłaściwych osób, za to w obronę brani są właśnie poszkodowani pacjenci psychiczni. Po takiej wizji człowiek nie dziwi się wcale, że autor mógł wstydzić się tego, że reprezentuje tę gałąź medycyny jaką jest psychiatria. Książkę czyta się bardzo trudno, jednak wydaje się, że gdyby tekst uporządkować i usystematyzować, bez wątpienia mógłby stać się czymś, co może zainteresować poważny ogół społeczeństwa. 

"Dzień, w którym wybiło szambo, czyli Nadużycia w psychiatrii" to książka popełniona niejako w afekcie, zapewne celowym, na wszelki wypadek. Afekt to dla niej jedyna okoliczność łagodząca i najważniejszy argument przemawiający za jej powstaniem. Książka napisana jako autoterapia po obejrzeniu szamba i poznania metod psychiatrii od kuchni, książka pokazująca psychiatrię od środka, a także pokazująca stan jaki może mieć pacjent po pobycie na leczeniu. Książka jako wylanie z siebie dręczącego chaosu i koszmarnych wspomnień – jak spowiedź przed zakonnikiem albo psychoterapeutą. Przed nimi nie dbamy o logiczną konstrukcję tego, o czym mówimy, bo mówimy, żeby zrzucić z siebie ciężar, wiedząc, że nie będzie on poddany ocenie. Mówimy, jednocześnie odkrywając dopiero, co sami myślimy i czujemy. I dopiero potem, po tej ekspiacji, przychodzi czas na systematyzację tego, cośmy wypowiedzieli, czas na chwilę refleksji, dogłębne przemyślenie i wysnucie wniosków. "Dzień, w którym wybiło szambo" to zapis tej ekspiacji dyrektora psychiatry – surowy nawet bez korekty i redakcji, nieprzemyślany jeszcze zaczynek do naukowego opracowania postawionych tez. 

Rewolucyjna książka dr Michorzewskiego ma także bardzo mocny punkt – pierwszy rozdział. Wywód o miejscu grup mniejszościowych, o ich labelizacji, jest do bólu szczery, a oparcie się na teorii stygmatyzacji Goffmana – celne. Zacytuję Michorzewskiego piszącego o Goffmanie: "Zaobserwował on [Goffman], że ludzie niepełnosprawni, renciści lub emeryci oraz bezdomni, włóczędzy, bezrobotni, a także osoby o odmiennej orientacji seksualnej, samotni albo żyjący w konkubinacie, osoby cierpiące na zaburzenia psychiczne, mniejszości narodowe, religijne czy polityczne, to grupy, którym przypisujemy dwie wspólne cechy". Tymi cechami według Goffmana są: społeczne napiętnowanie i labelizacja (etykietowanie). Michorzewski drażni tłumaczeniem, że jako autor zrezygnował z wykonywania zawodu, bo wstydził się być psychiatrą w takich warunkach – łatwiej zrezygnować, niż działać, zmieniając to, co się potępia, a chociaż wydaje się, że stanowisko dyrektora szpitala psychiatrycznego nadaje się do działania lepiej niż brak stanowiska. Ale może lepiej zrezygnować, żeby móc powiedzieć prawdę i psychiatrię nazwać po imieniu, jak w tytule: Szambo

 

 

WARSZAWA
W szpitalu MSWiA Ukrywali się Gangsterzy

2007-03-16

- Nie mam sobie nic do zarzucenia - twierdzi Marek Durlik, szef szpitala MSWiA w Warszawie. Tak reaguje na aresztowanie kardiochirurga podejrzanego o korupcję i zabójstwo. Tymczasem - jak wynika z informacji Gazety - pod bokiem szefa kliniki już wcześniej dochodziło do alarmujących praktyk: przyjmowania gangsterów i wystawiania im podejrzanych zaświadczeń. Już w 2004 roku warszawski sąd ostrzegał szefa kliniki o nieprawidłowościach. Do rządowej kliniki obok ministrów bardzo często trafiali gangsterzy. Dzięki lekarce szpitala znalazło się tam łóżko dla mafiosa Roberta B. ps. Bedzio. Również dzięki opinii lekarza tego szpitala w 1998 roku wyszedł na wolność boss grupy pruszkowskiej Andrzej Z. ps. Słowik, a później przepadł tak, że policja musiała go ściągać z Hiszpanii. Sprawy zaświadczeń wystawione gangsterom przez lekarzy z kliniki MSWiA bada w "wątku lekarskim" śledztwa dotyczącego gangu pruszkowskiego Prokuratura Okręgowa w Warszawie.

W czerwcu 2004 roku do szpitala trafił Robert B. Ominął kolejkę dzięki dr Monice B. z Kliniki Neurochirurgii. Lekarka przyjęła go w prywatnym gabinecie i już następnego dnia gangster miał łóżko w szpitalu dla VIP-ów, czyli przy Wołoskiej. "Bedzio" skarżył się na dyskopatię, nazywaną chorobą gangsterów. Dr Monika B. wykonała u niego prosty zabieg, po którym miał się leczyć w szpitalu MSWiA trzy tygodnie. Jednak pacjentem zainteresował się sąd, który chciał zamknąć go w więzieniu, by odsiedział wyrok. Skazanego znalazł w rządowej klinice. Sąd sprawdził zwolnienia "Bedzia" i uznał, że jego leczenie ma jeden cel: ucieczkę przed więzieniem. Sąd wysłał do kliniki karetkę, która przewiozła gangstera do więzienia na Rakowiecką w Warszawie. "Bedzio" odsiedział karę a za utrudnianie postępowania stracił 200 tysięcy kaucji - relacjonuje "ŻW". 

 

 

GNIEZNO 
CZEMU BIEGLI PSYCHIATRZY ZAWODZĄ

Jak to możliwe, że biegli psychiatrzy wpakowali Dziubałę i Trznadla do szpitala psychiatrycznego na podstawie składanych przez nich pism? – Dobry psychiatra nie zostaje u nas biegłym, bo biegli kiepsko zarabiają. Poza tym istnieje u nas dziwna asymetria – biegłych może powoływać sąd i prokurator, a nie ma tego prawa obrona. To oznacza uzależnienie biegłych od sądów i prokuratury, które wymagają, żeby pisali opinie szybko, najlepiej w 15 minut. Jeśli nie będą tak robić, nie dostaną następnego zlecenia – opowiada doktor Michorzewski. Prokuratura i sąd mogą wykorzystywać obserwację psychiatryczną jako formę pozaprawnej szykany. W przypadku, gdy przed biegłym psychiatrą staje osoba pokrzywdzona, która badanie odbiera jako kolejne represje, rozmowa często przeradza się w pyskówkę, a w jej wyniku zdesperowany biegły wysyła badanego na obserwację psychiatryczną. Podobnie rzecz ocenia Adam Sandauer, prezes Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere: – Biegli psychiatrzy to po prostu część naszego systemu, jak policja czy sądy. Kto ma układy, ten jest lepszy – mówi Sandauer. Michorzewski i Sandauer zgadzają się, że gdy chodzi o psychiatrię, zmiany są konieczne – i to od zaraz. – Poziom psychiatrii jest miarą poziomu demokracji. Wystarczy spojrzeć na Niemcy hitlerowskie czy ZSRR. Nie przypadkiem tak źle było pod tym względem w Rumunii, gdzie dwóch chorych kładziono na jednym łóżku. Nasza psychiatria to psychiatria posttotalitarna – mówi Michorzewski. Do psychiatrów swoje dołożył wymiar sprawiedliwości z małych miasteczek, niezwykle wyczulony na obrazę czci własnej, zaś mniej na cudzą krzywdę. 

 

Pomóżcie! Jestem w Szpitalu Psychiatrycznym

W listopadzie 2002 roku dziennikarze odbierają telefon od Piotra Trznadla, byłego szefa wielkopolskiej Samoobrony, zwierzchnika ówczesnej posłanki Renaty Beger, który przeciwstawił się Andrzejowi Lepperowi. – Pomóżcie, jestem w szpitalu psychiatrycznym w Gnieźnie – prosi. Trznadel wyjawił nam sprawy, o których przewodniczący Lepper wolałby zapomnieć. Trznadel jest jedną z osób, które Lepper naciągnął na spore sumy, obiecując oddłużenie w państwowych agencjach. Dziennikarze widzieli ruinę pięknego niegdyś gospodarstwa Trznadla w Pobórce Wielkiej koło Piły. Piotr Trznadel to informator, którego wiarygodność wielokrotnie weryfikowano. Prawdziwe okazały się jego informacje o wyłudzaniu przez Leppera pieniędzy od rolników, znajomości przewodniczącego z Jerzym Urbanem czy finansowania Samoobrony przez senatora Henryka Stokłosę. Od rodziny Trznadla dowiadujemy się, że 22 maja 2002 roku sąd w Chodzieży orzekł wobec Trznadla „zastosowanie środka zabezpieczającego w postaci umieszczenia w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym” z powodu konfliktu o miedzę z sąsiadem. Podczas kłótni – zdaniem sąsiada – Trznadel miał mu grozić, ale według Trznadla było odwrotnie. Sąd zalecił biegłym psychiatrom zbadać Trznadla, a ci stwierdzili, że jest chory. Dlatego sędzia Piotr Giedrys z Chodzieży sprawę umorzył, a pacjenta kazał przymusowo leczyć. 

Ekipa dziennikarzy jedzie do szpitala Dziekanka w Gnieźnie. W osłupienie wprowadza ich postawa lekarzy i dyrektora szpitala. Dziennikarz „GP” zostaje niemal siłą wyrzucony z budynku. Przed ich przybyciem Trznadla przywiązano do łóżka pasami i linkami. Lekarze zabierają mu telefon komórkowy, by uniemożliwić kontakt z dziennikarzami. Nie dopuszczają do niego nawet rodziny. Przez tydzień Trznadel przykuty jest do łóżka, bez możliwości skorzystania z łazienki. Dziennikarze nie rozumieją agresji, z jaką zarówno do pacjenta, jego rodziny, jak i do nich odnosi się dyrektor szpitala Barbara Trafarska i ordynator oddziału Agnieszka Grodzka-Bartel. Aby usunąć rodzinę ze szpitala, jego kierownictwo wzywa policję. Zarzut: córka pacjenta odpięła go od łóżka, umożliwając mu pójście do ubikacji. Rodzina słyszy od ordynatora: – Ja go mam wypuścić, a on znów naubliża sędziemu? 

