Stowarzyszenie Macierz

Stowarzyszenie MACIERZ powstało jako organizacja zajmująca się ochroną Praw Człowieka, ekologią, promocją zdrowego odżywiania i funkcjonowania, działalnością charytatywną w różnych dziedzinach życia.

Ilość wejść: 12182


Zbrodnia i Kara. Policjanci Gangsterzy - Czarne Owce w Policji

Policyjny Terroryzm w Polsce Gorszy od Faszymu i Islamu?

Napady na prywatne domy, brutalne wyłamywanie drzwi za naprawę których nie raczą płacić policyjni rozbójnicy, zabijanie psów, szczeniaków i kotów, rzucanie o podłogę małymi dziećmi, rzucanie o podłogę kobietami w zaawansowanej ciąży - co jeszcze wymyślą czarne, gestapowskie w kolorystyce mundury z policji państwowej RP? Przykładów nieuzasadnionej brutalności policji w Polsce i jej (anty)terrorystów jest niestety coraz więcej. 

Za komuny do domu przestępcy pukał policjant przebrany za listonosza, mówił że ma telegram, a policjanci wchodzili za przebierańcem, bo zbój sam otwierał drzwi. Dziś uzbrojone po zęby bandy policjantów w kamizelkach kuloodpornych wyłamują drzwi taranami, krzyczą "leżeć ch..u", wyglądają jak bandyci w kominiarkach, strzelają na oślep i jeszcze twierdzą, że obawiają się użycia broni przez przestępców. Za PRL, milicjanci nie mieli kamizelek kuloodpornych ani kominiarek, przychodzili w mundurach. Nie musieli rzucać przestępcami i ich dziećmi o podłogę ani rozbijać cudzych drzwi. Potrafili poczekać, aż zbój sam wyjdzie po zakupy albo do knajpy i zgarnąć łotra na klatce schodowej przed drzwiami. 

Wszyscy generalnie chcą, żeby policjanci byli kompetentni i uczciwi, żeby nie obawiali się poświęcić swojego zdrowia, a nawet życia, aby zapewnić nam bezpieczeństwo. Są tacy funkcjonariusze i zasługują oni na uznanie i nagrodę – często niestety jedyną nagrodą dobrych policjantów jest satysfakcja z dobrze wykonanej pracy i wstyd za kompromitujących policję kolegów. Na co dzień bowiem jednak zbyt często mamy do czynienia z policjantami, którzy zapomnieli o swojej przysiędze: 

„Ja obywatel Rzeczypospolitej Polskiej, świadom podejmowania obowiązków policjanta, ślubuję:

służyć wiernie Narodowi, chronić ustanowiony Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej porządek prawny, strzec bezpieczeństwa Państwa i jego obywateli, nawet z narażeniem życia.”  

Wiele razy spotykamy się z niedotrzymywaniem tej przysięgi przez lenistwo, asekuranctwo, agresję, bezmyślność lub dziwne układy z przestępcami. Informacje kryminalne o złych policjantach nie napawają optymizmem, a ze statystyk wynika, że najwięcej przestępców wśród policjantów jest w garnizonach śląskim, warszawskim, bydgoskim, łódzkim, lubelskim, szczecińskim i krakowskim... A przecież nie ma nic straszniejszego niż zastraszenie przez funkcjonariuszy prawa czy okrutne traktowanie przez władzę. Jaki pan taki kram mówi ludowe porzekadło. Jaka władza, jacy politycy, taka i policja. 

Pijaństwo policjantów to osobny poważny problem. Zgodnie z rozporządzeniem MSWiA do służby z "ograniczeniem" (kategoria C) można dopuścić policjanta, który nadużywa alkoholu, ale nie ma cech uzależnienia. Orzeczony alkoholizm (nawet w stadium początkowym) czyni funkcjonariusza całkowicie niezdolnym do służby. Przygotowywane w MSWiA rozporządzenie uwzględnia pozostawienie w służbie osób z chorobą alkoholową, którzy przeszli leczenie na oddziale zamkniętym odwykowym, kontynuują terapię w placówkach otwartych i pozostają osobami niepijącymi. 

_________________

Czarna Owca a może Baran?

 

Kara dla Państwa Polskiego za Zbrodnie Policji

Dziesięć tysięcy euro zapłaci skarb państwa rodzicom pobitego przez policję chłopaka - taki wyrok wydał we wtorek 13 stycznia 2009 Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu. Sam pobity - Paweł Lewandowski - nie żyje. Niecały rok po pobiciu popełnił samobójstwo, bo miał dosyć psychicznego terroru policji. Sprawę do Strasburga z pomocą Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka wnieśli jego rodzice. Zadośćuczynienie jest za to, że władza publiczna nie dochowała obowiązku rzetelnego wyjaśnienia sprawy, w której zachodziło podejrzenie naruszenia zakazu tortur i okrutnego lub poniżającego traktowania.

Wieczorem 3 sierpnia 2000 roku w podwarszawskim Legionowie Lewandowski siedział z kolegami na przystanku i pił piwo. Jeden z jego kolegów zbił szybę tablicy ogłoszeniowej. Przyjechała policja, zatrzymała wszystkich. W czasie zatrzymania Lewandowski został przewrócony i skopany przez policjantów. Potem zawieziono go na komendę. Badanie krwi wykazało 1,38 promila alkoholu we krwi. Na komendzie przetrzymano go do 5 sierpnia. Po uwolnieniu zrobił obdukcję. Lekarz stwierdził "stan po pobiciu". 

Dnia 11 sierpnia 2000 złożył w Prokuraturze Rejonowej w Legionowie doniesienie, a policja wszczęła postępowanie o znieważenie przez niego funkcjonariuszy. Opinia lekarska sporządzona na zlecenie prokuratury nie wykluczyła, że obrażenia mogły powstać w sposób opisany w doniesieniu. Mimo to prokurator pod koniec marca następnego roku umorzył postępowanie, nie dopatrując się przekroczenia uprawnień przez agresywnych policjantów. 23 maja 2001 roku prokurator okręgowy w Warszawie podtrzymał tę decyzję, jak zwykle w wypadku zbrodni policjantów. Trzy dni później, 26 maja 2001  Lewandowski popełnił samobójstwo. Sąd Rejonowy w Legionowie nie znalazł podstaw do uchylenia decyzji prokuratury o umorzeniu sprawy.

To kończyło możliwość dochodzenia sprawiedliwości w kraju o nazwie Trzecia Rzeczpospolita Polska. Państwo Lewandowscy poskarżyli się do Strasburga. Twierdzili, że policjanci użyli siły, chociaż nie było to konieczne. A prokuratura nie wyjaśniła rzetelnie sprawy: nie ustaliła przyczyny doznanych przez syna obrażeń i okoliczności zdarzenia, pominęła zeznania naocznego świadka. Rząd policyjnego państewka o nazwie III RP obłudnie twierdził, że policjanci musieli użyć siły, bo zatrzymany rzekomo szamotał się i kopał funkcjonariuszy.

Jednakże Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał we wtorek, że nie ma na to dowodów, ponieważ organy państwa nie dopełniły obowiązku rzetelnego zbadania sprawy, a jedynie ślepo dały wiarę zeznaniom policjantów. Tym samym naruszyły zakaz tortur i okrutnego traktowania, który nakłada na nie obowiązek wszechstronnego wyjaśniania wszelkich podejrzeń o nadużyciu siły przez funkcjonariuszy państwowych. Z opublikowanego w 2006 roku raportu Fundacji Helsińskiej wynika, że policja nie ma niezależnego trybu badania skarg na pobicia i nadużywanie władzy przez funkcjonariuszy, a prokuratura z reguły takie sprawy umarza działając stronniczo. Najczęstszą reakcją policji na skargę jest lipne oskarżenie skarżącego o napaść na policjantów. Skargi na przestępstwa policji rozpatruje sama policja. Jest to tak, jakby gangster sam miał być w sądzie sędzią we własnej sprawie. Strach komentować! 

_________________

 

Najgłośniejsze Sprawy o Pijaństwo na Śląsku

W Tychach 22-letni st. post. Marcin Sz. potrącił starszego o rok studenta, Łukasza. Student zmarł w szpitalu. Policjant miał w wydychanym powietrzu 0,56 prom. alkoholu.

W Częstochowie zatrzymano policjanta z Lublińca, który doprowadził do kilku stłuczek. Miał 3,5 promila alkoholu we krwi.

W Zabrzu pijany oficer pionu kryminalnego KMP zderzył się z karetką pogotowia. Przewożony nią pacjent zmarł. Lekarze, którzy przeprowadzali sekcję zwłok pacjenta orzekli, że to zderzenie spowodowało zgon mężczyzny. W samochodzie, którego kierowca doprowadził do wypadku, siedział jeszcze jeden policjant. Obaj uciekli z miejsca zdarzenia i obaj próbowali zatrzeć ślady. W wydychanym powietrzu osiem godzin po zdarzeniu mieli 1 i 0,34 prom. alkoholu.

W Pietrowicach Wielkich zatrzymano kierownika posterunku, który w wydychanym powietrzu miał ponad 3,5 promila alkoholu.

Na komisariacie III w Katowicach dzielnicowi urządzili sobie pijacką libację. Z budynku musiał ich wyprowadzać patrol oficerski.

_________________

 

Policjant Pedofil Zatrzymany

Skandal w świętokrzyskiej policji. Funkcjonariusz z posterunku w Nagłowicach aresztowany, bo współżył z nieletnią. Jego ofiarą miała paść gimnazjalistka z gminy Oksa. W województwie świętokrzyskim dnia 13 marca 2009 roku zatrzymano policjanta podejrzanego o pedofilię. Funkcjonariuszowi postawiono mocne zarzuty czynów lubieżnych wobec osoby poniżej 15-ego roku życia. Rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Kielcach, Sławomir Mielniczuk potwierdził, że funkcjonariuszowi postawiono zarzut czynów lubieżnych wobec osoby poniżej 15-ego roku życia. Pracujący w wydziale prewencji komendy w Jędrzejowie 36-letni policjant został aresztowany na dwa miesiące. Grozi mu do 12 lat więzienia. Na poczatku płci dziecka molestowanego seksualnie nie ujawniono, jednak w kolejnych doniesieniach podano, że chodzi o dziewczynkę. W policji nie ma w zasadzie procedur eliminujących podczas naboru do służby osób o skłonnościach pedofilskich. Szacunkowo na 100 tysięcy policjantów może statystycznie pełnić służbę nawet 4 do 6 tysięcy osób skłonnych do molestowania lub wykorzystywania dzieci. W praktyce molestowane dzieci i ich rodzice dotąd przechodzili prawdziwą gehennę policyjnych procedur, kiedy zgłaszano pedofilię. 

Jak się dowiedziano, chodzi o 36-letniego funkcjonariusza, który pracował na posterunku w Nagłowicach podlegającym komendzie powiatowej w Jędrzejowie. W policji był od siedmiu lat. - Pracował w patrolu, zaangażowany w pracę, nie było na niego żadnych skarg. To, co się stało, to szok - mówią jego koledzy. Zarzuty są bardzo poważne. Według ustaleń BSW i prokuratury kilkakrotnie współżył z nieletnią dziewczyną. Groził, że jak się będzie opierać, umieści jej nagie zdjęcia w internecie i będzie rozsyłać "ememesami". Trwało to kilka miesięcy. - Dowody są na tyle mocne, że uzasadniają duże prawdopodobieństwo popełnienia zarzucanych mu czynów. Dlatego sąd zdecydował się zastosować areszt wobec podejrzanego - tłumaczy sędzia Marcin Chałoński, rzecznik Sądu Okręgowego w Kielcach. W Nagłowicach aż huczy. Policjantom trudno uwierzyć, że ich kolega mógł wykorzystywać młodą dziewczynę. Tym bardziej że miał żonę i dwoje dzieci. Podejrzany policjant nie mieszka w Nagłowicach, gdzie pełnił służbę. Pochodzi z gminy Małogoszcz. Dziewczyna, która miała paść jego ofiarą, to gimnazjalistka z gminy Oksa. Ze źródeł policyjnych dowiadujemy się, że to ona wyszła z inicjatywą, by umówić się z policjantem. Niektórzy zastanawiają się czy panienka nie była podstawiona policjantowi specjalnie przez lokalnych gangsterów z którymi policjant miał zatargi. 

_________________

 

Akcja (Anty)terrorystów - Zabili Psa, Powybijali Okna

Wyłamana brama, powybijane szyby, strzały z broni. Tak wyglądała obława na 19-latka, który dwa lata temu miał sprzedać narkotyki za 30 zł. Sprawa dotyczy poniedziałkowej akcji w Wolinie w dniu 11 maja 2009 roku. 19-letni Daniel S. to jeden z trzech zatrzymanych wtedy mężczyzn. Prokuratura postawiła mu jeden zarzut. Dwa lata temu miał sprzedać 16-letniej dziewczynie marihuanę. Na transakcji zarobił około 30 zł. Nie przyznaje się do winy. Trafił do aresztu. Dnia 16 maja o zatrzymaniu oficjalnie poinformowała komenda wojewódzka. Według komunikatu cała trójka to dilerzy narkotyków, a udział antyterrorystów był konieczny, bo mężczyźni mogli mieć broń palną. 

- Jestem zaskoczony. Użyto środków niewspółmiernych do ewentualnej winy chłopaka. Przecież sam stawiłby się na przesłuchanie. Wystarczy porównać koszty takiej akcji, nie mówiąc już o stratach jakie poniosła rodzina - mówi mec. Marek Kędziora. - Mój klient jest podejrzany o jedno przestępstwo sprzed dwóch lat. Nie ma zarzutu, że działał w jakiejś grupie zorganizowanej. To, że przy kimś znaleziono wiatrówkę i narkotyki nie może być argumentem najazdu na inny dom. Takie środki użyte do zatrzymania muszą dziwić - dodaje mec. Kędziora.

Policja przyznaje, że podczas zatrzymania Daniel S. nie stawiał oporu. Nie znaleziono przy nim narkotyków, ani innych obciążający go przedmiotów. A rzekoma broń palna okazała się wiatrówką, którą miał inny z zatrzymanych (nie miał na nią pozwolenie). Wiatrówka na kamizelki kuloodporne to tyle, co komar na niedźwiedzia. Cała rodzina i sąssiedzi są w szoku po policyjnym napadzie rozbójniczym. Rodzina i adwokat S. zarzucają policji brutalną akcję.

Oto relacja jednego ze świadków policyjnej akcji o charakterze terrorystycznym. Jest znajomym rodzinny S. Był w ich w domu z niedzieli na poniedziałek. O godzinie 6 rano szykował się aby wyjść do pracy. - "Byłem akurat w kuchni. Widziałem jak jakiś rozpędzony wóz taranuje bramę i wjeżdża na podwórko. Obok wbiegło kilku antyterrorystów w kominiarkach. Zastrzelili psa, który biegał na dworze. Drugiego, sześciomiesięcznego szczeniaka, który wybiegł z merdającym ogonem, ranili pięcioma strzałami. Nie zareagowali, gdy mama Daniela widząc co się dziele krzyknęła, że idzie im otworzyć drzwi. Używali nabojów hukowych i ostrej amunicji. Mnie rzucili na ziemię i przycisnęli butem, choć w ogóle nie mam nic wspólnego ze sprawą. Uszkodzili mi rękę - opowiada."

(Anty)terroryści strzałami rozbili kilka szyb w mieszkaniu. Potem zatrzymali Daniela S., który spał w swoim pokoju. Ślady po pociskach są na drzwiach i ścianach. Rozmówca Głosu Pomorza znalazł kilka łusek po pociskach, których policjanci nie zdążyli zabrać. Prokuratura zaprzecza, że wydała polecenie użycia oddziału antyterrorystycznego. Policja broni swojej terrorystycznej akcji bojówkarskiej. - Takie działania przygotowuje się wcześniej, aby zapewnić ochronę zdrowia i życia osób i policjantów. Mieliśmy informacje, że podejrzani mogli mieć narkotyki i broń, stąd decyzja o zastosowaniu takich środków - powiedziała asp. Alicja Śledziona z zachodniopomorskiej policji III RP. 

 

Źródło: Gazeta Pomorska

_________________

 

Polskie Dyby. Zatrzymani leżą tak skuci średnio od 2 do 5 godzin. Ale bywa, że przeszukanie trwa 11 godzin. Sikanie tylko pod siebie, chociaż czasem do 2 godzinach skamlania jakiś policjant się zmiłuje i zaprowadzi do kibelka... 

_________________

 

Policjant Molestował Nastolatki Przeszukując

Karę roku więzienia wymierzył w środę 1 kwietnia 2009 sąd byłemu policjantowi z Wąbrzeźna w woj. kujawsko-pomorskim za molestowanie seksualne kobiet. Funkcjonariusz zatrzymywał je pod pozorem konieczności przeszukania. Trzy z poszkodowanych to dziewczęta w wieku od 13 do 16 lat. Ze względu na dobro poszkodowanych kobiet proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, a uzasadnienie wyroku utajniono. Sąd w Golubiu-Dobrzyniu uznał za udowodnioną większość zarzutów stawianych byłemu policjantowi. Prokuratura zarzucała Leszkowi B., iż czterokrotnie molestował zatrzymane młode kobiety. Trzy poszkodowane to dziewczęta w wieku od 13 do 16 lat.

Według ustaleń śledztwa, mężczyzna jesienią 2008 roku zatrzymywał swe ofiary, pokazując im policyjną legitymację służbową. Tłumaczył, że musi dokonać obszukania, gdyż podejrzewa je o posiadanie narkotyków. Leszek B. w dwóch przypadkach swe "akcje" sfotografował aparatem w telefonie komórkowym. Odzyskane przez biegłych zdjęcia stały się dodatkowym dowodem przeciwko policjantowi. Prokuratura oskarżyła Leszka B. o molestowanie seksualne kobiet, za co grozi mu kara od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności. Przebywający w areszcie mężczyzna został zwolniony dyscyplinarnie ze służby w policji. 

Szkoda tylko, że kara taka niska dla czarnej owcy w policji, a zbrodni pominięto nawet w prasie jej prawdziwą nazwę, którą jest niewątpliwie pedofilia! Policjant jedynie obszukuje, co najwyżej molestuje, a że 13 lat dziewczynka miała to pewnie wina nieuwagi. Zapomniał zajrzeć do legitymacji szkolnej ile ma lat. A prokurator mówił o molestowanych kobietach, zapomniał powiedzieć, że 13-16 lat to dzieci... 

_________________

 

Policjant wśród Zatrzymanych na Śląsku

Katowice (PAP) - Trzech mężczyzn, w tym policjanta, zatrzymano w dniu 19 luty 2009 w sprawie ubiegłorocznego włamania do salonu jubilerskiego w katowickim centrum handlowym oraz paserstwa skradzionych przedmiotów. Łupem złodziei padły wówczas zegarki i biżuteria o wartości 1,2 mln zł. Prowadzącym śledztwo funkcjonariuszom udało się odzyskać znaczną część zegarków wartych ponad pół miliona zł - podał w czwartek zespół prasowy śląskiej policji. Do włamania doszło w nocy z 15 na 16 lipca 2008 roku w Silesia City Center, jednym z największych centrów handlowych w południowej Polsce.

"Sprawcy, po uprzednim zneutralizowaniu systemów alarmowych centrum handlowego, ominięciu pracowników ochrony i zablokowaniu systemu alarmowego w samym salonie jubilerskim, przedostali się do jego wnętrza. Z salonu ukradli zegarki i wyroby ze złota warte 1,2 mln zł" - powiedział PAP nadkomisarz Piotr Bieniak z zespołu prasowego śląskiej policji. Krótko po włamaniu szef śląskiej policji wyznaczył 5 tysięcy zł nagrody za informacje pomocne w ujęciu sprawców. Wszystko wskazuje na to, że pieniądze te zostaną w policji - przestępców rozpracowali w wyniku pracy operacyjnej policjanci z Wydziału do walki z Przestępczością Przeciwko Mieniu KWP w Katowicach.

Zatrzymani mają od 29 do 36 lat, to mieszkańcy Będzina i Dąbrowy Górniczej. Wśród zatrzymanych jest funkcjonariusz policji. W jego zatrzymaniu uczestniczyli policjanci Biura Spraw Wewnętrznych, czyli tzw. policji w policji. Cała trójka została aresztowana na trzy miesiące. Według nieoficjalnych informacji, na razie wśród zatrzymanych nie ma samych włamywaczy, a jedynie paserzy. Potwierdza to informacja przekazana PAP przez rzeczniczkę Prokuratury Okręgowej w Katowicach Martę Zawadę-Dybek. "Wszyscy trzej mężczyźni są podejrzani o paserstwo mienia znacznej wartości. Grozi za to do 10 lat więzienia" - powiedziała.

Zatrzymany policjant pracował w komendzie w Dąbrowie Górniczej na Śląsku. Od pewnego czasu był zawieszony w wykonywaniu obowiązków w związku z postępowaniem dotyczącym przekroczenia uprawnień - powiedziała prokurator. Prowadzącym sprawę policjantom udało się odzyskać część skradzionych zegarków, ich wartość oszacowano na 543 tysiące zł. Po włamaniu policja opublikowała na stronie internetowej zdjęcia części skradzionych zegarków. Większość z nich kosztuje po kilka tysięcy złotych każdy, ale są też warte kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt tysięcy. Cena najdroższego zegarka przekraczała 55 tysięcy zł. Jak powiedział nadkom. Bieniak, śledczy pracują przez cały czas nad zatrzymaniem kolejnych sprawców zaangażowanych w to przestępstwo. (PAP) 

_________________

 

Policja Pobiła Mojego Syna

Mój syn został pobity przez policję i nieprzytomny wyrzucony na ulicę - twierdzi Wioletta Karbowiak ze Słupska. Chce, aby sprawę jej syna wyjaśniła prokuratura. W nocy z 11 na 12 kwietnia 2008, młody 21-letni słupszczanin Piotr Karbowiak poszedł razem z kolegami do pubu Keller w Słupsku. Bawili się, nieźle popijając. Gdy przed północą wyszli z pubu, rozbawione i hałaśliwe towarzystwo na ulicy Murarskiej zatrzymała policja. Wezwał ją jeden z taksówkarzy.

- Z relacji kolegów syna wiem, że Piotr grzeczny nie był. Mógł zdenerwować policjantów, bo gdy jest pijany bywa agresywny - opowiada pani Wioletta. - Jednak jego koledzy opowiadali mi, że został wraz z drugim zatrzymanym zabrany do policyjnego radiowozu. Wszyscy byli przeświadczeni, że trafił do izby wytrzeźwień. Stało się inaczej. Około pierwszej w nocy pogotowie znalazło go nieprzytomnego na ulicy Szkolnej. - Dwie godziny później lekarze poinformowali mnie i żonę Piotra, że mój syn leży nieprzytomny na oddziale intensywnej opieki medycznej - mówi Wioletta Karbowiak. - Mam wrażenie, że syn dostał nauczkę od policji za swoje zachowanie. Moim zdaniem nic nie uprawnia policjantów do tak ostrego i bestialskiego potraktowania człowieka, nawet jeśli był agresywny.

Matka nabrała podejrzeń w stosunku do policji, gdy zaczęła się kontaktować z funkcjonariuszami, aby wyjaśnić sprawę. - Zaczęli reagować, dopiero gdy przedstawiłam swoje wątpliwości. Wcześniej nic nie robili. Już zrobiliśmy obdukcję. Teraz zgłosimy oficjalne doniesienie do prokuratury - zapowiada. 

Jacek Bujarski, rzecznik prasowy słupskiej policji twierdzi, że nic nie wskazuje, aby policjanci pobili Piotra Karbowiaka. - Z moich ustaleń wynika, że ten mężczyzna mógł być w grupie, którą zatrzymał patrol przy ulicy Murarskiej, ale nie został zabrany do izby wytrzeźwień - mówi Bujarski. - Nie wiem, co się z nim działo, dopóki pewien mężczyzna nie poinformował dyżurnego, że mocno pijany mężczyzna leży na ulicy Szkolnej. Patrol tam pojechał i wezwał pogotowie. Chłopak był bardzo pijany. W wydychanym powietrzu miał 2,6 promila alkoholu. Gdy lekarze pozwolili na rozmowę z nim, wyjaśnił, że nic nie pamięta z tej feralnej nocy. Nawet nie wiedział, z kim się bawił. Sprawa będzie badana pod kątem udziału w bójce. 

 

Źródło: Gazeta Pomorska

_________________

 

Policjant Pedofil z Torunia Molestował Dziewczyny

Na 5 lat może trafić do więzienia 24-letni policjant z Torunia. Wąbrzeska prokuratura oskarża go o molestowanie kobiety i dwóch dziewczynek. W jego komórce znaleziono też pornograficzne zdjęcia dzieci. Policjant od stycznia pracował w wydziale prewencji policji w Toruniu. - Zarzuty dotyczą molestowania dwóch dziewczynek i jednej kobiety - mówi Wanda Granda z Prokuratury Rejonowej w Wąbrzeźnie. Prokuratura skierowała już do sądu akt oskarżenia. Mężczyzna częściowo przyznał się do winy. W trakcie przeszukania w jego komputerze i telefonie znaleziono pornograficzne zdjęcia dzieci. Policjant trafił na trzy miesiące do aresztu. Za przekroczenie uprawnień grożą mu trzy lata więzienia. Za tzw. inną czynność seksualną może trafić za kratki nawet na pięć lat. 

Został jednak skazany na rok więzienia. Nie wiadomo, w jaki sposób wymiar sprawiedliwości uzasadnił wysokość kary, ponieważ rozprawa, ze względu na dobro poszkodowanych, odbywała się za zamkniętymi drzwiami. Policjant Leszek B. mieszkał w Wąbrzeźnie. Zatrudniony był w sekcji prewencji Komendy Miejskiej Policji w Bydgoszczy. Służbę pełnił w Toruniu. 

_________________

 

Dwaj Policjanci z Bolesławca Zatrzymani

Dnia 4 maja 2009 dwaj funkcjonariusze z wydziału ruchu drogowego w Bolesławcu na Dolnym Śląsku wpadli za przyjmowanie łapówki, bo zasadzkę zorganizowało Biuro Spraw Wewnętrznych na podstawie doniesień. Obaj policjanci zostali już zawieszeni w obowiązkach, jeżeli zostaną skazani czeka ich dyscyplinarne wydalenie ze służby. Jeden z nich pracuje w policji od 18 lat, drugi od ośmiu. Śledztwo w tej sprawie prowadzi jeleniogórska prokuratura. 

_________________

 

Policja Napadła na Rodzinę Romów

Dla jednych była to policyjna akcja, dla innych bandycki napad. Na warszawskiej Pradze policja wkroczyła do romskich domów w poszukiwaniu oszustów. Zdaniem policji wszystko odbyło się zgodnie z jej procedurami. Jednak Romowie twierdzą, że policjanci m.in. przystawiali im broń do głowy. Tamtego popołudnia rodzina Łakatusów długo nie zapomni. Zaczęło się od wizyty mężczyzny podającego się za hydraulika. - Otworzyłam zasuwę, wypchnęli mnie i przystawili pistolet do głowy - relacjonuje Wanda Kiwek. Potem były jeszcze krzyki: "na glebę, na glebę!", przekleństwa i groźby, że dziecko trafi do domu dziecka. Rodzina była pewna, że to bandyci napadli ich dom. Po kilku minutach dowiedzieli się, że to policja, jak najbardziej Polska. Funkcjonariusze wyszli z domu Łakatusów z najstarszym synem - Sebastianem. 

Podobne "odwiedziny" tego dnia przeżyło jeszcze kilka innych romskich rodzin. W sumie zatrzymano blisko 30 osób. Wszystkie jako podejrzane o wyłudzenia pieniędzy od starszych ludzi. Po krótkim czasie zwolniono prawie wszystkich, z powodu braku dowodów. Tymczasowy areszt zastosowano jednak wobec Sebastiana. Jest podejrzany o wyłudzenie 5 tysięcy złotych oraz próbę wyłudzeń znacznie większej kwoty. Rodzina jest pewna, że jest niewinny a siedzi tylko dlatego, że jest Romem. - My jesteśmy w Polsce niemile widziani i gorzej traktowani niż mniejszość polska na Białorusi - żali się ojciec Sebastiana. Rodzina nie ma możliwości kontaktowania się z własnym dzieckiem. Czteroletnia córeczka rodziny Romów od policyjnego napadu ma koszmary i nocne moczenie, jest w ustawicznym szoku. Rodzina skarży się na brutalne traktowanie z powodu swego rasowego pochodzenia. Policjanci jak powszechnie wiadomo Romów nie lubią bardziej niż inne kategorie obywateli. 

Rzecznik Komendy Stołecznej Policji Marcin Szyndler nie wierzy w zarzuty Romów pod adresem policji. Przekonuje, że funkcjonariusze na interwencji nie przeklinają, a tym bardziej nie straszą bronią. - Policjanci, którzy wkraczają i zatrzymują nawet najgroźniejszych przestępców nie używają słów uznanych powszechnie za obelżywe. Tym bardziej w obecności dzieci, dlatego też trudno mi uwierzyć w to, że tak naprawdę było - mówi Szyndler. Podkreśla też, że "żadna z policyjnych procedur nie przewiduje, by policjanci przykładali komukolwiek broń do głowy". - Jeśli policjanci interweniują i muszą użyć siły robią to tak, by nie stała się żadna krzywda dzieciom. Dlatego nie mogę uwierzyć, że policjanci przykładali broń do skroni nieletnim - zaznaczył. Rzecznik KSP poinformował, że sprawę wyjaśnia policja i prokuratura. Niestety, doniesień o brutalnym traktowaniu małych dzieci w czasie policyjnych akcji zatrzymań jest coraz więcej. 

_________________

 

Antyterroryści Łódzcy byli Bossami Mafii

Z gangsterami mogło pracować kilkunastu łódzkich policjantów. Czterech z nich zostało już zatrzymanych przez śledczych z Centralnego Biura Śledczego i Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji - ujawniła "Gazeta Wyborcza". Zdaniem prowadzących śledztwo, policjantów werbował ich kolega, 34-letni Przemysław G., antyterrorysta z 12-letnim stażem. Zdaniem "Gazety", funkcjonariusze terroryzowali właścicieli lokali w okolicach Łodzi i na Wielkopolsce. Handlowali także narkotykami. Antyterroryści, elita łódzkiej policji, po godzinach dorabiali u gangsterów. Konwojowali transporty narkotyków, wymuszali haracze, osłaniali wskazanych dilerów, a wyłapywali innych.  

Rafał Sławnikowski z Prokuratury Okręgowej w Łodzi mówi dziennikowi, że będą dalsze zatrzymania. Według CBŚ policjantów do pracy werbował ich kolega, 34-letni Przemysław G., antyterrorysta z 12-letnim stażem. Został zatrzymany w styczniu z 35-letnim Sławomirem F., który pod płaszczykiem legalnej agencji ochrony zbudował największy ostatnio gang w Łodzi. Pod komendą G. i F. policjanci terroryzowali właścicieli lokali w Łódzkiem i Wielkopolsce, proponowali im "ochronę", a w knajpach organizowali handel narkotykami. - Był moment, że gangsterzy z Łodzi nie mieli już skąd brać policjantów. Po prostu zaczęło ich brakować w oddziale antyterrorystycznym - mówi informator "Gazety". 

Pracujący dla gangsterów to elita policji - funkcjonariusze z nawet kilkunastoletnim stażem, którzy całymi dniami szkolą się w obsłudze broni i walce wręcz. Zarabiający do 2,3 tysiąca PLN - tyle samo co policyjny "krawężnik". Oficer: - Mają umiejętności, ale nikt ich nie wykorzystuje. A sfrustrowany antyterrorysta to idealny materiał na gangstera, na chłopca od przypierdzielenia, na ochroniarza. Gangsterzy oferowali im 100-300 zł za jedną noc na bramce knajpy czy dyskoteki, a nawet 1000 zł za weekend. 

Śledczy CBŚ i Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej na razie zatrzymali czterech z czterdziestki łódzkich antyterrorystów. O współpracę z gangiem podejrzewają kolejnych kilkunastu. Wszystkie informacje potwierdziło dwóch oficerów znających szczegóły śledztwa. Szef agencji ochrony, którą gang F. wyparł z rynku: - Policjanci przeginali. W klubie sześciu gliniarzy bije dwóch gości. A potem wzywają prawdziwą policję i występują jako świadkowie. Wersja zawsze była taka: napadali ich goście. Jak to możliwe, że podwójne życie antyterrorystów uszło uwadze przełożonych przez tyle lat? Już w 2001 r. ich dowództwo dostaje sygnały, że stoją na bramce dyskoteki w Bełchatowie. Nakryto m.in. Przemysława G. Wykpił się: przyjechałem na zabawę.