A przecież oficjalnie chodziło o konflikt Trznadla z sąsiadem, a nie o sędziego! Ordynatorka ma zatem jakieś urojenia albo psycho-delirkę. Dziennikarze publikują na ten temat wstrząsający reportaż („GP” nr 50 z 11 grudnia 2002). Interwencję w szpitalu podejmuje senator Zbigniew Romaszewski, którego pracownicy jadą do Gniezna. Po zbadaniu sprawy senator zawiadamia prokuraturę. Temat podejmują inne media, m.in. „Gazeta Wyborcza” i program TVN „Uwaga!”. W efekcie Sąd Okręgowy w Poznaniu szybko zwołuje posiedzenie, na którym przywraca – nie dopilnowany wcześniej przez kulawego na mózg  adwokata – termin odwoławczy w sprawie Trznadla. Mężczyzna, który jeszcze parę tygodni wcześniej miał być tak niebezpieczny, że trzeba go było przykuwać do łóżka i izolować od rodziny, wychodzi na wolność. Dnia 6 czerwca 2003 Sąd Okręgowy wydaje werdykt uchylający postanowienie sądu z Chodzieży w sprawie leczenia Trznadla. Piotr Trznadel już prawie rok przebywa na wolności i nie jest dla nikogo niebezpieczny. Na nowo układa sobie życie, pracuje w fundacji pomagającej biednym dzieciom. Ile takich zbrodni sądowo-psychiatrycznych rocznie dzieje się w Polsce trudno jest oszacować. 

 

 

Horror Psychiczny Bogdana Dziubały

W Kłodzisku koło Wronek odnaleźć można człowieka, który przeżył podobną historię jak Trznadel. – Miał nie żyć – mówi rolnik Bogdan Dziubała. Przeżył celę z katującymi go kryminalistami i więzienny oddział psychiatryczny, w którym siedział w jednym pokoju z czterema mordercami. I on, i Trznadel byli współpracownikami Leppera. Łączy ich też podobna historia z pętlą zadłużenia. Dziubała należał do najlepszych gospodarzy w okolicy. Do dziś z dumą przechowuje dyplomy uznania od wojewody. U szczytu powodzenia miał 70 koni i 3 tysiace kur. W Kłodzisku zobaczymy, podobnie jak w Pobórce u Trznadla, ruinę dawnej świetności. Z papierów wynika, że Dziubałę oszukało kierownictwo lokalnego banku spółdzielczego. Potem przyszła pułapka zadłużeniowa. Ze swą krzywdą pukał do wielu drzwi, ale szukanie sprawiedliwości wobec potężnych lokalnych przeciwników okazało się złudne. Lepper obiecał pomóc. – Za oddłużenie dał mu 250 starych mln. Licząc z tym, co dał jego prawnikowi, mecenas Żarskiej, za pomoc prawną i na kampanię związku – na Samoobronę wydał 380 mln – wylicza Dziubała. Kredytu naprawczego nie doczekał się do dziś. Bogdan Dziubała nie odpuścił, a prawdę o Lepperze zaczął rozgłaszać dookoła. Wtedy zjawił się u niego podający się jako adwokat Marek Lech, były zastępca Leppera. Oznajmił, że jest skłócony z przewodniczącym i zaoferował pomoc. W tym czasie Dziubałą zajął się komornik, na prowincji mniej przejmujący się obowiązującym procedurami. – Działał bezprawnie, bez spisu inwentaryzacyjnego, protokołu, jakiejkolwiek dokumentacji. Sprzedaż jednej maszyny pokryłaby zobowiązanie wobec banku – mówi Dziubała. Poskarżył się na komornika do sądu. Sąd w osobie asesora Arkadiusza Wołoszczuka – oddalił wniosek. 

Rzekomy adwokat Marek Lech skierował do sądu 'obraźliwą' skargę na Wołoszczuka. Podpisał się pod nią nazwiskiem Dziubały. Urażony sędzia oddał sprawę do prokuratury, która oburzona „narażeniem sędziego Wołoszczuka na utratę zaufania niezbędnego do wykonywania zawodu sędziego” wszczęła sprawę z urzędu. Oskarżenie nie wskazało, kto konkretnie miałby utracić do sędziego zaufanie, skoro skarga Dziubały trafiła do... sędziego Wołoszczuka. Asesor Urszula Mroczkowska z Piły po przeczytaniu skargi Dziubały wysłała go na badania psychiatryczne. Asesor jak wiadomo ściśle wykonuje polecenia swego promotora w sądzie, inaczej nie dostanie licencji na pracę sędziego. Asesorzy są często używani dobrudnej roboty w sądowej praktyce. Nie pomogły tłumaczenia rolnika, że to nie on jest autorem skargi. W przychodni w Pile Dziubała dowiedział się, że badanie jest dobrowolne, więc się nie zgodził i wrócił do domu. Mroczkowska dwukrotnie zarządziła, aby Dziubałę doprowadzono na badanie siłą, ale nie udało się tego zrobić, bo rolnik jeździł w tym czasie po kraju. Wobec tego, „z uwagi na uzasadnioną obawę jego ucieczki”, sędzia nakazała Dziubałę tymczasowo aresztować. Tak rolnik podejrzany o obrażanie sędziego trafił do ciężkiego więzienia we Wronkach. W jednej celi z katującymi go kryminalistami miał czekać na wizytę u psychiatry, a kolejka okazała się długa. Mimo próśb nie dostarczono mu jego leku na serce. Przez wiele miesięcy nie pozwalano kontaktować się z rodziną. Siedział w jednej koszuli i jednych spodniach. Miał zakaz widzeń, co nie powinno mieć miejsca w cywilizowanym rzekomo państwie. Po wielu miesiącach doczekał się rozmowy z psychiatrą Włodzimierzem Cierpką. Ten uznał, że konieczna będzie obserwacja w szpitalu psychiatrycznym. 

Brak leków i skandaliczne warunki w więzieniu skończyć mogły się tylko w jeden sposób. – Krew rzuciła mi się ustami i nosem – mówi Dziubała. Karetka na sygnale przewiozła go do szpitala w Poznaniu, gdzie lekarze stwierdzili zawał. Po leczeniu Dziubałę skierowano na oddział obserwacji sądowo- psychiatrycznej Szpitala Aresztu Śledczego w Poznaniu. Po pół roku lekarze orzekli, że rolnik jest poczytalny i może odpowiadać przed sądem. W Kłodzisku Dziubała przekazuje dziennikarzom długą listę rolników poszkodowanych przez Leppera. Niebieskim flamastrem zaznacza na niej tych, którzy „byli w psychiatrówku”, a to ponad 30 nazwisk. Dziennikarze zaczęli żmudną weryfikację. Po paru miesiącach nie mieli już wątpliwości – Dziubała i Trznadel mówili prawdę! Oprócz pisanych na kolanie opinii psychiatrów badane sprawy łączy jedno – tajemniczy adwokat Marek Lech. Oto do czego potrafii ochoczo służyć skorumpowana i stosowana bezzasadnie psychiatria sądowa. Ograniczenie stosowania przymusowych badań psychiatrycznych i ograniczenie stosowania leczenia psychiatrycznego po rygorem postanowienia sądowego jest pilną koniecznością. A te postanowienia o skierowaniu na leczenie to głównie przekręty polegające na umorzeniu postępowania i osadzeniu w zakładzie dla chorych psychicznie bez udowodnienia winy i to powinno się raz na zawsze skończyć. 

Klemens Kozak do dziś nie potrafi zrozumieć, jak Marek Lech skłonił go do składania podpisu pod pismami. – Siedzieliśmy u niego kilka dni. Mam wątpliwości, czy nie dodawał nam do jedzenia narkotyków. Po tym wszyscy się z nim zgadzali i podpisywali, co zechciał, ja też – wspomina Kozak. Co do narkotyków nie ma wątpliwości Dziubała: – Po spotkaniu z Markiem Lechem ludzie zasypiali za kierownicą, jeden wjechał nawet do stawu. Po powrocie do domu nie byłem w stanie pracować, zamiast siadać na ciągnik, musiałem iść spać. Lech powiedział, że ktoś mógł zatruć nam wodę i wystosował pismo z żądaniem jej zbadania – opowiada. Psychiatra Andrzej Michorzewski, były dyrektor szpitala w Świeciu mówi: – Przy pomocy narkotyków można skłonić do podpisania różnych rzeczy, ale gdy przestaną działać, człowiek powinien być świadomy swojego błędu. 

 

 

PSYCHO-REPRESJE
Psychuszka w Polskiej Demokracji

28 październik 2005

Do szpitali psychiatrycznych jak pisze już w 2005 roku Eliza Michalik, trafia coraz więcej zdrowych osób. Zamknięcie w psychuszce jest dziś represją stosowaną częściej niż w PRL! Co gorsza, stało się też metodą załatwiania przez prokuratorów i sędziów prywatnych porachunków - biją na alarm prawnicy i organizacje broniące praw człowieka. Kiedy chcą coś podać, na przykład leki, otwierają główne drzwi i podają przez kratę. Cela jest sześcioosobowa, WC wydzielone w rogu, bez drzwi (wszystko widać). Okna również odgrodzone kratą. W nocy jeden chłopak zaczął wyrywać z pustego łóżka metalowe pręty, był agresywny. Krzyczał, że musi wyjść z celi, bo widzi różne rzeczy i one go wołają. Prosiłem strażnika, żeby zabrał chłopaka, bo machał tymi prętami i zaczynał budzić strach. Strażnik nie zrobił nic” - tak opisuje swoje życie na oddziale psychiatrycznym Daniel G. z Rawy Mazowieckiej. Trafił tu, bo miał pecha wejść w konflikt z Robertem Gdakiem, miejscowym notablem, zastępcą prokuratora rejonowego. Jego kłopoty zaczęły się już w 2000 roku, gdy powiedział, że prokurator “często przekracza swoje uprawnienia służbowe, składa fałszywe zeznania i tworzy fałszywe dowody”. Prokurator Gdak oskarżył go o pomówienie. Zgodnie z kodeksem karnym taki proces powinien toczyć się z oskarżenia prywatnego, jednak prokuratura zaczęła ścigać chłopaka z urzędu. 

Prowadząca sprawę koleżanka Gdaka, prokurator Marzena Orłowska z prokuratury w sąsiednich Skierniewicach, uznała, że Daniel G. wykazuje objawy choroby psychicznej. Nie miało znaczenia, że nic w jego życiu nie świadczy o tym, że mógłby być chory psychicznie: nigdy nie leczył się psychiatrycznie, bez problemu skończył podstawówkę, ogólniak i dostał się na Wydział Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Ze studiów zrezygnował ze względu na ciężką sytuację materialną rodziny. Mimo to biegli psychiatrzy przychylili się do wniosku pani prokurator i skierowali Daniela G. na przymusową obserwację psychiatryczną. Trafił na oddział obserwacji sądowo- psychiatrycznej przy łódzkim zakładzie karnym nr 2. Jego dzień wygląda podobnie jak dzień sąsiadujących z nim niemal przez ścianę więźniów. Rano pobudka, raz dziennie spacer, ograniczony dostęp do telefonu. Problemy z załatwieniem najprostszych spraw. Daniel, krótkowidz (-5 dioptrii), dopiero po dwóch tygodniach wyprosił sobie prawo do noszenia okularów. To wszystko miało miejsce, chociaż postępowanie w sprawie pomówienia prokuratora Gdaka przez Daniela G. było dopiero na etapie przygotowawczym. 