W 2003 roku właściciel dyskoteki Diabolo w Pabianicach zeznaje w CBŚ, że G. oraz F. oferowali mu ochronę lokalu, a gdy odmówił - ktoś go napadł. Połamane żebra, szpital. G. zeznał: - Nikomu nie groziłem. Bzdury! Byłem tam towarzysko. Co ciekawe, F. zostaje jednak w 2003 roku oskarżony. A nawet skazany, ale po pięciu latach. Dostaje wyrok w zawieszeniu, terroryzuje kolejne knajpy. Co więcej: przez rok nie odebrano mu licencji na usługi ochroniarskie, bo ani sąd, ani prokuratura nie zawiadomiły formalnie policji o wyroku. - Z kodeksu nie wynika taki obowiązek - tłumaczą zgodnie Krzysztof Kopania z łódzkiej prokuratury okręgowej i Maciej Kujawski z Ministerstwa Sprawiedliwości. Polskie prawo to jak widać otwarta brama zapraszająca także stróżów prawa do działalnosci o charakterze przestępczym. Pewnie policyjnych antyterrorystów potrzeba znacznie mniej, ale za to lepiej wyszkolonych i znacznie lepiej opłacanych. 

_________________

 

Policjanci Informatykowi Złamali Kręgosłup

W lutym roku 2008 do mieszkania informatyka Piotra D. w Warszawie wtargnęli policjanci w uniformach antyterrorystów. Pierwszy, który wszedł uderzył pana Piotra w plecy tak mocno, że ten przeleciał przez przedpokój i upadł na podłodze. Tego dnia do wielu mieszkań w Warszawie wkroczyło w sumie 250 policjantów, ubranych na czarno, w kominiarkach, uzbrojonych po zęby. Działali na podstawie nakazu prokuratorskiego. Masowa akcja miała na celu rozbicie gangu Szkatuły. Pan Piotr został obudzony około 6 rano łomotaniem do drzwi. Na groźby policji, że drzwi zostaną wyważone otworzył, za co w zamian został brutalnie pobity i skuty. Jego przerażona narzeczona na pytania co się dzieje dostała cios kolbą karabinu w głowę. Pan Piotr ma złamany kręgosłup i nie wiadomo czy kiedykolwiek odzyska pełną sprawność. Może się cieszyć, że uszedł z życiem. Informatyk musi być dla policji wyjątkowo niebezpieczny, bo jak widać klawiatura komputera bywa niebezpieczna dla policji, gdy pisze się o jej wyczynach. 

 

Źródło: Gazeta Wyborcza

_________________

 

Policja Nocą Goni Kobietę

Dramatyczne sceny rozegrały sięw kwietniu 2009 nocą na trasie z Kętrzyna do Bartoszyc na Warmii, przed miejscowością Łankiejmy. Padał deszcz, droga była kręta i bardzo śliska, wiodła przez las. – Nagle zobaczyłam, że ściga mnie ciemne auto – wspomina kobieta. W jej głowie pojawiły się najczarniejsze myśli – że to bandyci albo rosyjscy przemytnicy, bo granica z rosją jest zaledwie kilka kilometrów stąd. – Jechałam spokojnie drogą przez las, była ciemna noc, a tu nagle zaczęło mnie gonić czarne auto, oślepiając reflektorami. Byłam przekonana, że to bandyci chcą mnie dopaść! A gdy zatrzymałam się kilka kilometrów dalej, z auta wyskoczyli policjanci! – żali się emerytowana nauczycielka Henryka Szturo (54 lat). Czy policjanci nocą mogą kogoś ganiać nieoznakowanym radiowozem i zmuszać do zatrzymania? Tak przecież robią tylko gangsterzy i mafia. W Polsce, poza obszarem zabudowanym, po zachodzie słońca, radiola musi być oznakowana. Policjanci ewidentnie naruszyli prawo. 

Kobieta przyspieszyła, nie wiedząc, że goni ją policja, pędziła wąską drogą z prędkością 140 km/godz. Jej biedny fiat punto o mało się nie rozleciał! – Przejechałam jedną wieś, dopiero w drugiej zatrzymałam się w oświetlonym miejscu przy gospodarstwie, tam poczułam się bezpieczniej. I wtedy zobaczyłam, że nie gonią mnie bandyci, tylko policjanci nieoznakowanym wozem – wspomina kobieta. Przemysław Ś. (25 l.) i Roman M. (35 l.) ukarali panią Henrykę 400-złotowym mandatem za przekroczenie dozwolonej prędkości, nałożyli też 10 punktów karnych. Sąd w Kętrzynie jednak po rozpoznaniu skargi anulował mandat, chociaż raz wykazując się inteligencją lepszą od policyjnej. Prokuratura ma wyjaśnić, czy policjanci nie przekroczyli uprawnień. – Prowadzimy postępowanie wyjaśniające w tej sprawie – mówi prokurator Mieczysław Orzechowski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie. Sierżanci nadal pełnią służbę w patrolu ruchu drogowego. Przemysław Ś. przed kilkoma laty uczęszczał do szkoły, gdzie uczyła pani Henryka, stąd podejrzenie o próbę zemsty po latach na nauczycielce. Obaj funkcjonariusze nie chcieli rozmawiać z reporterami Faktu, ktorzy usiłowali ich przesłuchać. 

Wedle lokalnych spostrzeżeń, to panowie z radiowozu na 100% wiedzieli czyj to samochód, bo jest oklejony reklamą z tyłu, a już na pewno były uczeń musiał wiedzieć czyje to auto, bo Kętrzyn to małe miasto. Auto Pani nauczycielki to jakiś fiat pewnie 50 konny albo coś podobnego, a panowie z Passata mają pod maska 150KM, wiec zamiast gonić powinni od razu po stwierdzeniu wykroczenia wyprzedzić i zatrzymać, a nie podpuszczać i czekać aż zostaną popełnione następne wykroczenia. Faktycznie kętrzyńskiej drogówce powinno się trochę nosa utrzeć, bo ich dobrzy znajomi mogą robić w mieście co im się podoba jak niejaki pan stolarz z pewniej miejscowości pod Kętrzynem. 

_________________

 

Żołnierz Zawodowy Brutalnie Pobity przez Policjantów

Zostałem pobity przez tczewskich policjantów - twierdzi Ziemowit Cymerman, 30-latek, który od kilku lat służy zawodowo w jednostce wojskowej na Dolnym Śląsku. Mężczyzna od niedzieli przebywa w szpitalu, a jego rodzice zapowiadają walkę o sprawiedliwość. Do zdarzenia doszło w ostatnią sobotę lipca 2008 roku w Tczewie. Wojak, przy piwie na ławeczce, z kumplami, świętował zakończenie urlopu, który spędzał u rodziców w Tczewie. Obok siedziała kobieta z małym dzieckiem, z którą 30-latek zaczął się sprzeczać. O co? Prawdopodobnie kobieta zwróciła mężczyznom uwagę, że piją w miejscu publicznym. Od słowa do słowa skończyło się na kłótni i jak zeznała kobieta - na obelgach. Zdenerwowana wezwała policję.

- Gdy przyjechała policja, to skuli mnie w kajdanki, ubliżali i bili, rzucili na beton - relacjonuje Ziemowit Cymerman. - Potem wezwano drugi patrol. Biło mnie chyba czworo policjantów. Najgorsza była policjantka, która skakała po mojej głowie. Bito mnie również na komendzie policji. W niedzielę mężczyznę przekazano Żandarmerii Wojskowej w Malborku, jednak ta bardzo szybko wezwała rodziców, by zabrali go do domu. Cymermanowie zawieźli syna prosto do szpitala. - Pacjent przebywa w szpitalu na obserwacji, sprawdzamy wszystkie nasze podejrzenia, ale tylko biegły sądowy może jednoznacznie powiedzieć, czy to było pobicie - tłumaczy Kazimierz Laskowski, ordynator oddziału chirurgii tczewskiego szpitala.

Żołnierz twierdzi, że jest cały obolały i nie wytrzymałby bez środków przeciwbólowych. - Mam liczne siniaki, na prawe ucho nic nie słyszę, lekarze nie pozwolili mi nawet wstawać z łóżka - żali się 30-latek. - Będę badany przez neurologa i laryngologa. Sprawę bada także policja. Z relacji interweniujących policjantów wynika, że mężczyzna był agresywny i próbował rzucić popielniczką w policjanta. 

- Po otrzymaniu pierwszego sygnału w sprawie poleciłem niezwłocznie podjąć wewnętrzne czynności wyjaśniające, by ustalić przebieg wydarzeń oraz czy interweniujący policjanci działali zgodnie z obowiązującymi przepisami i zasadami - tłumaczy nadkom. Robert Sudenis, komendant tczewskiej policji. - Na tym etapie trudno odnieść się do zarzutów stawianych funkcjonariuszom. Wyjaśni to wspomniane postępowanie oraz czynności prowadzone przez prokuraturę. Materiały w sprawie czynnej napaści na funkcjonariusza policji zostały przesłane do Prokuratury Rejonowej w Tczewie z wnioskiem o przekazanie do właściwej prokuratury wojskowej. Mężczyzna przed osadzeniem w policyjnej izbie zatrzymań był badany przez lekarza. W świadectwie lekarskim nie ma zapisów świadczących o obrażeniach. Jeżeli policjanci naruszyli prawo, wyciągnę wobec nich wnioski dyscyplinarne. 

W żandarmerii w Malborku nikt na ten temat nie chce rozmawiać. - Nie znam szczegółów - mówi płk Wiesław Makowski, komendant z oddz. Żandarmerii wojskowej w Gdyni, bezpośredni przełożony malborskiej jednostki. - Czekamy na materiały z policji w Tczewie i Prokuratury Rejonowej. Nic więcej nie powiem, bo nie wiem.

Rodzice pobitego mężczyzny są zbulwersowani i zapowiadają, że tej sprawy tak nie pozostawią. - Umówiliśmy się już z komendantem wojewódzkim policji, nasze sprawy będzie reprezentował Krajowy Sztab Ratownictwa SSR z Łodzi - mówi roztrzęsiona matka Ziemowita Cymermana. - Chciałabym poruszyć niebo i ziemię w tej sprawie, by policjanci już nigdy więcej nikogo w taki sposób nie skrzywdzili. Dodajmy, że syn kobiety, z którą kłócił się 30-latek, jest policjantem, a sam Cymerman był pod wpływem alkoholu. W chwili zajścia stwierdzono u niego 3 promile w wydychanym powietrzu.

W prokuraturze sprawa Ziemowita Cymermana to nie jedyna, jaką musi wyjaśniać komendant tczewskiej policji. Do podobnego zdarzenia doszło cztery miesiące temu. Wtedy do redakcji Dziennnika Bałtyckiego zgłosił się tczewianin, który twierdził, że został dotkliwie pobity przez tamtejszą policję, gdy ta interweniowała podczas domowej awantury. Mężczyzna złożył oficjalne zażalenie do Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku oraz do prokuratury. Miał pęknięty bębenek w lewym uchu, ślady od pałki na plecach, podudziach i pośladkach oraz ślady na piersi. Jak zeznał mężczyzna - funkcjonariusze pałkami i rękoma uderzali go po głowie i całym ciele. Potem wywieźli go w samej bieliźnie do elbląskiej izby wytrzeźwień. Sprawa w lipcu trafiła do Prokuratury Rejonowej w Kwidzynie, która będzie prowadziła dalsze postępowanie wyjaśniające. Na razie nie zapadł żaden wyrok w tej sprawie. 

 

Źródło: POLSKA Dziennik Bałtycki

_________________

 

Pijany Komendant w Śląskiej Policji

Policjanci na Śląsku stres zwalczają alkoholem. Policjanci często każą dmuchać w alkomat kierowcom, czasem muszą to robić sami. Podkomisarz Mariusz O. od 2 lipca 2008 nie jest już komendantem III Komisariatu w Rudzie Śląskiej. Został usunięty ze stanowiska po tym, jak w piątek przyłapano go, gdy na służbie był pod znaczącym wpływem alkoholu. To nie jedyny taki przypadek w śląskim garnizonie, bo co roku przyłapywanych jest w pracy nietrzeźwych kilkudziesięciu policjantów. - W 2005 roku zanotowaliśmy 70 zdarzeń z udziałem policjantów będących pod wpływem alkoholu (na i po służbie). Rok później było już 48 takich przypadków, a w 2007 roku tylko 39 - wyjaśnia Marek Wręczycki z zespołu prasowego śląskiej KWP. 

Podkom. Mariusz O., jak opowiadają nasi informatorzy, w piątek już wcześnie rano przyszedł do pracy pijany. - To nie był pierwszy taki przypadek. Tak się dłużej nie dało pracować. Ktoś nie wytrzymał i zadzwonił z tą informacją. Kontrola z komendy miejskiej przyjechała szybko, ale komendanta nie było. Zaczekano na niego. Do badania doszło ostatecznie po czterech godzinach od telefonu. Wynik to 0,6 promila. Wychodząc, komendant rzucił do sekretarki, że na cztery miesiące pójdzie na odwyk, ale potem wróci. Minę jednak miał niepewną. Był blady jak papier - relacjonuje świadek tego zdarzenia. Marek Wręczycki wyjaśnia, że podkom. Mariusz O. stracił stanowisko komendanta. - Musiał natychmiast po kontroli opuścić budynek. Trwa wobec niego postępowanie dyscyplinarne. Może się zakończyć nawet wydaleniem ze służby - podkreśla. 

_________________

 

Pijany Policjant Zbiegł z Wypadku

W niedzielę dnia 30 czerwca 2008 miał miejsce kolejny incydent z policjantem na Śląsku. W Sosnowcu około godz. 18-tej lancia przejechała przez skrzyżowanie ulic Łukasiewicza i Wileńskiej. Doszło do zderzenia z oplem astrą. Lekko poszkodowane zostały cztery osoby. Sprawca wypadku zbiegł. Jak się okazało, był to 46-letni sierżant sztabowy z drogówki w Dąbrowie Górniczej. Do swojej komendy zgłosił się sam o godz. 1.30 w nocy. Ucieczkę tłumaczył szokiem. Pobrano mu krew. Zarzuty prokuratorskie będą uzależnione od wyniku tego badania.

Według specjalistów od leczenia uzależnień, około 10 procent dorosłej populacji w Polsce to osoby dotknięte chorobą alkoholową. W środowisku policjantów, gdzie stres jest wyjątkowo silny, ten odsetek może być dwukrotnie wyższy. W 2007 roku w całym kraju policjanci pod wpływem alkoholu popełnili 208 poważnych przewinień dyscyplinarnych. Wśród sprawców było 17 oficerów i 39 aspirantów. Osoby z problemem alkoholowym w policji mogą skorzystać z pomocy psychologa. Alkoholik zwykle jednak nie dostrzega choroby. W śląskiej komendzie prowadzony jest program "Trzeźwość w policji". Jeśli psycholog zauważy, że któryś z funkcjonariuszy ma problem alkoholowy, to jest wysyłany na 6-tygodniowe leczenie. Po powrocie trafia do grupy wsparcia. Pracują z nim, i z jego rodziną, psychologowie. Uruchomiono także jednodniowe szkolenia, które mają policjantom uświadomić, jakie skutki (i to nawet te odległe) może nieść picie alkoholu. 

W Otwocku działa oddział leczenia uzależnień Szpitala Specjalistycznego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Na co dzień w komendach krążą też patrole oficerskie. Kontrolują prawidłowość służby, w tym stan trzeźwości funkcjonariuszy. Lotne brygady z alkomatami mogą w każdej chwili wpaść do komendy, do komisariatu, a nawet do radiowozu patrolującego teren i dać funkcjonariuszom ustnik do dmuchania. Zdaniem psychologów przyczyna picia policjantów leży w ich bardzo stresującej pracy. Funkcjonariusze mają do czynienia z drastycznymi przestępstwami oraz z ogromnym ryzykiem. Każdy z nich, mając pozytywne odczucia związane z alkoholem, po prostu po kieliszek w takich sytuacjach sięgnie. Alkoholizm jest także problemem innych służb mundurowych: w więziennictwie i wojsku. Jednak te resorty szczególnie niechętnie się do tego przyznają. 