 

Lecznicze Elektrowstrząsy

Przypadek Daniela G. nie jest wcale odosobniony. Przeprowadzona w 1997 roku kontrola NIK wykazała, że w latach 1995-1997 na przymusową obserwację psychiatryczną skierowano 11,5 tysiąca osób. Ministerstwo Sprawiedliwości nie prowadzi statystyk dotyczących osób umieszczanych na przymusowej obserwacji w zakładach psychiatrycznych, co oznacza, że w rzeczywistości może to być zjawisko na o wiele większą skalę, ukrywane przed społeczeństwem. W szpitalach psychiatrycznych przebywa obecnie niemal 200 tysięcy osób. Aż w jednej trzeciej skontrolowanych przez NIK szpitali (33 proc.) lekarze i personel stosowali wobec pacjentów niedozwoloną przemoc fizyczną i psychiczną. Na wiele godzin lub dni, a nawet całe tygodnie przypinali ich pasami do łóżka, zamykali w izolatkach, bez uzasadnienia stosowali elektrowstrząsy, nie pozwalali telefonować do rodziny. Pasy to często kawałki szmat lub sznurka, które bolesnie wrzynają się w ręce i nogi, bo szpitale psychiatryczne oszczędzają na profesjonalnych pasach zabezpieczających. Znaczy pasy niby są, ale szkoda ich używać, to się pacjenta wiąże czym popadnie, chałupniczo. W 2002 roku specjalny zespół przebadał na zlecenie ministra sprawiedliwości 400 orzeczeń lekarskich dotyczących osób przyjętych do szpitali psychiatrycznych w nagłym trybie czyli wymagających natychmiastowego odosobnienia ze względu na zagrożenie, jakie stanowią. W połowie przypadków lekarze nie wyjaśniali nawet, dlaczego pacjenta uznano za niebezpiecznego, czyli nie podano uzasadnienia dla internacji. W co czwartym przypadku lekarz wystawiał pacjentowi opinię, w ogóle go nie badając! Może psychiatrzy to już jasnowidze?

Badania prowadzone przez Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie w zakresie orzecznictwa psychiatrycznego potwierdziły istnienie poważnych nieprawidłowości. Zdarza się nawet i tak, że opinie biegłych wydawane są na podstawie samych akt, bez badania uczestników postępowania. Zdaniem prof. Zbigniewa Hołdy z zarządu Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka te przerażające statystyki to skutek nie tylko nieodpowiedzialności lub skorumpowania niektórych psychiatrów, ale także poczucia bezkarności sędziów i prokuratorów, którzy czują się wszechwładni. Tak jest zwłaszcza w małych i średnich miejscowościach. Niestety, bardzo wielu sędziów i prokuratorów nadużywa swojej władzy i uprawnień do załatwiania prywatnych porachunków. W takich wypadkach wolą nie pamiętać, że kodeks karny pozwala kierować ludzi na przymusową obserwację psychiatryczną tylko w absolutnie wyjątkowych sytuacjach - mówi prof. Hołda. Furtkę do nadużyć pozostawia złe, bo dopuszczające uznaniowość prawo. Zgodnie z art. 203 kodeksu postępowania karnego zamknąć w zakładzie psychiatrycznym można każdego podejrzanego, w stosunku do którego “biegli zgłoszą taką konieczność”. Co oznacza “konieczność” - kodeks nie precyzuje. Obserwacja powinna co prawda trwać nie dłużej niż sześć tygodni, ale (i tu jest kolejna furtka) na wniosek szpitala sąd może ją przedłużyć, a przedłuża często, bo rekordziści siedzą ponad rok na samej obserwacji. Etyka zawodowa wymaga od psychiatrów, by wydając orzeczenie o poczytalności podejrzanego, brali pod uwagę, czy popełniony czyn był racjonalny, czy badany był już leczony psychiatrycznie, czy doznał urazu mózgu albo czy kontakt z nim jest utrudniony. Jednak prawo wcale nie wymaga tego od nich jednoznacznie. 

 

 

BRANICE - ROPS
Zespół Paranoi Pieniaczej

Mariusza Barszczyńskiego sędzia w 2003 roku skierował do Regionalnego Ośrodka Psychiatrii Sądowej - ROPS w Branicach po tym, jak wniósł o rozwód z powodu zdrady żony, związanej zawodowo z wymiarem sprawiedliwości byłego województwa chełmskiego (1975-1998) na wschodniej granicy. W odpowiedzi żona oskarżyła go o znęcanie się nad nią. Mariuszowi Barszczyńskiemu nie podobała się stronniczość sędziego prowadzącego sprawę rozwodową. Efekt? Stwierdzono u niego paranoję pieniaczą. Zamknięto go w ośrodku dla najbardziej niebezpiecznych przestępców z zakłóceniami psychicznymi. Pacjentem tego ośrodka był wówczas (w 2003 r.) także Andrzej Witkowiak, kolejny zdaniem sądu paranoiczny pieniacz, winny głównie długoletnim konfliktom z przedstawicielami wymiaru sprawiedliwości. Inna osoba znalazła się w ośrodku w Branicach z powodu posądzenia o posiadanie broni, przy czym zarzut ten nie był związany z jakimikolwiek aktami przemocy. Z akt sprawy wynika, że człowiek ten zawinił głównie zbyt uporczywym donoszeniem o nadużyciach popełnianych przez policjantów. U niego także wykryto paranoję na tle działalności pieniaczej. Czyżby Rejonowe Ośrodki Psychiatrii Sądowej służyły jednak najbardziej do eliminowani aze społeczenstwa osób niewygodnych dla policji i sądów? Faszyzm?

 

PIŃCZÓW

W 1996 roku Przemysław Kowalski, 17-letni uczeń LO w Sędziszowie, został pobity przez tamtejszego komendanta policji. Matka chłopca złożyła zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez policjanta na służbie. W odpowiedzi komendant złożył zawiadomienie o rzekomym znieważeniu funkcjonariusza na służbie. Przez prawie trzy lata Prokuratura Rejonowa w Jędrzejowie robiła wszystko, by uniemożliwić oskarżenie i skazanie komendanta. W końcu po czterech latach pisania odwołań, Sąd Rejonowy w Jędrzejowie skazał go na tysiąc złotych grzywny. Natomiast prowadzone równolegle postępowanie, w którym Przemysława Kowalskiego oskarżono o znieważenie komendanta, dało efekt w postaci wymierzenia mu kary pozbawienia wolności na rok w zawieszeniu na dwa lata (Sąd Rejonowy w Miechowie). Mało tego, po ponad trzech latach od rzekomo popełnionego czynu prokuratura postanowiła poddać Przemysława badaniu psychiatrycznemu. Ponieważ chłopak uważał to za wyraźną szykanę i nie stawił się na badanie, został aresztowany na siedem dni i poddany badaniom przymusowym w Zakładzie Karnym w Pińczowie.

 

Gorzej niż za Komuny w PRL

Zamknięcie w psychuszce jako metoda walki z ludźmi nielubianymi przez władze to wynalazek sowiecki, choć adoptowany też w hitlerowskich Niemczech i w USA. Pierwszym dokumentem, w którym psychiatrię potraktowano jako sposób ochrony władzy przed społeczeństwem, był kodeks karny ZSRR z 1926 roku. Jego autorzy zdecydowali się stosować wobec osób niebezpiecznych, obok rozstrzelania lub łagru, działania “medyczno-pedagogiczne”, czyli przymusowe leczenie psychiatryczne. Ateiści radzieccy to wymyślili, że kto nie uważa ideologii ateizmu za naukową i ją zwalcza słowem powinien się leczyć psychiatrycznie. Od 1945 roku o skierowaniu na przymusowe leczenie decydował sąd lub Kolegium Specjalne przy NKWD. Do psychuszki bezpieka kierowała, korzystając z art. 70 kodeksu karnego (”antyradziecka agitacja i propaganda”) i art. 190 (”rozpowszechnianie obelżywych wymysłów, szkalujących radziecki ustrój”, “zhańbienie godła lub flagi”). W 1967 roku szefowie KGB, MSW, prokuratury i ministerstwa zdrowia napisali do Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego: “W latach 1966-1967 w Leningradzie psychicznie chorzy w 19 wypadkach mieli związek z rozpowszechnianiem ulotek antyradzieckich i anonimowych dokumentów, 12 razy próbowali nielegalnie przekroczyć granicę. Niebezpieczeństwo stwarzają przybywające do Moskwy liczne osoby cierpiące na manię odwiedzania instytucji państwowych, spotykania się z kierownictwem partii i rządu”.

Dr Bożena Pietrzykowska z warszawskiego Instytutu Psychiatrii i Neurologii mówi, że w PRL, inaczej niż w Związku Radzieckim, zjawisko wykorzystywania psychiatrii do celów politycznych niemal nie występowało. Zasługę przypisuje polskim psychiatrom, którzy bardzo się przed tym bronili, jednak wsród psychiatrów jako lekarzy było też najwięcej ateistów, którzy doświadczenia religijne rozpoznawali jako choroby urojeniowe. Prof. Hołda i senator Zbigniew Romaszewski, wieloletni szef senackiej komisji praw człowieka i praworządności, podzielają tę opinię. Ich zdaniem można nawet postawić tezę, że zamykanie niewygodnych dla szeroko pojętej władzy osób w szpitalach psychiatrycznych zdarza się dziś, w XXI wieku o wiele częściej niż w czasach Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. W PRL do szpitali psychiatrycznych trafiało mniej zdrowych osób niż obecnie. Po pierwsze, dlatego że zastraszone społeczeństwo nie było tak skore do walki z władzą jak dzisiejsze społeczeństwo obywatelskie, a jak już ktoś chciał walczyć, to milicja lub bezpieka szybko dawały sobie z nim radę. Pamiętam kilka spraw, kiedy w szpitalach psychiatrycznych zamykano opozycjonistów, np. Krzysztofa Kozłowskiego czy ks. Blachnickiego. Jednak spędzali tam po kilka dni, po interwencjach szybko ich wypuszczano - tłumaczy senator Romaszewski. Odnotowane w latach 1992-2008 osadzania osób wyznających niechrześcijańskie religie w szpitalach psychiatrycznych było nawet przedmiotem interwencji Komitetu Helsińskiego (1999, 2001) i Rzecznika Praw Obywatelskich (2002, 2004 2007). Diagnozy bowiem tyczyły wyraźnie wyznawanych przekonań oraz wierzeń co jest jawnym represjonowaniem jakiego nie było w PRL. 

Senator podkreśla, że obecnie sędziowie traktują skierowanie podejrzanego do szpitala psychiatrycznego jak represję, karę pozbawienia wolności. Jego zdaniem gorzej niż w PRL zachowują się także psychiatrzy. Niegdyś byli ostrożni w formułowaniu opinii, bo wiedzieli, że władza może chcieć wykorzystać je do celów politycznych. Dziś wielu lekarzy bez zastanowienia skazuje zdrowych ludzi na wielotygodniowe zamknięcie z chorymi psychicznie. Z tą opinią nie zgadza się lekarz Eustazjusz Bonikowski, przez 30 lat ordynator oddziału psychiatrycznego w Gdańsku Srebrzysku, a przez 20 lat - biegły sądowy. - Nie podejrzewałbym biegłych, że bez powodu kierują podejrzanych na obserwację psychiatryczną - zapewnia. On sam w ciągu całej swojej praktyki przyjmował na obserwację sądowo- psychiatryczną tylko podejrzanych. Za każdym razem wypuszczał ich po kilkunastu dniach - bo byli zdrowi. Honoru biegłych psychiatrów broni także dr Tadeusz Nasierowski z Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego: -Jeśli dziś na przymusową obserwację psychiatryczną sądy kierują więcej osób niż w PRL, to jednym z powodów może być fakt, że wielu gangsterów szuka ratunku przed karą w zaburzeniach psychicznych. Każdy kij ma jednak dwa końce. - Gangsterzy nie mogliby udawać chorych psychicznie, gdyby nie biegli psychiatrzy, którzy za pieniądze wystawiają lewe zaświadczenia. Nietrudno się domyślić, że ci sami psychiatrzy, za kolejną łapówkę, zrobią z każdego wariata - mówi warszawski psychiatra. Ale wielu gangsterów potrafii też świetnie symulować zaburzenia psychiczne dla osiągnięcia odpowiednich rezultatów. 

 

Praktyka Gorsza niż Ustawa

Polska była jednym z ostatnich krajów europejskich, które uregulowały prawnie kwestie dotyczące kierowania własnych obywateli na przymusowe obserwacje lub leczenie do szpitali psychiatrycznych. W 1993 roku Zgromadzenie Ogólne ONZ uchwaliło “Zasady ochrony psychicznie chorych i poprawy opieki psychiatrycznej”, jeden z najważniejszych dokumentów o zasięgu światowym w dziedzinie etyki zawodu psychiatry. Oprócz wymogu przestrzegania tajemnicy lekarskiej, zgody na leczenie i dostępu chorych do swojej karty chorobowej zawarto w nim reguły stwierdzania choroby psychicznej. Polski Sejm uchwalił ustawę o ochronie zdrowia psychicznego dopiero rok później - w 1994 roku. Do tego czasu zasady przymusowego badania i leczenia w zakładach psychiatrycznych określała instrukcja ministra zdrowia nr 120/52 z 10 grudnia 1952 roku, która nie przewidywała sądowej kontroli ograniczania wolności pacjenta. Warto dodać,że ta ustawa z 1994 roku nie została jeszcze wcielona w życie, a większość jej zapisów to martwy dokument bez przepisów wykonawczych, czyli jest jak było. Uchwalenie ustawy o ochronie zdrowia psychicznego nie zdziałało jednak cudów. Cytowany wyżej raport NIK z 1997 roku stwierdza bowiem wyraźnie, że nieprawidłowości wykazane w trakcie kontroli w  praktyce “uniemożliwiały sprawowanie sądowej kontroli legalności przyjmowania i przebywania pacjentów w szpitalach psychiatrycznych”. Oznacza to, że człowieka raz umieszczonego w zakładzie psychiatrycznym można by przetrzymywać tam w nieskończoność. Bez żadnej kontroli. 

Inna sprawa, czy polskim sądom na tej kontroli zależy. Adam Bodnar z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka mówi, że równie wiele do życzenia co polskie prawo pozostawia sam wymiar sprawiedliwości. Jak chora bywa praktyka prokuratury i sądów, pokazuje sprawa Renaty R., którą Fundacja zajmuje się od kwietnia 2005 roku. Prokuratur Danuta Ducka z poznańskiej prokuratury wnioskowała o umieszczenie pani R. na sześć tygodni w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, bo ta oskarżyła o kradzież męża, z którym właśnie się rozwodziła. Decyzja pani prokurator zaczęła budzić podejrzenia zwłaszcza po tym, jak mąż zeznał, iż “zgłoszenie żony o kradzieży jest całkowicie bezzasadne, gdyż rzeczywiście sporne ruchomości zabrałem”. Postępowanie w tej sprawie umorzono we wrześniu 2003 roku. 

Siedem miesięcy później prokuratura postawiła pani R. zarzut powiadomienia o niepopełnionym przestępstwie. Dalej wydarzenia potoczyły się szybko. Prokurator Ducka przesłuchała ją w charakterze podejrzanej, następnie postawiła wniosek o zbadanie przez biegłych psychiatrów, którzy mieli orzec, czy w chwili popełnienia czynu była poczytalna i czy pozostawienie jej na wolności zagraża porządkowi prawnemu. Ci dwukrotnie orzekli, że Renatę R. należy skierować na sześć tygodni do zamkniętego zakładu psychiatrycznego. Nie pomogło pisanie skarg na prokurator Ducką do jej przełożonego. Prokuratura postanowiła umorzyć śledztwo w sprawie Renaty dopiero po interwencji Fundacji i kilku posłów. “Decyzja ta mogłaby zostać przyjęta z uznaniem w normalnych okolicznościach, kiedy przykładowo nagle okazało się, że zarzuty są bezpodstawne. Niestety, w sprawie Renaty R. decyzja o umorzeniu wydawała się nie tyle wynikać z nagłego zrozumienia przez prokuratora istoty sprawy, lecz była raczej wynikiem skutecznego nadzoru służbowego” - napisał w liście do prokuratora krajowego prof. Andrzej Rzepliński. Osoby, które bezprawnie zamknięto w zakładach psychiatrycznych, teoretycznie mogą domagać się odszkodowań w trybie art. 77 Konstytucji RP. Zgodnie z nim każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaką wyrządził przez niezgodne z prawem działanie organ władzy publicznej. W praktyce jednak do takich procesów dochodzi rzadko, a zasądzane odszkodowania są niewielkie. 

 

 

DOLNY ŚLĄSK - BOLESŁAWIEC
Skorumpowani lekarze dalej pracują w zawodzie

19-01-2006 

Pierwszy raz na Dolnym Śląsku skorumpowany lekarz zgodził się na odebranie mu prawa wykonywania zawodu. Inni oskarżeni i skazani za korupcję lekarze bez przeszkód pracują w zawodzie. Są zatrudniani z braku innych specjalistów. Psychiatra Jerzy B. wziął 6 tysięcy zł łapówek za wypisywanie fałszywych zaświadczeń przestępcom i poborowym. Dzięki nim jednych zwalniano z wojska, drugim odraczano kary więzienia. Po aresztowaniu lekarza zwolniono z pracy, ale gdy wyszedł na wolność, został ponownie zatrudniony w Wojewódzkim Szpitalu Psychiatrycznym w Bolesławcu. Przed sądem zdecydował się dobrowolnie poddać karze. Z prokuratorem dogadał się, że dostanie grzywnę i karę w zawieszeniu, ale sędzia się na to nie zgodził. Uznał, że lekarz powinien dostać zakaz wykonywania zawodu, a Jerzy B. przystał na tę propozycję. We styczniu 2006 skazano go na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu, 9 tysięcy 800 zł grzywny i dwuletni zakaz wykonywania zawodu. - To kara zbyt surowa, ale chciałem już zakończyć tę sprawę - mówi psychiatra, który lada dzień idzie na emeryturę. Oprócz pracy w szpitalu prowadził prywatny gabinet. Teraz będzie musiał go zamknąć.

- Gdyby nie miał zakazu, przedłużyłbym mu kontrakt, bo brakuje specjalistów. To dobry lekarz - komentuje Janusz Kalisz, dyrektor bolesławieckiego szpitala psychiatrycznego. Jerzy B. nie jest zresztą jedynym przyłapanym na przyjmowaniu łapówek lekarzem, którego zatrudnił. W Bolesławcu pracuje także uwikłany w korupcję neurolog. - Miałem dylemat, że za dwa dni nie będę miał kim obsadzić dyżuru - tłumaczy Kalisz. Uważa, że szefowie szpitali nie muszą przejmować się tym, że lekarze mają wyroki za łapówki: - Jeśli sąd nie odebrał im prawa do wykonywania zawodu, to dlaczego ja mam oceniać ich moralność? - pyta. Podobnie myśli szefostwo szpitala psychiatrycznego w Krośnicach pod Wrocławiem, które zatrudnia lekarza z wyrokiem i drugiego, oskarżonego o korupcję. Krzysztof Wilczek, rzecznik szpitala: - Trzeba brać pod uwagę całe życie zawodowe lekarza, a nie tylko wyrok za łapówki. Dyrektorem szpitala w Złotoryi był Piotr B., psychiatra, któremu udowodniono przyjmowanie łapówek. Dobrowolnie poddał się karze 1,5 roku więzienia w zawieszeniu, 30 tysięcy grzywny i czteroletniemu zakazowi zajmowania stanowisk kierowniczych. Natychmiast po wyjściu z aresztu wrócił do pracy w szpitalu, którym zarządzał - jest asystentem na oddziale psychiatrii. 

Stanisław Woźniakowski, dyrektor złotoryjskiego szpitala: - Podpisałem z nim kontrakt, bo nie miałem wyjścia. Złotoryja to małe miasto, na rynku nie ma psychiatrów. Sprawa dotyczy nie tylko psychiatrów i neurologów. Maciej Ś., neurochirurg z Bydgoszczy oskarżony o branie łapówek, jeszcze podczas procesu został ordynatorem oddziału w szpitalu w Koninie. Był jedynym, który złożył ofertę. Wrocławscy prokuratorzy zajmujący się sprawami korupcji wśród lekarzy uważają, że sędziowie traktują ją pobłażliwie: - Panuje przekonanie, także wśród sędziów, że lekarzowi trzeba dać łapówkę - mówi jeden z nich. Inny, który oskarżył o branie łapówek ponad dwudziestu lekarzy, twierdzi, że stosował zakaz wykonywania zawodu jeszcze podczas śledztwa, ale sąd go uchylał. - Przestałem porywać się z motyką na księżyc - mówi. Wiele korupcyjnych spraw lekarskich kończy się dobrowolnym poddaniem się karze. Wtedy wyrok jest w zawieszeniu, a prokurator nie wnioskuje o zakaz wykonywania zawodu - lekarz dostaje łagodną karę, a policja i prokuratura poprawiają sobie statystykę. - Nie idziemy na łatwiznę - broni się prokurator Mieczysław Śledź. - Wolę postawić na grzywnę, bo nie wierzę, że po kilku latach procesu sąd odbierze lekarzowi prawo do pracy.