_________________

 

Policja Biła Bezdomnego bo Spał

Jak pisało “Życie Warszawy”, we wtorek rano dnia 10 czerwca 2008 roku na warszawskim Starym Mieście, rzekomo pijany mężczyzna spał na ul. Piwnej. Przed godziną 8 rano na miejsce podjechał radiowóz o numerach rejestracyjnych HPZ A703. Wysiadło dwóch umundurowanych funkcjonariuszy policji państwowej. Prawdopodobnie kazali wstać bezdomnemu. Ten jednak nie reagował. Wtedy jeden z policjantów poszedł do stojącego obok radiowozu i z bagażnika wyjął białą pałkę. Ruszył z nią w kierunku leżącego, zamachnął się i uderzył go z całej siły po nogach. Asp. sztab. Tomasz Oleszczuk z komendy przy ul. Wilczej zupełnie olał sprawę. Dziennikarze “ZW” próbowali rozmawiać z policją o tym zdarzeniu. Oleszczuk stwierdził: “Sprawdzaliśmy notatniki oraz rozmawialiśmy z interweniującymi policjantami. Nic nie wskazuje, aby funkcjonariusze użyli pałki wobec pijanego mężczyzny”. Tak wygląda sytuacja, kiedy ktoś oskarża policjanta o użycie przemocy. Szef sprawdzi, czy funkcjonariusze o tym napisali w notatnikach. Faszyzm to czy Demokracja?

_________________

Czy to rzucanie ludźmi o beton jest proceduralnie potrzebne jeśli zatrzymywany z reguły nie stawia oporu? W Polsce ciągle podejrzanych traktuje się brutalnie, a skazanych już dobrze. Nawet gestapo, też w czarnych mundurach, zatrzymywało podejrzanych w normalny sposób...

_________________

 

Pobicie Mężczyzny w Siemanowicach Śląskich

Wyciągnęli go z łóżka w środku nocy, z wtorku na środę około północy, 20/21 maj 2008, nagiego zawieźli na komisariat i tam przesłuchiwali. Kilkanaście godzin później przerażony mężczyzna wyszedł z komendy bez zarzutów. Ma za to sińce na głowie, plecach i udach oraz złamany ząb. - Wyjaśniamy, jak do tego doszło - przyznaje policja. Wtorek, kilka minut przed północą. Przed dom przy ul. Bocianów w Siemianowicach Śląskich podjeżdża radiowóz. Umundurowani policjanci wbiegają do mieszkania na parterze i próbują skuć 31-letniego Przemysława Jaskółowskiego. Twierdzą, że nagi mężczyzna groził śmiercią matce swojej przyjaciółki. Zszokowana przyjaciółka próbuje im wytłumaczyć, że to jakieś nieporozumienie. Stróże prawa nie chcą jej jednak słuchać. W ruch idą pałki i gaz łzawiący. Po chwili obezwładniony Jaskółowski w asyście policji wychodzi na ulicę. Ma na sobie tylko kajdanki. Mieszkańcy sąsiednich domów z niedowierzaniem patrzą na gołego faceta prowadzonego do radiowozu.

Kilka minut później nagi 31-latek trafia na komendę w Siemianowicach i ląduje w izbie zatrzymań. Zamknięty w celi słabnie, a pogotowie zawozi go do szpitala. Po badaniu i zastrzyku wraca na komendę, po kilku godzinach znowu melduje się w szpitalu. W środę wieczorem policja wypuszcza go na wolność. Nie stawia mu żadnych zarzutów i głupkowato się tłumaczy: - Nie mieliśmy wystarczających dowodów, potwierdzających, że doszło do gróźb karalnych - przyznaje nadkomisarz Izabela Rom, rzeczniczka prasowa Komendy Miejskiej Policji w Siemianowicach Śląskich. Dodaje jednak, że śledztwo w tej sprawie ciągle trwa.

Jaskółowski wyszedł z komendy z rozciętą brodą, z sińcami na głowie, plecach i udach oraz z ułamanym zębem. Policyjny protokół jego zatrzymania potwierdza te obrażenia. - Wyjaśniamy, jak do nich doszło - mówi nadkomisarz Rom. Biegły sądowy, który zbadał 31-latka, nie ma jednak wątpliwości, że to efekt brutalnego pobicia. Wczoraj Jaskółowski złożył w sądzie zażalenie na zatrzymanie, w komendzie wojewódzkiej skargę na działanie policjantów, a w prokuraturze zawiadomienie o popełnieniu przez nich przestępstwa. - Nie odpuszczę tego, co mi zrobili - zapowiada mężczyzna.

Katarzyna, przyjaciółka Jaskółowskiego, zapewnia, że nigdy nie groził jej mieszkającej piętro wyżej matce śmiercią. - Mamie nie podobało się, że Przemek przyjechał do mnie na noc i kazała się mu wynosić. Kiedy odmówił, zawiadomiła policję - mówi kobieta. Przyznaje, że jest zszokowana zwyrodniałą brutalnością stróżów prawa. - Myślałam, że takie rzeczy skończyły się wraz z upadkiem komuny - dodaje. Prawda jest jednak taka, że za komuny nie istniało zjawisko masowej brutalności ówczesnej zwykłej Milicji Obywatelskiej, acz istniała brutalność Służby Bezpieczeństwa wobec tak zwanych politycznych wrogów ustroju. 

Profesor Zbigniew Hołda, prawnik Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, nie ma wątpliwości, że funkcjonariusze przekroczyli swoje uprawnienia. - Upokorzenie, naruszenie ciała i bezprawne pozbawienie wolności. Trudno się będzie policji z tego wytłumaczyć - mówi i przypomina, że działania policja mają być stanowcze i skuteczne. - Nie mogą być jednak brutalne - podkreśla prof. Hołda. Tymczasem polska policja to coraz bardziej karykatura skuteczności oparta na brutalności. Wojak Szwejk wypada przy tym znacznie lepiej. Nadkomisarz Rom zapowiada, że policja wyjaśni wszystkie okoliczności zatrzymania 31-latka, a w przypadku stwierdzenia uchybień ukarze winnych. - Jednak z tego co wiem, mężczyzna podczas akcji był bardzo agresywny - kłamliwie tłumaczy działania kolegów. Jaskółowski dostał zwolnienie lekarskie na siedem dni. Uprawnia to do posadzenia policyjnych zbójów za kratki. 

 

Źródło: gazeta.pl

_________________

 

Bandycki Atak Policji na Obóz Uchodźców

Kominiarki, długa broń wycelowana w bezbronnych ludzi, brutalne zakuwanie w kajdanki, rzucanie na ziemię, bicie, wyważanie drzwi, krzyki, płacz terroryzowanych dzieci - tak wyglądał bezzasadny najazd policji i straży granicznej na ośrodek dla uchodźców w Mosznie pod Pruszkowem. - Potraktowano nas wszystkich równo jak bandytów i terrorystów - opowiadali uchodźcy. Dnia 9 czerwca 2008 przed godziną 6 rano w ośrodku dla uchodźców w Mosznie pod Pruszkowem zaroiło się od mundurowych policjantów. Obstawili wszystkie pokoje. Wchodzili do każdego. Także siłą, w brutalny sposób. Rustam Tukaszew trzy dni wcześniej dostał status uchodźcy. Cieszył się, bo prawie wszystkie wnioski Czeczenów są odrzucane. 

Rustan opowiadał dziennikarzom Gazety Wyborczej, co stało się rano w ośrodku. Gdy policjanci z odbezpieczonymi karabinami i w kominiarkach weszli do jego mieszkania, zatarasował im ciałem drzwi do pokoju dziecka. - Tam śpi mały chłopiec - krzyczał. Mundurowi uderzyli go kilka razy, powalili na ziemię, a później, ciągnąc za włosy, wywlekli na korytarz obok innych leżących już na zimnym betonie mężczyzn i kobiet. Według Tukaszewa skuci kajdankami leżeli kilkadziesiąt minut, niektórzy prawie dwie godziny. Dzieci były przerażone. Czteroletni chłopiec opowiadał, jak policjant wpadł do pokoju, celując do niego z broni, a on krzyczał, by nie strzelał. Jego matce nie pozwolono się całkowicie ubrać. Według jej religii, islamu, oglądanie jej prawie nagiego ciała przez obcych mężczyzn jest nie do pomyślenia. - Poczułem się znowu jak w okupowanej Czeczeni podczas pacyfikacji wioski przez Rosjan - mówi Tukaszew. I pokazuje ogromne siniaki na plecach.

Wielu innych mieszkańców ośrodka mówiło podobnie. Zapraszali do oglądania zdemolowanych mieszkań. Policyjni brutale bagatelizują swoje terrorystyczne wyczyny. - Te wypowiedzi są bardzo przesadzone. Chcieliśmy przeprowadzić akcję jak najdelikatniej ze względu na dzieci. Rosjanie w Czeczenii raczej nie przywożą psychologów, którzy opiekują się maluchami, a my ich mieliśmy - przekonuje Piotr Romaniuk, prokurator z Pruszkowa. To na jego zlecenie przeprowadzono akcję. Wzięli w niej udział pruszkowscy policjanci, straż graniczna i izba celna. Prokuratorzy mieli rzekomo operacyjne informacje, że w ośrodku jest broń, narkotyki i nielegalni emigranci. Narkotyków nie znaleziono, funkcjonariuszom wpadł w ręce - jak to określa prokuratura - przedmiot przypominający pistolet. Eksperci badają, czy to prawdziwa broń, jednak wygląda na dziecięcą zabawkę.

Według prokuratora Romaniuka część osób uciekła przed akcją policyjnych terrorystów. Spośród 250 cudzoziemskich mieszkańców ośrodka zatrzymano jednego nastolatka (za paserstwo) i dwie osoby za nielegalny pobyt. Sześć przesłuchano, bo miały w swoich pokojach dokumenty obcych osób. Czy taki rozmach i brutalność była konieczna? - pytają obrońcy czeczeńskich uchodźców. - Poprosimy Ministerstwo Sprawiedliwości o wyjaśnienie takiego bestialskiego postępowania wobec uchodźców, ofiar wojny i okupacji. Zastanowimy się też, czy nie zaskarżyć akcji - mówi Adam Borowski, honorowy konsul Czeczenii w Polsce. - Forma zatrzymania była bardzo zła i nieodpowiedzialna - kontynuuje Borowski. - Policja oczywiście powinna zatrzymywać handlarzy bronią czy narkotykami i przyznaję, że wielu z Czeczenów to nie anioły, ale żeby kobietę, która mieszka sama z dzieckiem, rzucać na ziemię, skuwać kajdankami i nie pozwalać jej przytulić dziecka czy bezcześcić czyjeś religijne zasady - to poważne nadużycie.

- Gdyby funkcjonariuszy było mniej, to uciekłaby większość przebywających tam osób. Drzwi wyważaliśmy, gdy nie chciano ich otworzyć. Wiem, że przykre wspomnienia wielu Czeczenów mogły wrócić, ale naprawdę nie mogliśmy tego zrobić inaczej - tłumaczy Romaniuk. Warto policyjnym napastnikom przypomnieć, że ich najazd przed 6 rano powinien być potraktowany zarówno jak zakłocanie ciszy nocnej oraz porządku prawnego RP. Ostatnio uchodźcy z Czeczenii są na celowniku policji. - Wielu z nich należy do pseudomafijnych struktur. Sprzedają narkotyki, głównie pobratymcom, dokonują napadów, a w ubiegłym roku mieli na sumieniu również porwania innych obcokrajowców - opowiada w swej ripoście policjant z Komendy Stołecznej. - Nie wszyscy jesteśmy przecież bandytami. Większość z nas przeszło piekło i tu chcą wreszcie spokojnie żyć - mówi drobna Fatima, tuląc swojego 3,5-letniego synka. W Czeczenii, gdy rosyjski żołnierz poderżnął jej gardło, ledwo przeżyła. Zapewne dla niej już na zawsze polski policjant będzie równy rosyjskiemu żołdakowi oprawcy. 

 

Zródło: Gazeta Wyborcza Stołeczna

_________________

 

Tajemnicza Śmierć Świadka na Komisariacie

Poszedł na przesłuchanie jako świadek i zginął - o takim zdarzeniu w “Poranku Radia TOK FM” opowiedział prof. Andrzej Rzepliński z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka. Potem w TVN 24 Rzepliński mówił o podejrzeniu popełnienia morderstwa przez policjantów. Zdaniem profesora 24 maja 2008 roku - 31-letni mężczyzna - poszedł na komisariat przy ul. Grenadierów w Warszawie. Mężczyzna nie wrócił na noc do domu. Nie pojawił się też w domu następnego dnia. - Policja mówiła rodzicom, że nie wie co się dzieje - opowiadał Rzepliński. - Dopiero 27 maja dostali telefon z komendy dzielnicowej Praga Południe, że ich syn się powiesił. Po kolejnych dwóch dniach mogli obejrzeć ciało. Nie miało jednak śladów powieszenia się, lecz obite nerki i czarne jądra. To słabo wskazuje na samobójstwo - mówił Rzepliński. W rozmowie z TVN 24 prof. Rzepliński użył mocniejszych słów: - Jeśli został ciężko pobity przez policjantów i skutkiem tego zmarł, to mamy do czynienia z zabójstwem popełnionym przez funkcjonariuszy publicznych. Trzeba postawić hipotezę, że sprawcami mordu byli policjanci - mówił Rzepliński. (..) 

Komendzie Stołecznej Policji nie spodobało się samo ujawnienie sprawy śmierci 31-letniego mężczyzny na komisariacie przy ul. Grenadierów w Warszawie. Zapowiedziała, że pozwie prof. Andrzeja Rzeplińskiego za jego wypowiedzi dotyczące tej sprawy. Marek Antoni Nowicki z Fundacji Helsińskiej zwrócił się do zastępcy prokuratura generalnego Jerzego Engelkinga o rzetelne zbadanie niewyjaśnionych okoliczności śmierci Krzysztofa Króla. „Posiadane przez nas informacje rodzą wiele istotnych kwestii” – stwierdził. Zbadanie sprawy śmierci mężczyzny zlecił także rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski. Czyżby policja miała już tajny patent na mordowanie w czasie przesłuchań jak hitlerowskie gestapo i dawna Służba Bezpieczeństwa PRL? 

 

Źródło: Gazeta Wyborcza

_________________

 

O Pobiciu Nastolatka z Gostynii

Do ośmiu lat więzienia grozi dwóm policjantom z Łazisk Górnych. W dniu 20 maja 2008 zostali aresztowani na trzy miesiące. Są podejrzani o pobicie upośledzonego 17-latka - Michała Goleni. Chłopcu usunięto śledzionę. Przebywa w szpitalu. Michał mieszka w Gostynii. Uczy się w specjalnym gimnazjum w Mikołowie na Ślasku. Na początku grudnia 2007 roku, w poniedziałek pojechał do kolegi do Łazisk Górnych. Chciał odpisać lekcje. Tego samego dnia do mieszkania zapukali policjanci. - Do brata przyszło dwóch policjantów w cywilu. Chcieli porozmawiać, coś ustalić- opowiada Edyta Bryk z Łazisk Górnych, siostra kolegi Michała. - Zobaczyli Michała i kazali mu się wylegitymować. Michał jest nieśmiały. Nie chciał się przedstawić. Był spokojny. Podałam jego nazwisko. Powiedziałam, gdzie mieszka. Mimo to policjanci kazali mu pójść ze sobą. 

Kiedy po godzinie Michała wypuszczono z komisariatu, wrócił do kolegi. - Nie było mnie wtedy w domu. Ale siostra opowiadała, że wyglądał okropnie. Był zakrwawiony. Kulał na jedną nogę. Mówił, że go boli brzuch. Twierdził, że zrobili mu to policjanci. Brat odprowadził go na przystanek - kontynuuje Edyta. Pani Bernadetta, mama 17-latka, gdy zobaczyła syna natychmiast zadzwoniła na policję. - Usłyszałam, że upośledzony chłopak to żaden świadek. Zabrałam syna do naszego lekarza. Potem do laryngologa. Okazało się, że ma złamany nos. Pojechał też do szkolnego psychologa. W środę rano zaczął wymiotować. Wezwałam pogotowie - relacjonuje pani Golenia. Chłopak trafił do Centralnego Szpitala Klinicznego w Katowicach. Był w złym stanie. Prześwietlenie wykazało, że ma wewnętrzny krwotok i pękniętą śledzionę. Trzeba było ją usunąć. Michał miał kilka transfuzji krwi. Ma osłabioną odporność.