Policja zatrzymuje coraz więcej lekarzy biorących łapówki. W 2005 roku wystąpiła do prokuratur o oskarżenie prawie 60-ciu psychiatrów. Drugie tyle spraw było w toku. W 2004 roku takich wniosków było około 40-tu. A dwa lata wcześniej 11-cie. Jednak lekarze biorą dalej, szczególnie psychiatrzy. Według wrocławskich prokuratorów w walce z korupcją w tym środowisku skuteczne może byŚ tylko odbieranie im prawa do wykonywania zawodu: - Sądy muszą dać jasny sygnał, że branie się nie opłaca, tylko wówczas lekarze będą się bali - przekonują. Marek Celej, były rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa, obecnie sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie, podziela ten pogląd: - Każdą sprawę trzeba traktować indywidualnie, ale jeśli mamy naprawdę walczyŚ z korupcją, sądy powinny odbierać lekarzom prawo do wykonywania zawodu. Sędzia Piotr Górecki z obecnej KRS jest mniej kategoryczny: - Gdy lekarze biorą łapówki wiele razy i znaczące kwoty, dla przestrogi należałoby orzekać takie zakazy. Ale ostrożnie, bo nie można pozbawić prawa do pracy dobrego lekarza za to, że wziął tysiąc złotych łapówki. Sprawą zainteresował się ówczesny minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. - Jeśli potwierdzi się, że tacy lekarze wracają do pracy, to jest to bardzo niepokojące. - mówił Paweł Wilkoszewski, jego asystent. - Minister zlecił wtedy kontrolę w tej sprawie, ale oczywiście jak zawsze dotąd nic z tego nie wynikło oprócz szumu. 

 

 

PROBLEMY PSYCHIATRII SĄDOWEJ
Przyczyny Korupcji i Złych Ekspertyz - 2004

Nie ma obiektywnego rozważenia sprawy bez przyjrzenia się problemom drugiej strony, czyli problemom z jakimi borykają się lekarze specjaliści, biegli sądowi w swoim zawodzie i wypełnianej pracy. Psychiatra doc. dr. hab. med. Janusz HEITZMAN, kierownik Kliniki Psychiatrii Sądowej Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie sporo opowiada dla mediów o problemach swego zawodu, bo i szczególnie psychiatria sądowa wywołuje wiele nieporozumień, nawet wśród lekarzy, prawników i polityków. Nigdzie na świecie psychiatria sądowa nie jest odrębną dziedziną medycyny. Nie stanowi także specjalizacji ani podspecjalizacji medycznej. Jej zadaniem, wyłącznie służebnym wobec wymiaru sprawiedliwości, jest zastosowanie wiedzy psychiatrycznej dla potrzeb sądu, prokuratury, czyli nadawanie zjawiskom psychicznym, psychopatologicznym odpowiednich kategorii prawnych do wykorzystania w postępowaniu procesowym. Biegli - zarówno psychiatrzy, jak i reprezentanci innych dziedzin - nie tworzą prawa, lecz są jego wykonawcami, i to w bardzo ograniczonym zakresie. Wydane opinie podlegają swobodnej ocenie sądu czy prokuratury. Lekarze nie podejmują decyzji procesowych, tylko wystawiają opinie. Zdaje się jednak, że niekiedy nie rozumieją roli biegłego i próbują wydawać decyzje, czy wręcz naciskać na sąd aby pacjenta skierował na ich oddział jako podsądnego. 

Z drugiej strony, wymiar sprawiedliwości popełnia czasami błąd arogancji, uważając, że jeżeli powołuje biegłych, to są oni jego pracownikami - nie tylko w czasie procesu, ale zawsze - i traktuje ich instrumentalnie. Wymaga od nich przeprowadzenia badania i wydania opinii na żądanie, wyznacza nierealnie krótkie terminy, tak jakby biegli psychiatrzy sporządzali opinie w kilkunastu kopiach, siedząc przy taśmie produkcyjnej. Psychiatrzy w pierwszej kolejności są lekarzami, biegłymi zaś są dodatkowo. Trzeba też podkreślić, że więcej jest sądów i prokuratur oczekujących na sporządzenie opinii niż biegłych mogących je rzetelnie opracować. To powoduje, że dobrzy biegli toną w aktach rozmaitych spraw z różnych instancji. Sąd, który oczekuje krótkiej, 2-stronicowej opinii o poczytalności sprawcy banalnej kradzieży sklepowej nie ma cierpliwości, by czekać w kolejce, dopóki biegły nie sporządzi opinii dla innego sądu w sprawie wielokrotnego zabójstwa, nad którą zastanawia się miesiącami. Dlatego zastrasza biegłego ponagleniami, monituje, grozi grzywną. Dodam jeszcze, że biegły psychiatra nie ma żadnej ochrony prawnej, nie jest funkcjonariuszem publicznym, nikt nie dba o jego anonimowość. 

Inny aspekt problemu to brak zrozumienia zadań psychiatrii sądowej w społeczeństwie i mediach. Często spotykamy się z przeświadczeniem, że biegli psychiatrzy mają nieograniczoną władzę, dzięki której są w stanie zamknąć oskarżonego w więzieniu albo wypuścić go na wolność. Inny rodzaj rozumowania: nie istnieją zbrodniarze z zaburzeniami psychicznymi, to tylko psychiatrzy robią z przestępców ludzi chorych psychicznie. Takie opinie współgrają z dość powszechnym przekonaniem, że za zbrodnie należy surowo karać bez względu na okoliczności (chorobę), najlepiej całkowitą eliminacją sprawcy. Dowodzi to niskiego poziomu cywilizacyjnego i kulturowego społeczeństwa. Niepochlebne opinie o dyspozycyjnych psychiatrach sądowych są też pozostałością po praktykach minionej epoki polityczno-społecznej, choć w Polsce stanowiły one zjawisko marginalne. 

Psychiatrzy wykonujący zadania zlecone przez resort sprawiedliwości twierdzą, że są przeciążeni pracą. Zachodzi zatem logiczne pytanie dlaczego muszą wydawać tak dużo opinii? - Są co najmniej dwie przyczyny zlecania nadmiernej liczby ekspertyz. Mniej więcej w 70 procent przypadków powoływanie biegłych jest niepotrzebne, ich opinia nic nie wnosi do sprawy. Uważam, że poziom wykształcenia sędziów i prokuratorów w zakresie psychopatologii sądowej jest na tyle niski, że nie są oni w stanie odrzucić nieuzasadnionych wniosków o powołanie biegłego. Ze studiów prawniczych w Polsce znikła psychopatologia sądowa jako przedmiot obowiązkowy. Wykładana jest na UJ, również na kilku innych uczelniach, ale tylko jako przedmiot fakultatywny, nie zawsze omawiany dostatecznie szeroko. Nie wystarczy bowiem określić, co to jest schizofrenia, trzeba także pokazać jej konsekwencje prawne w zachowaniu się człowieka. Druga przyczyna nadmiaru zlecanych ekspertyz ma swoje źródło w funkcjonowaniu u nas poglądu o wyższości tzw. superopinii. W naszym wymiarze sprawiedliwości każda ze stron procesowych może zakwestionować wydane już opinie - wtedy zleca się kolejne, właśnie "superopinie". Sędziowie, nie znając psychopatologii, dają się wodzić za nos. Przedłuża to ogromnie procedurę i podnosi koszty. Wprowadza element rywalizacji między biegłymi, którzy prześcigają się w poszukiwaniu nowych sformułowań, choć ich opinie sprowadzają się do tego samego wymiaru prawnego - stwierdzenia zniesionej lub znacznie ograniczonej poczytalności. Rzadziej biegli, wywodzący się z różnych szkół, mogą tak samo oceniać stan psychiczny, a inaczej klasyfikować konsekwencje prawne rozpoznania. Niekiedy różnice w diagnozie i ocenie zjawiska, poza przypadkami skrajnymi, to uprawniona odmienność poglądów, a niekoniecznie dawanie fałszywego świadectwa - czy zawsze to drugie ma być prawdziwe, a pierwsze fałszywe? 

 

Sytuacja psychiatrów sądowych w krajach Europy Zachodniej

Ich sytuacja jest zupełnie inna. Psychiatrzy sądowi cieszą się tam wielkim autorytetem. Organa sprawiedliwości nie podważają ich opinii przez powoływanie następnych zespołów biegłych w celu ponownego zbadania pacjenta. Jedna opinia od wiarygodnych biegłych to zasada. Tam "superopinie" nie istnieją. W wielu krajach, np. w Danii, biegli psychiatrzy sprawują nadzór merytoryczny i organizacyjny w strukturach resortu sprawiedliwości. Ponadto istnieją tam etatowe komisje składające się z ekspertów, wydające certyfikaty lekarzom kandydującym na stanowiska biegłych i sprawujące bezpośredni nadzór nad jakością wydawanych opinii. Biegli są na Zachodzie nieporównanie lepiej wynagradzani. Jedna poważna opinia to równowartość kilku przeciętnych zarobków miesięcznych. 

Niskie stawki wynagrodzeń, żmudna praca i żądania wykonania jej natychmiast mogą być przyczyną tego, że brakuje chętnych do realizacji tych zadań? 

Wydawanie opinii psychiatrycznych zajmuje mnóstwo czasu, jest obciążone ogromną odpowiedzialnością i, niestety, jest nędznie wynagradzane. Na tym też polega różnica między biegłymi w zakresie psychiatrii oraz innych dyscyplin fachowych, np. z zakresu rachunkowości czy architektury - tabela stosowana do wyceny pracy psychiatrów ma wyjątkowo niskie stawki. Można nawet powiedzieć, że są one korupcjogenne. Jednak posądzanie biegłych o korupcję to w wielu przypadkach mit, choć nieuczciwi bywają w każdej grupie zawodowej. Najważniejszy problem to byle jakie, niechlujne opinie za byle jakie pieniądze - to nie motywuje. Sądy, zapewne z oszczędności, unikają przyznawania psychiatrom stawek godzinowych, które są nieco wyższe. Rodzi się niepokojące zjawisko: wydawanie kiepskich opinii za kiepskie pieniądze. Badania są pracochłonne, konieczne jest studiowanie wielotomowych akt, przeprowadzanie wywiadów z rodziną, innymi osobami zainteresowanymi, często obserwacja sprawcy. Nie wolno badać w budynkach sądu, bada się w placówkach służby zdrowia - przychodniach, ambulatoriach, również w poradniach niepublicznych. Psychiatra nie może zajmować się ekspertyzą w czasie swojej pracy, między udzielaniem porad pacjentom, robi to po godzinach pracy zasadniczej, w soboty i niedziele. Przypuszczam, że z blisko 2 tysiący psychiatrów - kilkuset (1/3 środowiska) współpracuje z wymiarem sprawiedliwości. Lekarze z dużym doświadczeniem robią to systematycznie, inni dorywczo. Biegłymi są często emeryci, a także lekarze chcący dorobić, zawodowo nie najwyższych lotów, niemający dochodów z praktyki prywatnej. Stąd bierze się problem dotyczący jakości opinii, które często należałoby określić jako nie najlepsze albo wręcz błędne, sądy zaś są coraz mniej kompetentne, by je ocenić. 