- Nie daruję policjantom. Mój syn jest grzeczny, dobrze ułożony i spokojny. Nigdy nie miał konfliktów z prawem. Dlaczego go zbili? Co on im przeszkadzał? - denerwuje się Bernadetta Golenia. O tym, co się stało zeznała na policji w Mikołowie. Przesłuchano też jej męża. Sprawę prowadziła do 17.12.2007 roku tamtejsza prokuratura. Tego dnia zdecydowano, że dwaj policjanci: 26-letni sierżanci z 6- i 7-letnim stażem pracy zostaną aresztowani na trzy miesiące. Ostatnio pracowali w referacie przestępstw kryminalnych. Wobec obu insp. Zbigniew Stawarz, szef śląskiego garnizonu, wszczął postępowanie dyscyplinarne. Sprawę początkowo wyjaśniało biuro spraw wewnętrznych z Katowic. Zebrane informacje przekazano jednak do Komendy Głównej Policji. 

Policjantom grozi do 8 lat więzienia, ale jak to zwykle policjanci, pewnie się wywiną za swe rozboje. Prokuratorzy zarzucają im przekroczenie uprawnień przez pobicie, którego skutkiem były ciężkie obrażenia ciała. Funkcjonariusze zaprzeczali zarzutom. Potwierdzili jedynie, że gdy Michał nie chciał podczas legitymowania podać swoich danych, został zabrany do komisariatu. Miało rzekomo chodzić o zweryfikowanie tożsamości. Tam, jak twierdzi Michał, policjanci brutalnie go pobili. Gdy po godzinie wyszedł z komisariatu, wrócił do domu kolegi w Łaziskach. O wszystkim mu opowiedział. Nie wiadomo jeszcze jaka prokuratura przejmie sprawę bestialstwa policji rozpoczętą w Mikołowie. Tamtejsi śledczy poprosili przełożonych o wyłączenie. Chodzi o to, by uniknąć podejrzeń o stronniczość.

- Michał musi do końca życia przestrzegać surowej diety - mówi pani Bernadetta Golenia, mama Michała. Jest oburzona tym, że policjanci, którzy są podejrzani o pobicie nastolatka, tak szybko wyszli z aresztu. Powodem była trudna sytuacja rodzinna mężczyzn. Jeden ma dwójkę małych dzieci, żona drugiego jest w ciąży. - Mogli o tym myśleć, gdy katowali mi dziecko. Michał się boi. Jest kłębkiem nerwów - mówi pani Bernadetta. Nawet nie wie, jak wyglądają podejrzani policjanci. - Poproszę sąsiadów o czujność, ale nawet nie wiem, na co zwracać uwagę - podkreśla. Ma żal do sądu. -To skandal. Gdyby mojego syna pobili jacyś inni chuligani, to do wyroku nie wyszliby na wolność - irytuje się. W Polsce jak widać, policyjni bandyci zbyt łatwo unikają wyroków i sprawiedliwej kary. A przecież samo zabieranie na Komendę osoby upośledzonej umysłowo bez opiekuna już jest wedle prawa przestępstwem policjantów. Takie metody oprawczo-eliminacyjne wobec upośledzonych osób stosowali naziści. Czy aby policjanci nie są naziolami? 

 

Źródło: www.naszemiasto.pl

_________________

 

Ex-Policjant Poćwiartował Kobietę

Nikt nie spodziewa, że stróż prawa może być zdolny do czegoś takiego jak okrutna zbrodnia. Krzysztof Ż. (42 l.) miał chronić ludzi, ale on wybrał ścieżkę zła. Gdy odszedł z policji, stoczył się na samo dno. Jego alkoholowe libacje nie miały końca, aż w końcu obudziła się w nim bestia. Potwór z zimną krwią zamordował swoją sąsiadkę. Ciało kobiety bez mrugnięcia okiem metodycznie ciął piłą na kawałki. Szczątkami ofiary palił w piecu. Były policjant zamordował sąsiadkę, z którą pił wódkę. Jego umysł był tak zamroczony alkoholem, że mężczyzna nie pamięta nawet, jak do tego doszło. Policjantom kolegom zeznał, że obudził się we własnym łóżku i zauważył w pokoju trupa swojej przyjaciółki. To była Maria K. ( 58 l.), jego towarzyszka od kieliszka. 

Aby pozbyć się problemu zwłok, Krzysztof Ż. wziął piłę i zaczął ciąć jej zimne ciało na kawałki. Poćwiartowane zwłoki wrzucał do pieca, a to czego nie strawił ogień, wyniósł na śmietnik. Tymczasem zaginięcie Marii K. zgłosiła mieszkająca z nią córka Danuta. Wtedy policjanci trafili do domu zabójcy. W jego mieszkaniu znaleźli ślady krwi ofiary. Potwór od razu przyznał się, że poćwiartował jej zwłoki. Nie pamięta jednak czy to on ją zamordował, co jest niewątpliwie linią obrony, ale nie wiadomo czy skuteczną. - Próbujemy w tej chwili odnaleźć zwłoki ofiary - mówi komisarz Mariusz Wacław, komendant policji z Krościenka nad Dunajcem. Policjanci przeczesują więc okoliczne wysypiska śmieci, by znaleźć szczątki ciała Marii K. Już tylko to może wskazać, że została zamordowana przez upadłego policjanta. Jeśli okaże się że Krzysztof Ż. zabił kobietę, pójdzie siedzieć na dożywocie lub 25 lat.

Nie wiadomo co wstąpiło w Krzysztofa Ż., gdy zdecydował się przejść na stronę mrocznych typów, jakich wcześniej ścigał. Wcześniej był dobrze zapowiadającym się policjantem. Drzwi do kariery w służbach stały dla niego otworem. Zaczynał jako posterunkowy, jednak szybko awansował na dzielnicowego. Następnie kolejny awans - do wydziału w sekcji kryminalnej w Nowym Targu. Właśnie tam zaczęła się przemiana policjanta w potwora. Zaczął pić, a gdy stoczył się już tak bardzo, że nie potrafił żyć bez alkoholu, poszedł na emeryturę. Ze służby odszedł na własną prośbę w 2005 roku po 15 latach pracy.- Wpadł w złe towarzystwo - mówią jego byli koledzy. - Zaczął pić więcej i to go zgubiło - dodają. To właśnie podczas jednej z libacji doszło do makabrycznej zbrodni. Należy pamiętać zatem, że wśród policjantów także bywają bestie i czarne owce. Wskazuje to na zapewne wadliwą selekcję do pracy w policji i okresowy brak weryfikacji tych, którzy już są policjantami przez niezależne organizacje społeczne. 

 

Źródło: Super Express 

_________________

 

Policjant z Poznania Molestował Chłopców

Funkcjonariusz Krzysztof J., policjant z Komendy Miejskiej Policji w Poznaniu, nie tylko miał w komputerze pornografię z udziałem dzieci, ale też molestował seksualnie co najmniej dwóch chłopców. Mężczyzna od sierpnia 2007 jest zawieszony w obowiązkach policjanta, wkrótce stracił też pracę w policji. Od jesieni 2007 przebywał w areszcie, gdzie czekał na koniec śledztwa i proces. - Zarzuciliśmy mu, że w latach 2005-2006 dopuszczał się molestowania seksualnego 14-letniego chłopca, przy czym czynił to również przy udziale drugiego mężczyzny. Zarzuciliśmy mu również molestowanie seksualne 16-latka, w tym przypadku z zaznaczeniem, że podejrzany wykorzystywał trudną sytuację chłopca - powiedział "Gazecie" Mirosław Adamski, rzecznik poznańskiej prokuratury. Razem z J. do aresztu trafił mężczyzna, który brał udział w molestowaniu 14-latka, a także sutener, który ułatwiał mu molestowanie 16-latka. 

Policjant homoseksualista a do tego pedofil, pomimo politycznej poprawności wobec gejów, to chyba niezbyt dobry pomysł na funkcjonariusza. (PAP)

_________________

 

Pobicie Magistra pod Komendą w Gdańsku

Zostałem pobity przez policję - twierdzi 24-letni Jakub. Na dowód pokazuje obdukcję lekarską, w której jest mowa o obrażeniach zadanych pałką policyjną. Policja jest pewna swej niewinności. Sprawą zajmuje się prokuratura. Noc z soboty na niedzielę 24-letni Jakub spędził z kolegami w pubie w centrum Gdańska. Kilka dni wcześniej obronił dyplom z ekonomii na Uniwersytecie Gdańskim i chciał to uczcić. Około godz. 4 nad ranem rozstał się ze znajomymi pod budynkiem Dworca Głównego w Gdańsku. Godzinę później policjanci przywieźli pobitego Jakuba do pogotowia socjalnego przy komendzie miejskiej policji (odpowiednik dawnej izby wytrzeźwień). Nie wiadomo dokładnie, co się w ciągu tej godziny wydarzyło. - Kuba był trochę pijany i zmęczony, ale na pewno nie agresywny - wspomina znajomy mężczyzny, Amerykanin George Diaz. To on widział go ostatni. - Namawiałem go, żeby zamówił taksówkę, ale on wolał się przejść. Ja pojechałem do Wrzeszcza.

Jakub szedł piechotą do domu, w kierunku ul. Kartuskiej. - Gdy przechodziłem przez przejście dla pieszych na skrzyżowaniu ul. 3 Maja z ul. Nowe Ogrody w Gdańsku (kilkanaście metrów od wejścia do komendy policji), zatrzymał się przy mnie policyjny radiowóz, z którego wyskoczyło dwóch funkcjonariuszy - opowiada Gazecie mężczyzna. W dokumentach pogotowia policjanci napisali, że na trawniku znaleźli pijanego mężczyznę “w stanie zagrażającym zdrowiu i życiu”. Jakub zaprzecza: - Zostałem napadnięty przez policjantów. Nie mogli mnie znaleźć na trawie, bo byłem ubrany w jasnobeżową koszulę i białe spodnie, a rano ubranie było czyste.

Po trzech dniach od wydarzenia 24-latek nadal wyglądał strasznie. Opuchnięta, posiniaczona twarz, na karku szrama, krwiak przy uchu i nabiegłe krwią oczy. Nie odzyskał w pełni słuchu w lewym uchu. - Straciłem przytomność już po pierwszym uderzeniu pałą, więc nie pamiętam dokładnie wszystkiego - przyznaje. - Ocknąłem się dopiero w izbie wytrzeźwień, skąd po czterech godzinach zabrała mnie do szpitala karetka. Z obdukcji lekarskiej: “Obrażenia skórne lewej okolicy skroniowej i twarzoczaszki, wyraźnie odpowiadające kształtem pałce policyjnej”. Widać policjanci leją pałami na oślep, gdzie popadnie, w tym po głowie...

Nad wejściem do komendy miejskiej policji przy ul. Nowe Ogrody znajduje się kamera. Widać z niej chodnik przed budynkiem i policyjny parking za rogiem. Dzennikarze poprosili o udostępnienie nagrania z kamery z nocy 27 lipca. Chcieliśmy zobaczyć, co wydarzyło się na skrzyżowaniu w niedzielę nad ranem, ale policja odmówiła. - Jest awaria systemu i nic nie zostało nagrane - tłumaczy Błażej Bąkiewicz z biura prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku. - Do awarii doszło rzekomo 10 lipca - uzupełnia rzeczniczka gdańskiej KMP aspirant Magdalena Michalewska. Zatem kosztowny monitoring nie działa, czy komenda go szybko zlikwidowała dla ukrycia swoich przestępstw? Z kolei strażnik z aresztu śledczego, który w niedzielę między godz. 4 i 5 dyżurował na wieżyczce, z której widać skrzyżowanie ul. 3 Maja z ul. Nowe Ogrody, zapamiętał jedynie, że “gdy już świtało, przejechał tamtędy policyjny radiowóz na sygnale”. 

Wczoraj po południu z Komendy Miejskiej Policji przyszło do redakcji oświadczenie: “W niedzielę do komisariatu w Śródmieściu zgłosił się obywatel Francji [ojciec poszkodowanego mieszka we Francji - red.] i powiedział, że jego 24-letni syn został pobity. Policjanci przyjęli zawiadomienie o uszkodzeniu ciała. Ponadto ustalono, że w nocy z soboty na niedzielę przy ul. 3 Maja patrol zauważył młodego mężczyznę leżącego na przystanku autobusowym. 24-latek był pod wpływem alkoholu i kontakt słowny z nim był utrudniony. Funkcjonariusze w trosce o jego bezpieczeństwo przewieźli go do pogotowia socjalnego w celu wytrzeźwienia. Z relacji pracowników pogotowia wynikało, że mężczyzna zachowywał się agresywnie. Policjanci nie naruszyli żadnych obowiązujących procedur interwencji”.

- Czy mimo to policja prowadzi jednak jakieś postępowanie wyjaśniające? - zapytała Gazeta. - Nie ma podstaw, by cokolwiek zarzucić policjantom. Trwa jednak śledztwo, które ma wyjaśnić, kto jest sprawcą pobicia - odpowiedziała dziennikarzom rzecznik policji. Reprezentujący Jakuba prawnik złożył kilka dni po zajściu w prokuraturze oficjalne zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez policjantów. - Dowodami są silne obrażenia, które mogły powstać od pałki - mówi mecenas Ryszard Bafia. - Nie wolno tego puścić płazem policyjnym agresorom. Czyżby policjanci jak za PRL, cięgle nie lubili studentów, za to, że zdobywają wyższe wykształcenie? 

Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto

_________________

 

Niektórzy Śląscy Policjanci Handlują Bronią

Policjanci z Biura Spraw Wewnętrznych zatrzymali sześciu mężczyzn, w tym policjanta z komendy w Tychach - poinformował zespół prasowy śląskiej policji. Sprawa ma związek ze śledztwem dotyczącym handlu kradzioną bronią, amunicją i elementami wyposażenia policyjnego, a także przyjmowania łapówek oraz wyłudzania odszkodowań z ubezpieczeń komunikacyjnych. W całym postępowaniu jest już podejrzanych sześciu funkcjonariuszy policji.

Zatrzymany ostatnio policjant jest 46-letnim sierżantem sztabowym z 25-letnim stażem. Zarzuca mu się kupowanie elementów wyposażenia policyjnego, skradzionych z magazynu. Pozostałych pięciu zatrzymanych to mężczyźni w wieku od 28 do 41 lat - mieszkańcy Myszkowa, Pszowa, Tychów. Wobec pięciu zatrzymanych - w tym funkcjonariusza - zastosowano dozór policyjny, poręczenia majątkowe w wysokości od dwóch do 20 tysięcy zł oraz zakaz opuszczania kraju. 41-letni mieszkaniec Tychów został natomiast aresztowany na trzy miesiące. 

To nie pierwsze zatrzymania w tym śledztwie, prowadzonym przez Wydział ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Katowicach. W czerwcu 2007 ujęto 11 osób, w tym trzech śląskich policjantów - dwóch z Bierunia i jednego z wydziału zaopatrzenia KWP. Byli oni związani z grupą, specjalizującą się w wyłudzaniu odszkodowań komunikacyjnych. Podejrzanym zarzucono m.in. udział w zorganizowanej grupie przestępczej, oszustwa, poświadczanie nieprawdy w dokumentach i łapownictwo. Grupa miała wyłudzać od ubezpieczycieli pieniądze za umyślne lub fikcyjne kolizje. Za łapówki mieli potwierdzać je zatrzymani policjanci. 