 

Biegły Psychiatra powinien legitymować się odpowiednim poziomem wiedzy. 

Teoretycznie biegły musi mieć nie tylko dobre przygotowanie kliniczne z dziedziny psychiatrii, umieć diagnozować i leczyć, ale także mieć pewne cechy osobowościowe, aby poradzić sobie na sali sądowej z atakami prokuratorów, adwokatów, nie dać się zastraszyć, zbić z tropu, musi być wiarygodny. Sąd powinien powoływać na biegłych osoby doświadczone, cieszące się dużym zaufaniem środowiska. Jednak wobec braku zachęt, przy dużej liczbie minusów tej pracy, wielu mądrych psychiatrów nie chce się w nią angażować. W praktyce więc biegłymi są często lekarze bez doświadczenia sądowego i nie najlepsi klinicyści. Dla sądu istotne jest, aby miał specjalizację z psychiatrii - może wtedy złożyć przyrzeczenie i pracować. Druga grupa to biegli z tzw. listy sądów okręgowych, najczęściej wspomniana już grupa dorabiających sobie emerytów, których wiedza nie jest weryfikowana. Naszej grupie zawodowej zależy na podniesieniu poziomu jakości pracy w tej dziedzinie psychiatrii. Rozważamy możliwość wprowadzenia certyfikatów, czyli szczególnych uprawnień do wydawania opinii sądowych. Gdyby sądy zostały zobowiązane do korzystania jedynie z biegłych z certyfikatem, wydawane opinie byłyby o wiele lepsze i wzrósłby autorytet biegłych. Ale ta propozycja nie ma wsparcia resortu sprawiedliwości. Nie tylko ten postulat naprawczy, także większość pozostałych należałoby kierować do wymiaru sprawiedliwości.

Do zadań psychiatrii należy zaliczyć podniesienie poziomu kształcenia specjalizacyjnego w zakresie psychiatrii sądowej. Nie mamy jednak gdzie kształcić, bo nie ma dostatecznej liczby oddziałów sądowo-psychiatrycznych. W Instytucie Psychiatrii i Neurologii stworzono koncepcję budowy nowej kliniki psychiatrii sądowej, która byłaby nie tylko bazą dydaktyczną dla specjalizujących się, ale również naukową (powstałby tam mały oddział eksperymentalny) i usługową (oddział obserwacyjny). Istnieje bowiem jeszcze jeden problem - zbyt mało miejsc obserwacyjnych w odpowiednio zabezpieczonych oddziałach powoduje, że obserwacje prowadzone są w oddziałach psychiatrycznych przy aresztach śledczych lub opiniuje się tylko ambulatoryjnie. W całej Polsce nie ma oddziału, w którym można by obserwować aresztowane kobiety. IPiN nie jest w stanie samodzielnie sfinansować budowę kliniki. Nasza petycja do ministra zdrowia o środki na budowę tego pawilonu, złożona w listopadzie 2004 roku, stale jest aktualna. 

 

 

POLSKIE TOWARZYSTWO PSYCHIATRYCZNE

2006-04-10

Stanowisko Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego

w sprawie medialnego nadużywania psychiatrii.

Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego z głębokim zaniepokojeniem obserwuje/śledzi/ stwierdza karygodne i mnożące się przypadki nierzetelności lekarzy psychiatrów, powoływanych przez sądy powszechne do roli biegłych w postępowaniu sądowym. Statut Towarzystwa pozwala na podejmowanie postępowania dyscyplinarnego tyko wobec tych lekarzy, którzy są jego członkami, a członkostwo Towarzystwa nie jest warunkiem koniecznym umożliwiającym wykonywanie zawodu lekarza specjalisty w dziedzinie psychiatrii, lub pełnienie roli biegłego sądowego w zakresie psychiatrii. Dochodzenia dziennikarskie ujawniające nierzetelność psychiatrów w orzekaniu o stanie zdrowia psychicznego, zresztą nie tylko na potrzeby sądów powszechnych jest wartościową i cenioną przez Zarząd drogą obywatelskiej kontroli rzetelności pracy lekarzy. Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego jest jednak poważnie zaniepokojony formą, w jakiej wyniki dociekań dziennikarzy przedstawiane są opinii publicznej. Nie można, a tak sugerują publikacje prasowe, uważać, że korupcja i fałszowanie danych cechują wszystkich pracowników opieki nad zdrowiem psychicznym w Polsce. Ekscytująco sensacyjna forma artykułów prasowych sprawia wrażenie, że w kraju nie ma już dziesięciu sprawiedliwych. Zarząd Główny PTP i osoby sprawujące nadzór specjalistyczny w dziedzinie psychiatrii, są szczególnie zaniepokojone tym, że przy okazji piętnowania szkodliwych i nieuczciwych postaw psychiatrów, tworzy się fałszywe i równie szkodliwe społecznie - bo wzniecające lęk - mity, obarczające psychiatrię odpowiedzialnością za naruszanie praw człowieka. 

Warto po raz kolejny przypomnieć, że psychiatria nie jest narzędziem represji na użytek wymiaru sprawiedliwości. Badaniu sądowo-psychiatrycznemu nie można poddać każdego, lecz tylko osobę oskarżoną lub podejrzaną, wobec której istnieją uzasadnione wątpliwości co do poczytalności. Umieszczenie badanego na obserwacji sądowo-psychiatrycznej w szpitalu jest możliwe jedynie po wcześniejszym badaniu ambulatoryjnym i tylko wtedy gdy zachodzą, co jeszcze raz należy podkreślić, uzasadnione wątpliwości co do poczytalności osoby i co do możliwości brania przez nią udziału w postępowaniu karnym. Biegli psychiatrzy zgłaszają jedynie konieczność takiej obserwacji ale decyzje o jej podjęciu podejmuje zawsze sąd (w postępowaniu przygotowawczym na wniosek prokuratora) w postępowaniu jawnym i przy bezwzględnym udziale obrońcy oskarżonego i możliwym udziale samego oskarżonego. Biegli zawsze są zobowiązani do wykazania niezbitych powodów uzasadniających obserwację. Rozpoczęcie obserwacji jest możliwe jedynie po uprawomocnieniu się postanowienia w tej sprawie, zatem zawsze do tego momentu istnieje możliwość złożenia zażalenia do sądu wyższej instancji. Biegli psychiatrzy nie są zatem uzurpatorami w tworzeniu „nieludzkiego” prawa, lecz są wykonawcami prawa w bardzo ograniczonym zakresie. Wszystko co biegli stwierdzają w procesie podlega swobodnej ocenie sądu czy prokuratury, może być przyjęte lub w całości odrzucone.

Nie to jest jednak podstawową przyczyną naszego niepokoju. Forma publikacji prasowych, o których mowa korzysta ze słownictwa stworzonego do zwalczania systemowych nadużyć psychiatrii do celów politycznych w byłym Związku Radzieckim. Pojawiające się w prasie słowo „psychuszka” powstało na określenie więzień, będących równocześnie szpitalami psychiatrycznymi, podlegających bezpośrednio władzom służby bezpieczeństwa Związku Radzieckiego. Jego funkcja było wskazanie na niegodziwość władz państwa, odmawiających przeciwnikom politycznym prawa do procesu sądowego i obrony. Posługiwanie się nim w kontekście odsłaniania niegodziwości pojedynczych psychiatrów jest równie nieadekwatne, jak używanie nazwy „obóz koncentracyjny” dla określenia sytuacji uczestników wycieczki, której organizator zdefraudował pieniądze. Najistotniejsze jest jednak to, że szerokie pojęcie „psychiatria” obejmuje prócz psychiatrów i innych profesjonalistów zajmujących się problemami zdrowia psychicznego, także i ludzi cierpiących z powodu zaburzeń psychicznych. Forma, jaką przybiera odsłanianie nierzetelności psychiatrów przyczynia się, niestety, do naznaczania osób chorujących psychicznie i dalszego izolowania ich w społeczeństwie. Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego apeluje do wszystkich dziennikarzy, także i tym, którzy zajmują się tropieniem wykroczeń i przestępstw popełnianych przez psychiatrów o wzięcie pod uwagę społecznego odium, jakie sensacyjna forma ich publikacji rzuca na ludzi, którym ze względu na ich cierpienie wszyscy winni jesteśmy opiekę i życzliwość. 

 

 

POSZKODOWANI PISZĄ DO MINISTRÓW
Typowa Skarga Ofiary Psychiatrycznych Nadużyć

Nadarzyn, 14 czerwca 2007 r.

 

Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny

ZBIGNIEW ZIOBRO

Al. Ujazdowskie 11, 00-950 Warszawa

 

Temat: PERFIDNE NADUŻYCIA i KORUPCJA LEKARZY (PSYCHIATRÓW)

 

Szanowny Panie Prokuratorze Generalny ZIOBRO,

Jak Pan „ruszył” to szambo jakim jest korupcja i nadużycia lekarzy, powinien Pan koniecznie zbadać niesłychane i perfidne nadużycia lekarzy psychiatrów. Jestem pewien, że znajdzie Pan setki (jeśli nie tysiące) nadużyć i zbrodni lekarzy psychiatrów, nawet w aktach różnych prokuratorów, policji i sądów. Ja i moja historia może być najlepszym świadectwem, a takie nadużycia mogą być ZBRODNIĄ równą w znaczeniu dla ofiar, jak zbrodnie zabójstwa, bo dokonują eliminacji podstawowych praw podmiotów ludzkich, obywatelskich, procesowych, majątkowych i skazują daną OFIARĘ na dożywotne CIERPIENIA, również fizyczne, a nie tylko psychiczne.

MAFIA POSŁUGUJE SIĘ zbrodniami lekarzy psychiatrów obficie korzystając z ich usług. Mafia kryjąca się również w prokuraturach i sądach. Oczywiście zbrodni takich dokonuje się na zlecenie mafii, wszystko odbywa się „w białych rękawiczkach”, ale całkowicie świadomie, każdy psychiatryczny zbrodniarz wie co robi i oczywiście w imieniu humanizmu i „ratowania” życia. Ponieważ zagrożona w swym panowaniu MAFIA sięgnęła po pomoc „polityczną” do „pożytecznych idiotów”, lub przestępców w środowiskach lekarskich, które założyły strajk szkodliwy dla ZDROWIA społeczeństwa i czując się bardzo „pewnie” zapowiadają bezwzględne kontynuowanie – przy pomocy tego strajku chcą rozbić PROGRAM naprawy państwa – niech Pan ZDEMASKUJE ich do dna, nie połowicznie, lecz do dna. Smutny widok zobaczymy „po bitwie”, ale trudno.