We wrześniu w tym samym śledztwie pod zarzutem korupcji, handlu bronią i posiadania jej bez zezwolenia, na polecenie katowickiej prokuratury zatrzymano dwóch kolejnych policjantów z Wydziału zaopatrzenia KWP w Katowicach. Według ustaleń śledztwa, mieli oni kraść broń i amunicję policyjną z magazynu uzbrojenia, a potem ją sprzedawać. Są też podejrzani o przyjmowanie łapówek i sprzedaż różnych elementów policyjnego wyposażenia. Oprócz policjantów, także we wrześniu zatrzymano trzech cywilów. Jeden z nich to były policjant z Bielska-Białej. (PAP)

_________________

 

Powiesiło się Dziecko - Ofiara Policji

Policjanci pobili 15-latka z Wambierzyc. Chłopiec powiesił się ze strachu przed nimi. Prokuratura w Kłodzku jest pewna winy dwóch policjantów. Wysłała w czerwcu 2007 roku do sądu akt oskarżenia, w którym zarzuca im, że bezprawnie pozbawili wolności 15-latka, pobili go i wymuszali zeznania. Wambierzyce, wieczór 8 stycznia 2007 roku. 15-letni Patryk wychodzi do sklepu po chleb. W centrum wsi strażacy dogaszają pożar. Chłopiec zatrzymuje się obok innych gapiów. Nagle podchodzą do niego policjanci i siłą pakują do radiowozu. Zatrzymują się 7 kilometrów od miasteczka. Jest ciemno, w okolicy żadnych domów, tylko pola. Tam, grożąc i bijąc, próbują go nakłonić, żeby przyznał się do wybicia szyby w innym radiowozie w sylwestrową noc. Chłopiec odmawia. Funkcjonariusze zostawiają go i odjeżdżają. Chłopiec w środku nocy dociera do najbliższego domu i stamtąd dzwoni do babci. Jest brudny i roztrzęsiony. Cały czas płacze. 

- To ja wysłałam go po chleb - mówi łamiącym się głosem Ksawera Pasternak, babcia chłopca, która wychowywała go przez dziesięć lat. - Skąd mogłam wiedzieć, że wpadnie w ręce tych bestialskich policjantów? Kiedy go znalazłam, był tak przerażony, że dopiero w domu opowiedział, co się stało. Bardzo mocno przeżył to zdarzenie. Przestał wychodzić z domu i opuszczał lekcje, bo bał się, że znowu go złapią i skatują. W marcu 2007 chłopiec powiesił się. Jego babcia jest przekonana, że zrobił to przez policjantów. Właśnie ona zaalarmowała prokuraturę. - Nie chcę, żeby kogokolwiek jeszcze spotkała taka tragedia, jak mojego wnuka - wyjaśnia. - To był dobry chłopak. Chciał zostać kucharzem. Interesował się sportem i samochodami. A dzisiaj już go nie ma. 

Dobrze o Patryku mówią też jego sąsiedzi. - Był takim miłym chłopcem. Babcia bardzo o niego dbała, starała się wychować najlepiej, jak potrafiła - opowiada Jolanta Kowal. - Nie słyszałam, by były z nim jakiekolwiek problemy.

Zdaniem śledczych z Kłodzka, nie da się udowodnić związku między śmiercią 15-latka a zatrzymaniem  przez policję. - Mamy jednak dowody potwierdzające zasadność pozostałych zarzutów i zeznania świadków - mówi prokurator Jan Sałacki. Czyli ustalono, że chłopiec został zapakowany do radiowozu i wywieziony. Oskarżonym grozi do dziesięciu lat więzienia. Policjanci nie przyznają się do winy. Pierwszy jest w policji od ośmiu lat, drugi od trzynastu. Na ich pracę nikt się dotąd nie skarżył. Obaj zeznali, że poprosili chłopaka, by wszedł do radiowozu, ale przejechali z nim tylko 400 metrów i wypuścili. Zostali zawieszeni w obowiązkach służbowych. 

To nie pierwszy przypadek łamania prawa przez policjantów w ostatnim czasie. Przed kłodzkim sądem wciąż toczy się też rozprawa przeciw Maciejowi B. Policjant spowodował wypadek, a potem chciał wymusić na kierowcy, żeby ten wziął za to odpowiedzialność. Przed sądem stanie też mundurowy ze Zgorzelca, oskarżony o przyczynienie się do śmierci 51-letniego Zygmunta W. Trafił on na komendę za picie alkoholu w miejscu publicznym. Tam pobił go policjant Andrzej K., który pełnił wtedy służbę. 

 

Źródło: Gazeta Wrocławska

_________________

 

Policjant Pedofil z Lublina na Wolności

Sierżant Michał G., podejrzany o molestowanie nastolatki, po trzech miesiącach aresztu wyszedł na wolność w dniu 25 lipca 2007. Według Sądu Rejonowego w Lublinie, doszło do tego, bo prokuratura już zbyt długo prowadzi jego sprawę. Policjant Michał G. został aresztowany na trzy miesiące. W tym czasie prokuratura powinna zakończyć śledztwo. Nie zdołała tego zrobić. Musiała więc wystąpić do sądu o przedłużenie aresztu. Według przepisów, sąd taką decyzję podejmuje, jeśli prokurator przekonująco uzasadni, że w ciągu trzech miesięcy skończenie sprawy nie było możliwe, bo np. było wielu świadków do przesłuchania. - Żaden z takich powodów nie został podniesiony - mówi sędzia Marcin Protasiewicz, przewodniczący IX Wydziału Karnego Sądu Rejonowego w Lublinie. - Prokurator uzasadniał przedłużenie aresztu tym, że trzeba wykonać tylko standardowe czynności procesowe.

Sąd zastanawiałby się również nad przedłużeniem aresztu policjantowi, gdyby sprawa przyszła już z aktem oskarżenia. Wówczas jednak obowiązywałyby go inne przepisy. Wystarczyłoby np. jedynie stwierdzić, że oskarżonemu grozi surowa kara. 27-letni sierżant Michał G. z sekcji prewencji Komendy Miejskiej Policji w Lublinie trafił za kratki w kwietniu. Razem z nim aresztowany został Bartosz J., 28-letni strażnik miejski. Obaj patrolowali radiowozem okolice miasteczka akademickiego. Poznaną na patrolu 16-letnią dziewczynę i jej koleżankę zabrali na poligon przy Drodze Męczenników Majdanka. Policjant obmacywał nastolatkę, dotykał intymnych części ciała. Strażnik “tylko” ją pocałował. Dlatego po kilku tygodniach został wypuszczony na wolność.

Gdy śledztwo zmierzało już ku końcowi, lubelska prokuratura zdecydowała, że zostanie przeniesione do innej jednostki. To miało zapewnić bezstronność. Akta trafiły do Prokuratury Rejonowej w Biłgoraju, która bezskutecznie zabiegała o przedłużenie aresztu. - Zaskarżyliśmy decyzję sądu - mówi Zbigniew Reszczyński, prokurator rejonowy w Biłgoraju. Czyżby dla zboczeńców seksualnych w policyjnych mundurach było prawo takie samo jak dla księży pedofilów, że zamiast za kratki powracają do służby z dziećmi? (PAP) 

_________________

 

Mafia Blacharska w Krakowie

W Krakowie od początku lutego 2007 trwały zatrzymania osób związanych z tzw. mafią blacharską - policjantów, którzy przekazują informacje o wypadkach do firm holowniczych. Józef Giemza z Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie poinformował, że zatrzymano 14 osób, spośród których 7 to policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Krakowie. Jest wśród nich komisarz policji. Pozostałych pięć osób to właściciele firm holowniczych. Podkupieni policjanci, gdy dostaną zgłoszenie o kolizji, wysyłają smsa do konkretnej firmy holowniczej. Pięciu oficerów trafiło do aresztu i usłyszało zarzuty, jak podało radio TOK FM. 

Prokurator Giemza podał na konferencji prasowej, że zarzuty wobec policjantów dotyczą przekroczenia uprawnień, korupcji, ujawnienia tajemnicy służbowej, nakłaniania do fałszywych zeznań oraz działania w zorganizowanej grupie przestępczej. Józef Giemza wyjaśnił, że policjanci brali łapówki od firm holowniczych za przekazywanie im informacji o kolizjach i zaznaczył, że była to zorganizowana działalność. Dodał, że śledztwo obejmuje okres dwóch lat. Podkreślił, że materiał dowodowy już na tym etapie śledztwa pozwala na postawienie podejrzanym zarzutów.

Prokurator z Tarnowa Marek Jamrozowicz, który przejął śledztwo od Prokuratury Apelacyjnej w Krakowie zaznaczył, że śledztwo ma charakter rozwojowy. Prokurator podkreślił, że wydano ponad 50 postanowień i przeszukaniu i czynności te są teraz realizowane. Dodał, że śledztwem objętych jest około tysiąc zdarzeń. Wyjaśnił też, że materiał dowodowy jest bardzo obszerny, w przypadku jednego z podejrzanych liczy aż 60 stron. Zaznaczył, że sprawa dotyczy wąskiej grupy policjantów z miejskiej grupy dowodzenia, zajmującej się koordynowaniem działań policji przy wypadkach i kolizjach. - Sprawa ma charakter rozwojowy. Dysponujemy dowodami pozwalającymi na postawienie zarzutów - powiedział na dzisiejszej konferencji prokurator Marek Jamrozowicz.

O aferze od rana 7 luty 2007 informowało RMF FM. - Byliśmy gotowi do zatrzymań jeszcze przed pielgrzymką Benedykta XVI- powiedział rozgłośni funkcjonariusz z Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej. - Okazało się jednak, że operację tę trudno przeprowadzić logistycznie - dodał. Według reporterów radia, na krakowskim rynku liczą się trzy firmy. Właścicielem jednej z nich jest były policjant, dwie pozostałe zawarły układy z kilkunastoma funkcjonariuszami. Podkupieni policjanci, gdy dostaną zgłoszenie o kolizji, wysyłają smsa do konkretnej firmy holowniczej. Według RMF FM, pracownicy firm "współpracujących" z policją świetnie się znają i bez problemu dogadują się ze sobą: kto pierwszy przyjedzie na miejsce wypadku, ten bierze zlecenie. Policjant za wiadomość o wypadku dostawał 10 procent wartości naprawy, średnio: od 500 do 1000 zł. 

_________________

 

 

Humanitaryzm powoduje, że pojawiają się wątpliwości czy skutego już podejrzanego trzeba koniecznie w takiej pozycji wprowadzać do komendy policji lub aresztu, często ustawiając się buńczucznie do kamery czy fotoreportera zaprzyjaźnionego z policją. Pokaz tortur to czy manifestacja siły nad skutym chuderlakiem? Dziwne, że gestapo nawet ani milicja obywatelska nie musiały stosować takich metod...

 

_________________

 

Wielki Skandal w Śląskiej Policji       

Policjant ochraniający świadków współpracował z mafią! To nowy skandal w śląskiej policji - jesień 2007. Oficer odpowiedzialny za ochronę katowickich świadków koronnych, naczelnik wydziału kryminalnego komendy w Chorzowie i oficer operacyjny z Dąbrowy Górniczej są podejrzani o współpracę z przestępcami! Policja musi teraz zmienić adresy wszystkim śląskim świadkom koronnym. Nazwiska policjantów wypłynęły w śledztwie przeciwko Januszowi W., ps. "Siara", właścicielowi dąbrowskiej firmy handlującej złomem. Mężczyzna wyłudzał stal z hut. Według prokuratury zlecił także zabójstwo wspólnika w nielegalnych interesach. Wyrok wykonano w Opolu. 

Kilka dni temu oficerowie Biura Spraw Wewnętrznych (policja w policji) zatrzymali trzech funkcjonariuszy, którzy mieli współpracować z "Siarą" i innymi dąbrowskimi przestępcami. - Przedstawiliśmy im zarzuty utrudniania śledztw, fałszowania dokumentów oraz przekroczenia uprawnień - potwierdził nam prokurator Tomasz Tadla, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Katowicach. Według naszych informacji oficerowie mieli informować przestępców o prowadzonych przeciwko nim postępowaniach i fałszować protokoły przesłuchania świadków!

Wiedza zatrzymanych jest bezcenna dla mafii! Komenda wojewódzka w Katowicach jest rzekomo w szoku. Dwaj z zatrzymanych funkcjonariuszy awansowali i zajmują teraz bardzo ważne stanowiska w policji. Pierwszy pracuje w tajnym zespole zajmującym się ochroną katowickich świadków koronnych i ich rodzin. Jego wiedza może być dla mafii wprost bezcenna. Oficer zna bowiem nowe nazwiska nadane skruszonym gangsterom, adresy mieszkań, w których się ukrywają, numery samochodów, którymi są przewożeni do prokuratury, wie także, gdzie uczą się ich dzieci.

- Policjant został odsunięty od obowiązków służbowych, więc życie świadków koronnych i ich rodzin nie jest zagrożone - uspokaja podinspektor Zbigniew Matwiej, rzecznik prasowy KGP. Nieoficjalnie wiadomo jednak, że policja zmieni teraz wszystkie procedury związane z bezpieczeństwem skruszonych gangsterów na Śląsku. Drugi z zatrzymanych oficerów z Dąbrowy Górniczej przeniósł się do Chorzowa i awansował na naczelnika wydziału kryminalnego tamtejszej komendy. Odpowiada za operacyjne rozpracowanie struktur przestępczych w mieście. - Jeżeli zarzuty wobec niego się potwierdzą, zostanie zwolniony ze służby. Dla takich ludzi nie ma miejsca w policji - zapowiada podinspektor Andrzej Gąska, rzecznik prasowy komendy wojewódzkiej w Katowicach. Trzeci z zatrzymanych funkcjonariuszy nie pracuje już w policji. W sierpniu przeszedł na emeryturę. 

W śledztwie przeciwko "Siarze" zarzuty przedstawiono już dziewięciu policjantom ze Śląska. Z informacji dziennikarzy śledczych wynika jednak, że na tym nie koniec. Pojawił się bowiem wątek, z którego wynika, że jeden z funkcjonariuszy mógł osobiście wziąć udział w zleconej przez "Siarę" egzekucji wspólnika. Zabójca, który strzelał w Opolu, przyznał przed sądem, że na miejsce akcji zawiózł go zaprzyjaźniony z Januszem W. funkcjonariusz policji. Stróż prawa miał też załatwić broń, z której strzelano, i telefonicznie wywabić ofiarę z mieszkania. - Ten wątek badają prokuratorzy z Opola - przyznaje prokurator Tadla. 

_________________

 

Policyjna Mafia ma Dworcu Głównym we Wrocławiu

Jak zeznała w lipcu 2008 jedna z prostytutek pracujących na Dworcu Głównym we Wrocławiu policjanci z Komisariatu Kolejowego regularnie gwałcili je, dochodziło także do pobić, m.in. pałką. Zeznania kobiety potwierdzają ustalenia funkcjonariuszki warszawskiego Centralnego Biura Śledczego, zajmującej się tą sprawą. Sprawa jest jedynie wątkiem w dużej aferze dotyczącej handlu żywym towarem w który byli zamieszani policjanci, którzy współpracowali z gangsterami i sutenerami na Dworcu we Wrocławiu, kryjąc ich interesy i czerpiąc z tego korzyści seksualne i finansowe. Czy tak ma wyglądać praca polskiej policji w rzekomo demokratycznym panstwie? 

_________________

 

Policjant Zamordował Dwie Osoby

Prasa lubelska pisze o podwójnym zabójstwie dokonanym w Izbicy na Zamojszczyznie. W domku jednorodzinnym znaleziono w niedzielę 21 czerwca 2000 roku zwłoki 33-letniej Bożeny Ż. i jej znajomego 34-letniego Mirosława J. Zginęli od licznych ciosów noża. Jak się dowiedziała "Rz", popełnienie tej zbrodni zarzuca się mężowi kobiety, Stanisławowi Ż., funkcjonariuszowi policji, którego w niedzielę zatrzymano do dyspozycji prokuratora, a wcześniej umieszczono w izbie wytrzeźwień, ponieważ był pijany. W poniedziałek podczas przesłuchania przyznał się on do winy. Prawdopodobnym motywem była zazdrość. Prokuratura wystąpi o aresztowanie Stanisława Ż. 