Załączam Panu kopię mojej skargi wysłanej do ministra zdrowia 10 lat temu. Jest to skarga na szantaż lekarzy psychiatrów, konkretnie dyrektora szpitala w Tworkach, konkretnie na nieuzasadniony fakt kierowania mnie przez tą panią do Poradni Zdrowia Psychicznego. Do dzisiaj, przez 10 lat, merytorycznej odpowiedzi na tą skargę NIE otrzymałem. Ja chyba już 3-4 razy tę samą skargę do ministra zdrowia wysyłam, a ministerstwo odsyła ją do „załatwienia”, to tu, to tam (np. do Wydz. Spraw Wewnętrznych Starostwa w Zakopanem, a tam zwyczajnie mnie szantażują, żebym dał spokój), a przecież to ministerstwo jest następną instancją nad dyrektorem szpitala i to ono powinno na moją skargę odpowiedzieć.

Moja skarga do ministra zdrowia jest aktualna – może Pan ją „załatwi”? Tym bardziej, że psychiatrzy wyłudzili ode mnie 60 tysięcy zł., a prokuratura w Pruszkowie 30 dokumentów zbrodni dokonanej przeciw mnie wyrzuciła do kosza (lub wyłączyła do innej sprawy) i odmówiła mi wszczęcia postępowania. Jeśli Pan Prokurator Generalny zainteresuje się jak w praktyce na potrzeby kryminalnej mafii (mafia jest zawsze kryminalna) robi się z człowieka nie odpowiedzialnego przed sądem „wariata”, ja mogę to Panu dokładnie opowiedzieć. I chętnie to zrobię, bo państwo trzeba faktycznie naprawiać. Z poważaniem, Jerzy KOWALCZYK

Załączam odpowiedź otrzymaną ostatnio z Prokuratury w Pruszkowie, oraz kopię mojej skargi z przed 10 lat do Ministra Zdrowia, ale ciągle aktualnej. (Załączniki pominięto P.Dh.)

 

 

Rola Biegłego Psychiatry 
w Procesie Cywilnym i Karnym 

Ostatnimi laty, u początku XXI wieku prasa i telewizja pokazuje szereg nieetycznych postępowań lekarzy - biegłych sądowych. Beż problemu można "zakupić sobie u nich dowolną opinię. Za odpowiednią kwotę przestępca otrzymuje zaświadczenie, że wymaga leczenia i nie może przebywać w więzieniu. Prokuratorzy też "załatwiają" sobie drogą nacisku służbowego opinię lekarska, która nie ma żadnego związku z stanem faktycznym - słowem, w tej branży mamy "wolną amerykankę" i wszelkie chwyty są możliwe. Z uwagi na na te mataczenia biegłych - dla sędziów, prokuratorów, lekarzy i osób poszkodowanych ich fałszywymi opiniami przestawiam posiadane fachowe opracowanie o warunkach, jakie powinna spełniać opinia biegłego lekarza psychiatrii. Korzystanie z pomocy biegłego psychiatry, zarówno w procesie karnym jak i cywilnym, jest spowodowane potrzebą uzyskania przez sąd wiadomości specjalnych a więc takich, którymi nie dysponuje przeciętny członek społeczeństwa, a które biegły ze względu na wykształcenie jak i nabyte doświadczenie może dostarczyć (art.278§1k.p.c; art.193§1 k.p.k.). Pomoc biegłego przyjmuje formę opinii. Biegli nie dostarczają sądowi swoich spostrzeżeń co do okoliczności faktycznych sprawy - jest to rola świadków - natomiast wydają co do tych okoliczności opinię. 

 

OPINIA BIEGŁEGO W PROCESIE KARNYM 

Wybór konkretnych osób, mających pełnić funkcję biegłych, zależy od uznania organu procesowego. Nie jest to jednakowoż wybór zupełnie swobodny. Organ procesowy w wyborze tym kierować się powinien, przede wszystkim, posiadanymi przez biegłego odpowiednimi kwalifikacjami. Organ procesowy, kierując się zasadą najlepszego wyboru, powinien w charakterze biegłego powołać tego specjalistę, który posiada kwalifikacje najwyższe. Biegły powinien legitymować się odpowiednim, a przy tym wysokim, wykształceniem zawodowym w danej dziedzinie, odpowiednią specjalizacją, znaczną praktyką w ramach danej specjalizacji. Należy przyjąć, że lekarz psychiatra powołany na biegłego powinien posiadać przynajmniej pierwszy stopień specjalizacji. [...] Lekarz medycyny, zatrudniony choćby przez kilka lat w szpitalu psychiatrycznym, a nie mający specjalizacji, nie jest osobą, która mogłaby pełnić funkcję biegłego psychiatry w procesie (tak- Cioch K., Mierzejewski P.- artykuł). 

 

Wydanie Opinii Psychiatrycznej

W orzecznictwie Sądu Najwyższego oraz w doktrynie zgodny jest pogląd, że przeprowadzenie dowodu z opinii biegłych lekarzy psychiatrów o stanie zdrowia psychicznego sprawcy jest równoznaczne z istnieniem "uzasadnionych wątpliwości" co do jego poczytalności. Wątpliwości te muszą być oparte na konkretnych dowodach lub na konkretnych okolicznościach, ustalonych w sprawie i muszą wynikać z oceny owych dowodów i okoliczności przez uprawniony organ procesowy, na wniosek stron albo z urzędu. Przykładowo będą to zaświadczenia stwierdzające chorobę psychiczną lub niedorozwój umysłowy oskarżonego, długotrwały jego pobyt w szpitalu psychiatrycznym z rozpoznaniem świadczącym o istotnych mankamentach zdrowia psychicznego, a także wyjątkowo nietypowy przebieg przestępczego zdarzenia albo nietypowy sposób zachowania się oskarżonego zarówno w chwili popełnienia czynu, jak i w toku postępowania przygotowawczego lub sądowego (wyrok SN-1). Natomiast silne wzburzenie nie jest pojęciem wyłącznie psychologicznym, lecz jest kategorią prawną i może być ustalone przez sąd bez potrzeby uciekania się do pomocy biegłych (wyrok sądu apelacyjnego- 2). 

O wydanie opinii organ procesowy zwraca się do biegłego lub biegłych. Może też zwrócić się do instytucji naukowej lub specjalistycznej (art.193§1i2 k.p.k.). W wypadku powołania biegłych z różnych specjalności, o tym, czy mają oni przeprowadzić badania wspólnie i wydać jedną wspólną opinię, czy opinie odrębne, rozstrzyga tenże organ procesowy (art.193§3 k.p.k.). O dopuszczeniu dowodu z opinii biegłego wydaje się postanowienie, w którym należy wskazać: 

1) imię, nazwisko i specjalność biegłego lub biegłych, a w wypadku opinii instytucji, w razie potrzeby, specjalność i kwalifikacje osób, które powinny wziąć udział w przeprowadzeniu ekspertyzy, 

2) przedmiot i zakres ekspertyzy ze sformułowaniem, w miarę potrzeby, pytań szczegółowych, 

3) termin dostarczenia opinii. 

Widła T. artykuł Palestra 2002/3-4/66 - t.2 

Opiniowania nie można podzlecić. Dowód z opinii biegłego może pochodzić tylko od osoby imiennie wskazanej, a w przypadku instytucji od wyznaczonego przez kierownika pracownika danej instytucji (przy czym zawarowano dla organu procesowego prawo wskazania specjalności i kwalifikacji osób z tej instytucji biorących udział w opiniowaniu). Ekspertyzę podzleconą należy traktować nie jako dowód z opinii, lecz jako informację głoszącą, że istnieje specjalista mający w danej kwestii zdanie wyrażone w przedłożonym tekście (Widła T.- artykuł). 

 

Kryteria jakie musi spełniać opinia: 

W zależności od polecenia organu procesowego biegły składa opinię ustnie lub na piśmie. 

Opinia powinna zawierać: 

1) imię, nazwisko, stopień i tytuł naukowy, specjalność i stanowisko zawodowe biegłego, 

2) imiona i nazwiska oraz pozostałe dane innych osób, które uczestniczyły w przeprowadzeniu ekspertyzy, ze wskazaniem czynności dokonanych przez każdą z nich, 

3) w wypadku opinii instytucji - także pełną nazwę i siedzibę instytucji, 

4) czas przeprowadzonych badań oraz datę wydania opinii, 

5) sprawozdanie z przeprowadzonych czynności i spostrzeżeń oraz oparte na nich wnioski, 

6) podpisy wszystkich biegłych, którzy uczestniczyli w wydaniu opinii. 

 

Osoby, które brały udział w wydaniu opinii, mogą być, w razie potrzeby, przesłuchiwane w charakterze biegłych, a osoby, które uczestniczyły tylko w badaniach - w charakterze świadków (art.200 §1,§ 2, § 3 k.p.k.). 

 

Opinia o stanie zdrowia psychicznego oskarżonego: 

Obowiązujące przepisy prawne w pewnych przypadkach wymagają, aby jednocześnie wystąpiło więcej biegłych niż jeden. Taką sytuację przewiduje art.202 k.p.k. Według niego w celu wydania opinii o stanie zdrowia psychicznego oskarżonego sąd, a w postępowaniu przygotowawczym prokurator, powołuje co najmniej dwóch biegłych lekarzy psychiatrów. Na oskarżonym ciąży obowiązek poddania się badaniom psychiatrycznym (art.74§2pkt2 k.p.k.). 

Opinia biegłych jest jedynym dowodem, który może kształtować ocenę sądu w przedmiocie stanu zdrowia psychicznego oskarżonego, bowiem stan zdrowia psychicznego należy do okoliczności mających istotny wpływ na rozstrzygnięcie sprawy i jego stwierdzenie wymaga wiadomości specjalnych (art. 176 § 1 k.p.k. i art. 183 k.p.k.- postanow.SN-3). 

Badanie psychiatryczne oskarżonego, w razie zgłoszenia przez biegłych takiej konieczności może być połączone z obserwacją w zakładzie leczniczym (art. 203. § 1 k.p.k.). Obserwacja w zakładzie leczniczym nie powinna trwać dłużej niż 6 tygodni; na wniosek zakładu sąd może przedłużyć ten termin na czas określony, niezbędny do jej zakończenia. O zakończeniu obserwacji biegli niezwłocznie zawiadamiają sąd. 