_________________

 

Opolski Policjant z Krapkowic Molestował Nieletnią

Decyzją Sądu Rejonowego w Bydgoszczy dnia 12 listopad 2007 roku aresztowano na dwa miesiące 41-letniego policjanta z Krapkowic, który molestował 12-letnią dziewczynkę. Funkcjonariusz, podczas przebywania w Bydgoszczy zwabił dziewczynkę do jednego z tamtejszych hoteli, gdzie - jak ustalono - doprowadził ją do poddania się "innej czynności seksualnej". Czynności w tej sprawie, na zlecenie Prokuratury Bydgoszcz-Południe wykonywali policjanci z bydgoskiego Wydziału Biura Spraw Wewnętrznych. Mężczyźnie grozi dziesięć lat więzienia. Jeśli podejrzenia się potwierdzą, zostanie także wydalony ze służby w policji. Sprawy o molestowanie nieletnich czyli o pedofilię, często ucichają, bo sądy utajniają rozprawy z uwagi na dobro pokrzywdzonych, małoletnich ofiar. Zgwałcone dziecko miewa jak dotąd znacznie bardziej przechlapane niż jego oprawca - gwałciciel czy pedofil molestator. 

_________________

 

Śląscy Policjanci Członkami Mafii Samochodowej

Dnia 4 kwietnia 2006  na Śląsku zatrzymano pięciu policjantów zmieszanych m.in. w sprawę kradzieży samochodów. Zatrzymano pięciu śląskich policjantów zamieszanych w sprawę kradzieży samochodów, wymuszanie okupów za ich zwrot oraz przyjmowanie łapówek. Wśród ośmiu zatrzymanych osób jest czterech funkcjonariuszy z Tarnowskich Gór i jeden z Bytomia - powiedział PAP Jacek Pytel z zespołu prasowego śląskiej policji. Zatrzymań dokonali funkcjonariusze z Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji wspólnie z policjantami z komendy wojewódzkiej w Katowicach. Policja nie udziela informacji na temat sprawy. Śledztwo prowadzi Prokuratura Okręgowa w Opolu. (PAP)

_________________

 

Policjanci z Mafii Pruszkowskiej

W dniu 25 kwietnia 2001 roku zatrzymano pięciu policjantów z Warszawy, podejrzanych o współpracę z "Pruszkowem". Wśród zatrzymanych jest kierownik sekcji samochodowej Wydziału Kryminalnego Komendy Stołecznej Policji. Pięciu warszawskich policjantów - trzech z Komendy Stołecznej Policji i dwóch funkcjonariuszy z warszawskich komisariatów zostało w czwartek zatrzymanych pod zarzutem współpracy z gangiem pruszkowskim - podała Prokuratura Okręgowa w Katowicach. Zdaniem prokuratury, policjanci współpracowali z tzw. pionem motoryzacyjnym gangu pruszkowskiego. Ma on na koncie kradzież około 500 luksusowych aut o wartości 50 mln zł. W związku z tą sprawą, prowadzoną przez katowicką prokuraturę zostało zatrzymanych już 20 osób, w tym trzech warszawskich urzędników, podejrzanych o udział w legalizacji aut. 

W lutym 2001 roku katowickie organy ścigania dokonały "najazdu" na Warszawę. Aresztowano 9 złodziei i 2 paserów - sam dół hierarchii wydziału samochodowego gangu "pruszkowskiego". Następnie dobrano się do wyższych szczebli - urzędników wydziału komunikacji na warszawskim Mokotowie, gdzie legalizowano najwięcej samochodów. Aresztowano m.in. naczelnika wydziału. W końcu przyszła kolej na pierwszych policjantów - zatrzymano pięciu, w tym kierownika sekcji samochodowej wydziału kryminalnego Komendy Stołecznej Policji. Mieli oni, zdaniem katowickiej prokuratury, pomagać w legalizacji aut, informować o planowanych akcjach policyjnych. Cieszy, że w końcu dobrano się do złodziei w policyjnych mundurach. Martwi to, że do rozbicia lokalnych układów gangstersko - urzędniczo - policyjnych trzeba było ściągać organy ścigania z innego miasta. Ale skoro tak - może to jest metoda? Może lepiej by gangsterów ze Szczecina ścigali policjanci z Rzeszowa, a tych z Katowic, np. Wrocławianie? A może, by było jeszcze sprawniej i skuteczniej od razu ściąć policjantów z Miami. Podobno są lepsi od naszych. 

_________________

 

Dwaj Śląscy Policjanci Zatrzymani

Zastępca naczelnika Wydziału Kryminalnego Śląskiej Komendy Wojewódzkiej Policji oraz oficera pionu kryminalnego z Siemianowic Śląskich zatrzymali w dniu 12 czerwca 2002 roku funkcjonariusze Kontroli Wewnętrznej Policji na zlecenie prokuratury w Katowicach - dowiedziało się RMF. Prokuratura odmawiała podania zarzutów, pod jakimi zatrzymano policjantów. Jednak, jak nieoficjalnie dowiedziało się RMF, zatrzymanych obciążają zeznania przestępców, a także chodzi o przyjmowanie łapówek.

Informacje o zatrzymaniu potwierdza Grzegorz Olejniczak, rzecznik śląskiego komendanta policji. Zostali zatrzymani dwaj funkcjonariusze. Zatrzymali ich policjanci z Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji do sprawy prowadzonej przez Prokuraturę Okręgową w Katowicach. Obaj zatrzymani funkcjonariusze są z pionu kryminalnego - powiedział RMF Grzegorz Olejniczak. Zatrzymany zastępca naczelnika Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej, Krzysztof M. to policjant z wieloletnim stażem. W komendzie odpowiadał za najważniejsze śledztwa, między innymi za rozpoznawanie działających na Śląsku gangów. (PAP) 

_________________

 

Poznańscy Policjanci Członkami Gangu

Biuro Spraw Wewnętrznych zatrzymało w dniu 4 grudnia 2006 trzech poznańskich policjantów, którzy byli członkami gangu. Gang rozbito. Śledczy zatrzymali łącznie 13 osób. Prokuratura Okręgowa zarzuca im wyłudzanie kredytów, czerpanie korzyści z cudzej prostytucji, wręczanie i przyjmowanie łapówek oraz płatną protekcję i poświadczanie nieprawdy w dokumentach. Wśród zatrzymanych jest trzech policjantów i emerytowany lekarz. - Skoro postawiono im zarzuty, to zostaną zawieszeni - mówi Andrzej Borowiak, rzecznik prasowy Komendy Miejskiej. - Procedura jest taka, że wyrzuceni ze służby mogą zostać po prawomocnym wyroku. 

Według ustaleń "Gazety" podział obowiązków w gangu był następujący: zadaniem jednych było organizowanie pracy prostytutkom; drugich (policjantów i lekarza) tuszowanie całego procederu, m.in. poprzez fałszowanie dokumentów. Jak to wyglądało dokładnie, prokuratura zdradzić nie chce. - Nie mogę nic więcej powiedzieć, bo nie zatrzymaliśmy jeszcze całej grupy - mówi Mirosław Adamski, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej. - Sprawa z pewnością jest rozwojowa. Rozbity gang działał od czerwca 2005 roku. Część jego członków była już znano organom ścigania.

_________________

 

Ośmiu Policjantów z Drobina pod Klucz

Zatrzymano policjantów podejrzewanych o niedopełnienie obowiązków i korupcję. Ośmiu policjantów z posterunku w Drobinie koło Płocka (Mazowieckie) zatrzymali we wtorek 22 kwietnia 2008 funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji w Warszawie. Jak poinformowała w komunikacie Prokuratura Okręgowa w Warszawie, zatrzymanie ma związek z prowadzonym tam postępowaniem w sprawie podejrzenia niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień przez policjantów oraz ich działań o charakterze korupcyjnym w powiecie płockim w okresie od 21 grudnia 2006 roku do 1 marca 2007 roku. 

"Po przewiezieniu zatrzymanych do siedziby prokuratury, zostaną wykonane czynności procesowe z ich udziałem, polegające na ogłoszeniu postanowień o przedstawieniu zarzutów oraz przesłuchaniu w charakterze podejrzanych. Następnie prokuratura podejmie decyzje co do ewentualnego zastosowania środków zapobiegawczych" - podała prokuratura. Podkreślono, że "brak jest podstaw do łączenia niniejszego postępowania ze sprawą uprowadzenia w 2001 roku Krzysztofa Olewnika". Śledztwo w sprawie niedopełnienia obowiązków i korupcji przez policjantów z powiatu płockiego zostało wszczęte przez Prokuraturę Okręgową w Płocku, a następnie decyzją Prokuratora Apelacyjnego w Warszawie, przekazane zostało do dalszego prowadzenia Prokuraturze Okręgowej w Warszawie. (PAP)

_________________

 

Zasłużony Policjant KGP Molestował Córkę

W pracy był wyróżniającym się oficerem, który odnosił sukces za sukcesem. Ale w domu molestował 13-letnią córkę - tak uważa prokuratura na podstawie mocnych dowodów. Dziecko długo milczało, ale wreszcie poskarżyło się matce. Kiedy rozpoczęło się śledztwo, policjant odszedł ze służby. Został aresztowany 15 czerwca 2007 roku. Śledztwo wszczęto w kwietniu 2007, kiedy matka molestowanej 13-letniej dziewczynki zauważyła, że z córką dzieje się coś złego - pisze na swej stronie internetowej tygodnik "Newsweek". Nastolatka miała przyznać wówczas, że jest molestowana przez ojca. Przesłuchania w obecności biegłego psychologa potwierdziły, że nie konfabuluje. 

Warszawska prokuratura przyznaje fakt aresztowania zasłużonego policjanta KGP, ale nie ujawnia treści zarzutów ze względu na "dobro śledztwa". Według "Newsweeka", policjant ma zarzut "wielokrotnych kazirodczych stosunków seksualnych z córką". Grozi mu 10 lat więzienia. W Komendzie Głównej Policji aresztowany kierował zespołem do walki z handlem ludźmi, który koordynował śledztwa dotyczące zarówno obcokrajowców sprowadzanych do Polski, jak i Polaków na Zachodzie. Największym osiągnięciem zespołu była sprawa niewolniczej pracy Polaków we Włoszech. A tu nie dość, że kazirodztwo, to jeszcze pedofilia - dwa w jednym. Szkoda, że media nie wszczęły medialnej histerii, tak jak to potrafią przeciw pijakowi, co na przystanku coś bełkotał o Prezydencie RP... Ktoś na jakimś forum napisał, że ten policjant to Marek D. - oficer CBŚ, ale nazwisko było pełne. Znikło w kilka godzin. Tak państwo realizuje politykę ochrony dzieci przed pedofilami. 

_________________

 

Wtargnięcie Policji na Skłot FABRYKA

1 lutego, około 20-tej policja wtargnęła na teren warszawskiego skłotu "Fabryka". Zamieszczamy informację na temat tego zdarzenia pochodzącą od skłotersów i obserwatorów zajść.

 

Wtargnięcie policji na skłot „Fabryka” – RAPORT Z WYDARZEŃ

Dnia 1 lutego, około godziny 20.00, policja przedsięwzięła niezwykle gwałtowne działania na terenie skłotu Fabryka (nieużytku mieszczącego się przy ul. Rydygiera 17 w Warszawie, zamieszkanego od 4 lat przez około 20 osób). Wbrew wypowiedziom policji mieszkańcy tego skłotu nie są narkomanami, nie prowadzą też innej działalności niezgodnej z prawem. Regulamin skłotu wprost zakazuje zażywania narkotyków na terenie lokalu oraz przebywania na terenie nieruchomości pod ich wpływem. Skłotersi organizują i współorganizują imprezy muzyczne, warsztatowe; posiadają bibliotekę i salę treningową. Przez pewien czas przygotowywali bezpłatne posiłki dla bezdomnych. Cała ich działalność była nieodpłatna, zaś dostęp do proponowanych na skłocie książek i treningów – darmowy.

1 lutego 2005 roku, około godziny 20.00, mieszkańcy nieużytku zauważyli przyjazd radiowozu w okolice skłotu. Nie zdziwiło to nikogo, radiowozy często przyjeżdżają na teren byłej fabryki, gdzie oprócz skłotersów pojawiają się i czasowo zamieszkują również inne grupy osób. Policja wtargnęła tego dnia tylko do jednego budynku. Po upływie około 30 minut pod skłot podjechał kolejny radiowóz, i policjanci rozpoczęli akcję brutalnego wdzierania się do budynku. Policjanci nie poinformowali nikogo o zamiarze wejścia do budynku, od razu zaczęli wyłamywać drzwi wejściowe. W związku z tym jeden z mieszkańców budynku zadzwonił na policję celem zgłoszenia włamania. Po pewnym czasie pod budynek podjechał kolejny (trzeci) radiowóz. Potem pod budynek podjechały kolejne 3-4 radiowozy. Policja nie zapewniła obecności karetki przy tej interwencji, co jest jej prawnym obowiązkiem przy tak dużych akcjach. Karetka została wezwana przez jednego z mieszkańców skłotu dopiero wtedy, gdy policjanci zaczęli rzucać o ziemię dziewczynę będącą w 5 miesiącu ciąży. 

Po wyłamaniu pierwszych drzwi (około 20 minut od rozpoczęcia akcji), policjanci zaczęli wchodzić do budynku – chodzili po bibliotece i sali treningowej, rozrzucając meble i de facto rewidując przestrzeń, co nie powinno mieć miejsca bez świadków. Przed budynkiem zapalone zostały policyjne reflektory. Pierwszy raz od rozpoczęcia zajścia policjanci krzyknęli „policja, otwierać!”. Jeden z mieszkańców skłotu poprosił policjantów o podanie nazwiska, numeru służbowego oraz powodu interwencji i podstawy prawnej, na co usłyszał: „Jak ja cię kurwa spotkam na ulicy, to ci dam nakaz, facet!”. Wzmiankowana wypowiedź policji została nagrana na kasetę magnetofonową, podobnie jak dalszy ciąg wymiany zdań. Policjanci odmówili podania danych, numerów i powodu najścia. Po kilku minutach skłotersi zostali przez policję poinformowani, że policja poszukuje mężczyzny (około 1,8 metra wzrostu, w czerwonej bluzie), który rzekomo wbiegł do budynku. Mieszkańcy skłotu powiedzieli, że takiej osoby na terenie skłotu nie ma. To również zostało nagrane, podobnie, jak wypowiedzi typu: „widzisz mundur, to wpuszczaj!” etc.

Policja zagroziła skłotersom, że wezwie straż pożarną, że „wszystko rozwali”. Po około 15 minutach funkcjonariusze zaczęli wyważać drzwi za pomocą łomów. Odstąpili w końcu od prób wejścia do budynku w ten sposób i wezwali straż pożarną. Około 20 minut później przyjechała straż pożarna, próbowano wyważać klapę umieszczoną na schodach. Pomimo wyraźnej informacji, że na klapie siedzą mieszkańcy skłotu, policja i strażacy nadal usiłowali ją wyważać. Po kilku nieudanych próbach policja używać zaczęła piły mechanicznej. Do klapy przykuł się jeden ze skłotersów, pomimo informacji na ten temat policjanci kontynuowali szturm. 

Wskutek uzasadnionej obawy, że od pochodzących z działań policji iskier nastąpi pożar, jeden ze skłotersów oblał umieszczone w pobliżu meble wodą. Po kilku minutach policja bez ostrzeżenia wpuściła do budynku (przez klapę) gaz, który najprawdopodobniej był gazem pieprzowym. Wszyscy zaczęli się dusić. Skłotersi uciekli do dalszych pomieszczeń, zaś policja przez kilka następnych minut dalej wyłamała klapę. Część osób została na korytarzu, zaś część pozamykała się w pokojach. Stojący na korytarzu zostali natychmiast zatrzymani przez policjantów dokonujących napadu. Policjanci zatrzymywali te osoby przemocą, zakładając na szyje tzw. „dźwignie”, podduszając, rzucając na ziemię lub o ścianę. Nie pojawiła się żadna wypowiedź typu „jesteście zatrzymani”, policjanci krzyczeli tylko „stawialiście się, kurwa?!”, „na ziemię!!”, itp. 

W całym budynku czuć było gaz, trudno było tam oddychać. Do jednego z pomieszczeń policjanci włamali się wyważając drzwi. Krzyknęli „kurwa, na ziemię!”, i choć wszyscy mieszkańcy skłotu zastosowali się do poleceń funkcjonariuszy, ci ostatni i tak rzucili się na nich, kopali w nerki, bili w genitalia, podduszali, używali pałek. Analogicznie działo się w pozostałych pomieszczeniach. Dwie osoby zabarykadowały się w międzyczasie na dachu budynku uciekając przed gazem. Policjanci wyłamali klapę na dach. Przebywający tam skłotersi podnieśli ręce do góry i zachowywali się spokojnie. Policjanci rzucili się na nich, przy czym jeden ze skłotersów o mało nie ześlizgnął się z dachu. Budynek ma 3 piętra. Skłotersi zostali brutalnie ściągnięci z dachu i pobici przez funkcjonariuszy.