 

OPINIA BIEGŁEGO W PROCESIE CYWILNYM 

Biegli swoje sądy i wyniki myślenia komunikują sądowi czym pomagają w ustaleniu lub ocenie okoliczności sprawy; są niejako pomocnikami sędziego. Biegły nie rozstrzyga wiarygodności dowodów, gdyż taka ocena należy do kompetencji sądu (art.233 k.p.c.). Ocena opinii biegłego obejmuje zarówno zgodność i zupełność z wymaganiami formalnymi jak i moc przekonywania. Sąd nie jest związany opinią biegłego i ocenia ją według reguł dowodowych tzn. swobodnej oceny dowodów (patrz słownik). 

 

Wydanie Opinii 

Jeżeli [...] rozstrzygnięcie sprawy wymaga wiadomości wykraczających poza zakres wiadomości ogółu osób inteligentnych i ogólnie wykształconych, dowód z opinii biegłych jest konieczny, choćby ktokolwiek ze składu orzekającego takie wiadomości posiadał. Odmienne stanowisko pozbawiłoby strony możności stawiania pytań i krytyki określonego poglądu, a nadto prowadziłoby do niedopuszczalnego połączenia funkcji sędziego i biegłego (tak Turek J. artykuł). Sąd może wezwać jednego lub kilku biegłych w celu zasięgnięcia ich opinii a także zażądać opinii odpowiedniego instytutu naukowego lub naukowo-badawczego (art. 278§1 k.p.c. i art. 290. § 1 k.p.c.). Do istotnych spraw związanych z treścią opinii należy kwestia opinii kategorycznych i alternatywnych. 

Najbardziej pożądaną jest opinia kategoryczna, zwłaszcza jeżeli jest przekonywująca. Pozwala sądowi określoną okoliczność uznać za wyjaśnioną i zwalnia sąd od obowiązku dopuszczenia dowodu z dalszej opinii biegłych (tak- Zieliński A. artykuł). Sytuacja w której biegły styka się z wieloma dowodami, odmiennie i najczęściej przeciwstawnie postrzegającymi zaistniałe fakty, zmusza do wydania tzw. opinii alternatywnej. Najczęściej dzieje się tak w przypadku sprzecznych zeznań świadków. Wówczas biegli lub biegły wydaje opinię w odniesieniu do kilku wersji zdarzenia, pozostawiając sądowi wybór najbardziej dla niego przekonywującej i wiarygodnej wersji. Biegły nie powinien wypowiadać się, która – jego zdaniem – wersja jest najbardziej prawdopodobna, bowiem przekroczyłby wówczas swoje kompetencje. (tak- Heitzman J. artykuł). 

 

Kryteria jakie musi spełniać opinia biegłych

Sąd oznaczy, czy opinia ma być przedstawiona ustnie, czy na piśmie (art.278§3 k.p.c.). 

Opinia biegłego powinna zawierać: 

1.część opisową a w niej: 

- wskazanie, czy jest stałym biegłym sądowym, czy też został powołany tylko do danej sprawy oraz podanie swojej specjalności, 

- wskazanie podstawy prawnej obowiązującej do wydania opinii i jej zakres wynikający z treści postanowienia dowodowego o powołaniu biegłego oraz ewentualnych pytań postawionych przez sąd biegłemu, 

- podanie stanu faktycznego, który posłużył do wydania opinii, 

- opis metody i sposobu prowadzenia badań (w tym informacja o wykorzystanych materiałach naukowych); 

2. właściwą opinię a w niej: 

- jasno sformułowane wnioski wynikające logicznie z części opisowej 

- uzasadnienie powyższych wniosków w sposób, który pozwoli sądowi na sprawdzenie prawidłowości toku rozumowania biegłego (tak- Zieliński A. artykuł). 

Opinia biegłego powinna zawierać uzasadnienie (art. 285. § 1. k.p.c.) i powinna być uzasadniona w sposób umożliwiający jej sądową kontrolę. Kontrola opinii biegłego powinna polegać na sprawdzeniu prawidłowości - z punktu widzenia wymagań logiki i zasad doświadczenia życiowego - rozumowania przeprowadzonego w uzasadnieniu opinii, które doprowadziło do wydania przez biegłego takiej a nie innej opinii. Jeżeli opinie dwóch lub więcej biegłych są ze sobą sprzeczne, ocena i ewentualne przyznanie przewagi jednej z opinii nad drugą powinno być oparte na gruntownej i wnikliwej analizie treści uzasadnienia każdej z tych opinii, nie może opierać się wyłącznie na przewadze autorytetu jednego z biegłych nad drugim (wyrok SN- 4). 

Jeżeli sąd wyznaczył kilku biegłych, mogą oni wydać łączną opinię jeżeli są ze sobą zgodni, w przeciwnym bowiem razie muszą wydać opinię oddzielnie (Siedlecki W. Świeboda S. książka). 

Opinia instytutu wydana na żądanie sądu (art. 290 § 1 k.p.c.) powinna być podjęta kolektywnie, po wspólnym przeprowadzeniu badania oraz powinna wyrażać stanowisko nie poszczególnych osób, lecz instytutu, który te osoby reprezentują. W opinii powinny być wskazane nie tylko imiona i nazwiska osób, które przeprowadziły badania i wydały opinie (art. 290 § 2 k.p.c.), lecz również ich stopnie naukowe i stanowiska służbowe, ze wskazaniem dziedziny wiedzy, w której są specjalistami (wyrok SN- 5). 

 

Opinia biegłego co do dowodów o wątpliwej wiarygodności 

Rola biegłego psychiatry w cywilnym postępowaniu sądowym- to wielokrotnie diagnostyczne „balansowanie” między „zdrowiem” a „chorobą”. Rozstrzyganie pomiędzy dowodami budzącymi wątpliwości „czy są prawdziwe” stanowi bardzo często dylemat psychiatry. Biegły psychiatra stając wobec konieczności wydania opinii, zwłaszcza w sprawach odszkodowawczych, bada ofiary przestępstw, które doznały szczególnych urazów psychicznych jak i fizycznych. Stoi przed surowym egzaminem swych umiejętności w zakresie różnicowania symulacji- będącej świadomym produkowaniem objawów choroby psychicznej przez osoby nie ujawniające zaburzeń, symulacji nałożonej na faktycznie istniejące objawy stanów reaktywnych, zwłaszcza o charakterze depresyjnym, neurotycznym czy związanym ze stresem pourazowym, metasymulacji- tzn. podtrzymywania wygasłych już zaburzeń reaktywnych i agrawacji- tj. wyolbrzymiania i przejaskrawiania rzeczywistych zaburzeń i anomalii psychicznych (tak- Uszkiewiczowa L.- książka). 

 

SŁOWNIK: 

zasada swobodnej oceny dowodów - należy do naczelnych zasad procesowych. Materiał dowodowy gromadzony w postępowaniu cywilnym przez podmioty biorące udział w tym postępowaniu polega sprawdzeniu i ocenie sądu. Kodeks stanowi, że sąd ocenia wiarygodność i moc dowodów według własnego przekonania, na podstawie wszechstronnego rozważenia zebranego materiału (art.233§1 k.p.c.). 

 

PODSTAWA PRAWNA: 

k.p.c.- Kodeks postępowania cywilnego z dnia 17 listopada 1964 r. (Dz.U.64.43.296 ze zm.). 

k.p.k.- Kodeks postępowania karnego dnia 6 czerwca 1997 r. (Dz.U.97.89.555 ze zm.). 

 

ORZECZNICTWO: 

1. 1998.04.23 wyrok SN III KKN 110/98 Prokuratura i Prawo 1998/10/9 

2. 1998.02.25 wyrok s.apel. II AKa 12/98 Prok.i Pr. 1999/3/28 

3. 1998.06.17 postanow.SN II KKN 311/97 Prok.i Pr. 1998/11-12/16 

4. 1970.06.15 wyrok SN I CR 224/70 LEX nr 6750 

5. 1965.09.28 wyrok SN II PR 321/65 OSNC 1966/5/84 

 

BIBLIOGRAFIA:

Paprzycki L.K.artykuł Prok.i Pr. 1997/11/127 - t.1 

Artykuł: 

1. Wojskowy Przegląd Prawniczy (WPP) 1999/3-4/65 - t.3 

Cioch K., Mierzejewski P.: Opinia biegłych psychiatrów w procesie karnym w świetle kodeksu postępowania karnego. 

2. Palestra 2002/3-4/66 - t.2 

Widła T. Uwagi o przeprowadzaniu dowodu z opinii biegłego. 

3. Monitor Prawniczy 2000/7/462 - t.2 

Turek J.: Opinie biegłych w zakresie wycen majątkowych. 

4. Postępy Psychiatrii i Neurologii 2000/ tom 9: 

Zieliński A.: Teoretyczne i praktyczne aspekty dowodu z opinii psychiatrycznej w postępowaniu cywilnym. 

Heitzman J.: Biegły psychiatra wobec dowodów o wątpliwej wiarygodności.

 

Książka: 

1. Siedlecki W. Świeboda S.: Postępowanie cywilne zarys wykładu. Warszawa, PWN 2000, 

242-246. 

2.Uszkiewiczowa L.: Zaburzenia reaktywne i symulacja w praktyce sądowo- psychiatrycznej. Warszawa, PZWL 1966, 52-56. 

 

I tym samym przechodzimy do meritum - publikacji na temat warunków jakie powinna spełniać opinia lekarska dla sądu, kulisy i przykłady mataczenia biegłych i ich wpadki, wyjaśnienie faktów - przebiegłych biegłych, matactwach z rentami biegłego lekarza psychiatry Antoniego Ferenca z Jarosławia i na koniec raportu:  "siedem grzechów głównych organów sprawiedliwości", 

Koszty tych przekrętów ponosi całe społeczeństwo. To wyjaśnia, dlaczego służba zdrowia jest niedofinansowana...

 

Na stronie aferyprawa.com jest taka notka: 

WSZYSTKICH SĘDZIÓW INFORMUJĘ ŻE PROWADZENIE STRON PUBLICYSTYCZNYCH JEST W ZGODZIE z Art. 54 KONSTYTUCJI RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ! 

1 - Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji. Art. 54.1

2 - Cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane.

ponadto Art. 31.3

 

Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw. 

 

__________________________________________

Linki - Bibliografia

http://www.aferyprawa.com/

http://www.psychiatric-abuse.org.uk/

http://www.antipsychiatry.org

Andrzej Michorzewski; Dzień, w którym wybiło szambo, czyli nadużycia w psychiatrii; Oficyna Wydawnicza Finna, ISBN 83-89929-20-1

Roy Porter, Szaleństwo. Rys historyczny, tłum. Jan Karłowski, seria "Biblioteczka człowieka myślącego", Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2003. 

Opracowanie i redakcja tematu, z wykorzystaniem często powtarzanych krótkich informacji prasowych, radiowych, tv i PAP: 

P.D.

Z naszego bloga


Top 11

Najpopularniejsze artykuły: 


Newsletter


Wyślij

Po więcej informacji zapisz
się do naszego newslettera

Licznik odwiedzin: 7171625 Ostatnia aktualizacja strony: 2017-05-22 17:36:41