Wszystkim osobom w pomieszczeniach założono kajdanki. Policjanci ściągnęli zatrzymanych po schodach w dół, nie pozwalając im wstać i dodatkowo zakładając „dźwignie”. Wszystkich zatrzymanych w budynku – 11 osób - wyprowadzono przed budynek. Dołączono do nich osoby zatrzymane na zewnątrz budynku – ludzi, którzy przyjechali spoza skłotu, by obserwować zajście. Z 12 osób obecnych cały czas na zewnątrz zatrzymano 7, w równie brutalny sposób. Jako uzasadnienie policjanci podali, że „wezmą ich na komisariat, bo nie chce im się spisywać na miejscu danych osobowych”.

Wszystkich zatrzymanych policja pobieżnie przeszukała pod ścianą budynku, nie rozkuwając kajdanek. Wśród zatrzymanych przed budynkiem była młoda kobieta w ciąży (5 miesiąc). Policjant, nie zwracając uwagi na okrzyki „ona jest w ciąży!” rzucił ją na ziemię krzycząc „nie będziemy się z wami pierdolić!”. Właśnie wtedy jeden z obserwatorów zajścia (nie policjant) zadzwonił po pogotowie, karetka przyjechała po kilku minutach. Karetka zabrała pobitą ciężarną oraz policjanta, który ją pobił. Jeszcze w karetce policjant lżył ją, a po przyjeździe na komisariat, gdzie zawieziono potem resztę zatrzymanych twierdził, że „nie było go pod skłotem w trakcie policyjnej akcji”.

W czasie rewidowania zatrzymanych przed budynkiem niektórzy zebrani dopytywali się, co się dzieje, i czy mogą wejść do budynku. Policjanci powiedzieli, że mogą, po czym okazało się, że nie była to prawda, gdyż rewidujący bez świadków budynek funkcjonariusze brutalnie wypchnęli zeń osoby, które usiłowały wrócić po dokumenty, i zamknęli je do radiowozu (takich osób było przynajmniej 2, zostały one zatrzymane razem z innymi 5 przed budynkiem).

Część funkcjonariuszy podjęła rewizję budynku, bez świadków i bez uprzedzenia. Potem 2 osoby zostały wpuszczone do budynku, żeby asystować w rewizji, niemniej nie były w stanie obserwować działań wszystkich funkcjonariuszy, którzy rozproszyli się po całym budynku i rozpoczęli rewizję dużo wcześniej. Jak okazało się później, funkcjonariusze ukradli ze skłotu: klucz francuski, dyktafon, kilkanaście butelek piwa. Nasikali na podłogę, porozsypywali jedzenie. Połamali serię mebli, wyłamali w sumie 7 drzwi, które zostały doszczętnie zniszczone, powyrywano z nich zamki. Poza tym seria drzwi została pozbawiona zamków wskutek wyłamania, policjanci wybili też szyby w oknach w kilku pomieszczeniach. Drzwi, szyby i zamki zostały wstawione przez mieszkańców budynku, więc ich zniszczenie godzi w ich własność prywatną.

W międzyczasie na miejscu zajścia pojawił się prawnik. Policjanci szybko zamknęli zatrzymanych w radiowozie, żeby nie mogli się z nim porozumieć, chociaż każdy zatrzymany ma prawo do adwokata, tyle, że w Polsce nie jest to respektowane. Od pewnego momentu (około 21.00) na miejscu przebywali również dziennikarze z Gazety Wyborczej oraz z Metropolu. Relacje dziennikarza Gazety są dostępne w internecie, podajemy je również w załączeniu. Kilku innych obserwatorów też nie zatrzymano, policjanci przypuszczalnie kierowali się kryterium wyglądu.

Około 22.00 zatrzymanych zawieziono na komisariat policji, czy już raczej gestapo przy ul. Żeromskiego 7. Zostali podzieleni na tych, którzy posiadają dokumenty i tych, którzy dokumentów nie mają. Nie posiadający dokumentu zostali wprowadzeni do budynku, zaś osoby z dokumentami przez około 15 min stały przed komisariatem, bez okryć wierzchnich (przy temperaturze około –3 stopni C.), przeważnie przemoczone. Na prośbę jednego z zatrzymanych i pod przesją dziennikarzy wpuszczono stojące przed budynkiem osoby na komisariat. Policjanci dokonali pobieżnej rewizji – sprawdzano telefony, zmuszano do poddania się fotografowaniu bez podawania powodów zatrzymania ani zarzutów. Osoby, które nie chciały dać się sfotografować straszono przetrzymaniem na komisariacie 48 godzin, krzyczano: „spotkam cię na ulicy, to zobaczysz” etc. Stopniowo wypuszczano zatrzymanych, około 1-2 w nocy 2 lutego wypuszczono prawie wszystkie osoby – na dłużej zatrzymano 2 niepełnoletnich (chłopaka i dziewczynę). Chłopak został przewieziony do Izby Dziecka przy ul. Wiśniowej, został zatrzymany w budynku. 

Dziewczynę policjanci wozili przez całą noc po różnych warszawskich komisariatach (w sumie około 3, w tym: przy ul. Rydygiera, Żeromskiego oraz KRP 4). Została zatrzymana pod budynkiem. Jeden z dorosłych zatrzymanych, posiadający dokument, zadeklarował, że może potwierdzić jej tożsamość, został literalnie wyśmiany przez funkcjonariuszy. Dziewczyna poprosiła o powiadomienie wybranej osoby, policjanci przyjęli numer telefonu, i nigdy do tej osoby nie zadzwonili. Policjanci tłumaczyli się, że „zapomnieli rajstop”, „zostawili protokół zatrzymania” itp., w związku z czym do około 5.30 rano trwało przewożenie dziewczyny tam i z powrotem do wspomnianych komisariatów. O godzinie 1 w nocy po raz pierwszy poprosiła o kontakt z lekarzem – była osłabiona, przemoczona, nie jadła. Kontakt z lekarzem nastąpił dopiero około 3 w nocy, przy czym lekarz zmierzył tylko puls i powiedział „niech jedzie”. Dokonano 2 rewizji osobistych. O 7 rano obudzono ją na śniadanie, brutalnie odmówiono jej bezmięsnego posiłku, w związku z czym dostała kilka kromek chleba. Na prośbę o wodę zaproponowano jej „kranówkę”. Policjanci wyrażali radość z powodu zatrzymania dziewczyny śmiejąc się, że jej zatrzymanie pozwoli podwyższyć ich premie. Funkcjonariusze straszyli ją, że jeśli nie wycofa skargi na funkcjonariuszy, nie zostanie wypuszczona przed upływem 48 godzin. Starali się również wymusić na niej zeznania. W końcu dziewczyna wycofała skargę i około 14.00 ją wypuszczono. Dziewczyna jest jeszcze niepełnoletnia - w tym roku skończy 18 lat. 

Dnia 3 lutego na adres Komendy Stołecznej Policji zostało wysłanych 6 skarg na funkcjonariuszy (w związku z brutalną i nieuzasadnioną interwencją policji oraz sposobem zatrzymywania). Poturbowana przez funkcjonariuszy moda kobieta w ciąży (przebywa w szpitalu do 4 lutego) najprawdopodobniej złoży do Prokuratury pozew z powództwa cywilnego na funkcjonariusza, który ją brutalnie pobił. Na dzień 3 luty 2005 policja nie podała ani powodu, ani uzasadnienia całego zajścia. Wyrządzone przez funkcjonariuszy szkody, brutalne zatrzymania, pobicia i przetrzymywanie na komisariacie nieletniej bez wody i posiłku nie budzi również żadnego zdziwienia biura prasowego Stołecznej Komendy Policji, które nie udziela na temat zajść żadnych informacji nie tylko rodzinom poszkodowanych, ale również dziennikarzom. Stowarzyszenia i organizacje działające na rzecz kultury niezależnej i praw człowieka z Polski i zagranicy zapowiedziały poparcie dla ofiar bestialskiej interwencji oraz skargi i zażalenia do stołecznej Policji.

Skłotersi i obserwatorzy zajść z dnia 1 lutego 2005.

 

Nagranie audio (kliknij prawym przyciskiem myszy i "zapisz element docelowy jako..."): pl.indymedia.org/media/2005/02/11604.mp3

 

Kontakt: fabryka-squat@o2.pl

_________________

 

Znęcanie się w Komisariatach Policji

Według aktu oskarżenia Sebastiana S., tak był mocno bity i kopany, że by zagłuszyć jego wycie z bólu zakneblowano mu usta. Nie jest to jednak cytat z aktu oskarżenia skierowany przeciwko gangsterowi, a czołowemu opolskiemu policjantowi Tomaszowi J. Tenże funkcjonariusz policji panstwowej kryminalne sprawy rozwiązywał nie za pomocą rzetelnej pracy śledczej a przy pomocy torturowania świadków i podejrzanych. Przez osiem lat w ten sposób uzyskiwał właściwe i słuszne zeznania. Tak „urobiony” podejrzany trafiał przed oblicze prokuratora i sądu, który oczywiście nie widział śladów pobicia zatrzymanych. 

Agnieszka Łukowska w „Gazecie Wyborczej” zdumiona pyta, jak przełożeni, prokuratura, i sędziowie przez lata nie dostrzegali, jak w imię walki z przestępczością nagminnie łamano prawo? Odpowiedź niestety jest prosta i brutalna. Znęcanie się psychiczne i fizyczne nad osobami przesłuchiwanymi jest codziennością w komisariatach i komendach policji. Tropiciel policyjnych przestępców, Latkowski spotkał wielu ludzi, którzy przeżyli w naszych komisariatach swoje „Guantanamo”. Nie wytrzymali i przyznawali się do tego, czego nigdy nie zrobili. Zasilili szeregi osób, które siedzą w aresztach i więzieniach z powodu niewinności i braku odporności na torturowanie przez policję. 

Czy ktokolwiek poza Tomaszem J, który „zewsząd był chwalony, bo miał bardzo dobre wyniki w wykrywaniu przestępstw”, odpowie za to? Czy komendant główny policji powała specjalną grupę do zbadania tej sprawy, by odpowiedzialność ponieśli inni policjanci, którzy przyzwalali na ten proceder? Minister sprawiedliwości zapyta prokuratorów, dlaczego milczeli, udawali, że wszystko jest w porządku? Ten proceder trwał lata i ciągle jeszcze trwa w wielu komisariatach. Musiano słyszeć krzyki, wycie z bólu, widzieć pobitych ludzi. A ilu ludzi siedzi w więzieniach bo się przyznawali z bólu pośród tortur, a skazano ich bo się przyznali, jednak bez dowodów winy? 

Latkowski zapewnia jednak, że tak się nie stanie. Szefowie Tomasza J. w policji nawet nie zostaną ukarani zabraniem premii. Prokuratorzy nie wniosą o rewizję procesów opartych o tak nikczemnie zdobyte przesłuchania. Minister sprawiedliwości nie zorganizuje konferencji prasowej związanej z walką z bestialstwem popełnianym w imieniu prawa ale w imię żądzy awansu czy premii. Nikt nie chce poważnie przyjrzeć się problemowi, a to, co dochodzi do mediów, to zaledwie wierzchołek góry. Sprawa w Opolu skończy się na Tomaszu J., bo mamy do czynienia z solidarnością grup zawodowych – policjantów, prokuratorów, sędziów i nagminnym przekonaniem, wynikającym z braku umiejętności zawodowych, braku chęci do przeprowadzenia żmudnego śledztwa, że inaczej się nie da, jak tylko zastosować tortury psychiczne i fizyczne. Liczą się wyniki, a nie ich wiarygodność, a presja na zrobienie sprawy jest ważniejsza niż prawa człowieka i prawda w ogóle. 

_________________

 

Więcej Skarg na Pracę Policji

Warszawiacy zgłaszają coraz więcej skarg na policjantów. W 2007 roku były średnio 5-6 zgłoszenia dziennie. Zażalenia najczęściej dotyczą zasadności lub sposobu przeprowadzenia interwencji. Policja jednak ma sposób na zażalenia. Pyta policjantów co się stało i natępnie informuje ludzi, że nic się nie stało. – Tylko znikoma część ze złożonych skarg potwierdza się. Z tych, które wpłynęły w tym roku, zasadnych jest tylko 73 – twierdzi komisarz Marcin Szyndler z Komendy Stołecznej Policji. Prawda jest taka, że policja przyznaje się tylko do tych przegięć i przestępstw których już w żaden sposób nie potrafi zatuszować. A przecież za wstawienie wszystkich wyłamywanych przy zatrzymaniach drzwi policja powinna płacić, bo w 99 procentach przypadków nie ma żadnego powodu do wywarzania ludziom drzwi. Policjanci muszą się ucywilizować i nauczyć na kursach w Szczytnie do czego służy dzwonek u drzwi oraz pukanie, o jakich porach można ludzi zastać w domu i że kobietami w ciąży nie rzuca się o betonowe podłogi. 

_________________

 

Marsz Milczenia Przeciwko Brutalności Policji

W sobotę 31 maja 2008 w Katowicach o godzinie 11.00 spod Teatru Śląskiego ruszył marsz milczenia przeciwko brutalności Policji. Wszyscy którym leżało na sercu bezpieczeństwo w trakcie imprez masowych,  brali udział, w liczbie kilka tysięcy osób. - Nie protestujemy przeciwko policji, ale przeciw konkretnym jej działaniom - zaznaczali organizatorzy marszu. Przeszli ulicami Katowic i odegrali inscenizację wydarzeń sprzed kilku tygodni. Na katowickim rynku zgromadziło się kilka tysięcy osób (wedle policji kilkaset osób), które chciały zwrócić uwagę mediów, kibiców i wszystkich ludzi na brutalne zachowanie policji wobec kibiców powracających z meczy GKS Katowice - Stal Stalowa Wola. Os prawie pisały wszystkie media.

- Chciałbym aby wydarzenie przypominało szkolną akademię, prosimy o ciszę i wyrozumiałość. Nie protestujemy przeciwko policji samej w sobie lecz przeciwko konkretnym osobom zamieszanym w zatrzymanie i znęcanie się nad kibicami na stacji Kraków Mydlniki. Są to konretni policjanci, konkretni prokuratorzy. - mówił Dariusz Borowiak, główny organizator marszu i ojciec jednego z zatrzymanych kibiców. - Dziękujemy policji katowickiej za pomoc i zabezpieczenie wydarzenia. W czasie wiecu grupa aktorów profesjonalnych i amatatorów odegrała inscenizację zajść, nie kryjąc naturalistycznych dialogów i brutalnych zachowań policji. 

- Mieliśmy dwie próby, chcieliśmy jak najwierniej przedstawić te wydarzenia, długo studiowaliśmy dowody w sprawie, relacje świadków i filmy nagrane telefonami komórkowymi. Nie było ich dużo, bo policja wiele dowodów po prostu niszczyła. - mówił dla MMSilesia.pl Adam Marek, współorganizator i scenarzysta minispektaklu. - Policja powinna działać profesjonalnie, każda próba przywrócenia porządku czy aresztowania powinna odbywać się zawsze w ściśle określonych normach. - komentowali dla MMSilesia uczestnicy marszu. 

_________________

 

CHWDP - Chwalmy Wszyscy Działania Policji.

_________________

 

Internetowe archiwa policyjnych przestępstw coraz bardziej pęcznieją, chociaż także często szybko znikają jeśli są zakładane z inicjatywy osób prywatnych lub małych społecznych organizacji bez medialnego poparcia. A przecież to sama policja w trosce o polepszenie swojego wizerunku powinna zajmować się piętnowaniem swoich czarnych owiec, a nie pomagać w ich ukrywaniu czy przemilczaniu. 

_________________

 

Więcej o przestępstwach policjantów m.in:

http://cntp.wordpress.com/

http://www.prewencja.net/

http://latkowski.com/

 

Autorstwo, opracowanie i redakcja artykułu: © by Athenor


Licznik odwiedzin: 7171533 Ostatnia aktualizacja strony: 2017-05-22 17:24:53