Stowarzyszenie Macierz

Stowarzyszenie MACIERZ powstało jako organizacja zajmująca się ochroną Praw Człowieka, ekologią, promocją zdrowego odżywiania i funkcjonowania, działalnością charytatywną w różnych dziedzinach życia.

Ilość wejść: 2898


Wielka kariera mitu >prania mózgu< w sektach

Wielka kariera mitu "prania mózgu"


lipiec 2006

Jeśli poprosić "człowieka z ulicy", aby powiedział, z czym najbardziej kojarzą mu się sekty, większość wymieni zapewne "pranie mózgu". "Eksperci" od sekt często używają poważniejszych, pseudo-naukowych określeń - "psychotechniki" czy "techniki przemiany osobowości" - w istocie rzeczy chodzi jednak o to samo: a mianowicie przekonanie, że członkowie pewnych grup religijnych potrafią w jakiś sposób uczynić z człowieka robota, przejmując całkowitą kontrolę nad jego umysłem i radykalnie zmieniając osobowość. Owe magiczne "psychotechniki" mają prowadzić do zniszczenia zdrowia psychicznego, a nierzadko i fizycznego członków (tzw. syndrom sekty), a ich ofiarą może paść każdy, niezależnie od inteligencji, wykształcenia czy wyznawanej już wiary. 

Przerażające, jeśli prawdziwe.... ale czy to rzeczywiście prawda?

I. Psychotechniki... czy psychobełkot?


Żeby dotrzeć do korzeni mitu, musimy się cofnąć aż do roku 1951. Wówczas to pewien brytyjski dziennikarz, Edward Hunter, przedstawił światu teorię "prania mózgu" (określenie to jest niedokładnym tłumaczeniem chińskiego zwrotu hsi nao, "oczyszczenie myśli") w swojej książce "Brainwashing in Red China: the Calculated Destruction of Men's Minds" ("Pranie mózgu w czerwonych Chinach: rozmyślne niszczenie ludzkich umysłów"). Hunter nie był ani psychologiem, ani nawet sinologiem, zaś swoją książkę oparł w znacznym stopniu o materiały propagandowe usłużnie podsunięte przez CIA (niektórzy twierdzą nawet, że sam został agentem). Niemniej jednak coś się w tych Chinach działo; "reforma myśli" podjęta przez komunistów była faktem, wkrótce więc ściągnęła na siebie uwagę zachodnich naukowców. 

Pierwsze wiarygodne informacje na temat owej swoistej "reedukacji" zyskujemy przede wszystkim dzięki dwóm z nich: Robertowi Liftonowi i Edgarowi Scheinowi. Obaj badacze mieli kontakt zarówno z Europejczykami, którzy zostali poddani "oczyszczeniu myśli" w chińskich więzieniach, jak i jeńcami amerykańskimi z Korei. Chociaż antysekciarze chętnie powołują się na ich odkrycia - szczególnie dotyczy to Liftona - w rzeczywistości wnioski, do których doszli, stanowią dla antysekciarstwa nader chwiejny fundament. Obaj wskazali bowiem fizyczny przymus i ograniczenie wolności jako warunki sine qua non "oczyszczenia myśli"; obaj też zauważyli, że proces ten jest w istocie mało skuteczny i nietrwały, bowiem ulega mu zdecydowana mniejszość, zaś po uwolnieniu zmiana światopoglądowa zazwyczaj się cofa. Lifton dodatkowo wskazał, że aby taka "reforma" była skuteczna, ofiara musi zawczasu posiadać pewną motywację czy cechy, które czynią ją podatną na konkretną argumentację (przykładowo, lewicowe sympatie w przypadku amerykańskich więźniów, którzy dali się przekonać do komunizmu lub głęboko zakorzenione poczucie winy u Europejczyków, którzy dali sobie wmówić, że rzeczywiście działali na szkodę chińskiego ludu). 

Wnioski tego rodzaju były jednak niewygodne dla ludzi, którzy chcieli mieć argument w walce religijnej. Pamiętajmy, że jest to okres, kiedy Ameryka przeżywa swoisty szok kulturowo-wyznaniowy. W latach 50-tych nasila się zainteresowanie religiami Wschodu (wówczas zaczyna swoją działalność m. in. Alan Watts, nauczyciel buddyzmu Zen); w latach 60-tych wybucha rewolucja hipisów, których ideologia czerpała pełnymi garściami z wschodniej mistyki. Dlatego czołową postacią anty-sekciarskiej pseudo-nauki miał się stać ktoś inny - a mianowicie dr. Margaret Singer, psycholog kliniczny z uniwersytetu Berkeley, osoba z naukowym wykształceniem, ale pozbawiona naukowej rzetelności. Dr. Singer mocno podpierała się autorytetem Scheina i Liftona, lecz w istocie rzeczy okaleczyła ich teorie. Omijając niewygodne nawiązania do przymusu fizycznego i ograniczenia wolności, w zamian rozwinęła własną wizję przymusu psychologicznego o cechach wręcz magicznych (m. in. słynne "bombardowanie miłością"), zaś pewną modyfikację światopoglądu rozdmuchała aż do całkowitej przemiany osobowości. Jako badaczka, Singer nie wykazała się naukowym rygoryzmem, jednak przez dłuższy czas miała możliwość wywierania dużego wpływu na opinie publiczną, bowiem produkowała się wyłącznie w popularnych periodykach, unikając oceny środowiska naukowego. 

Kariera teorii "prania mózgu" załamała się jednak w 1983 r. Wówczas to American Psychological Association (Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne), nadal biorące całkiem poważnie to fantasmagoryczne zagrożenie, stworzyło grupę roboczą mającą na celu badanie "zwodniczych i niebezpośrednich metod przekonywania i kontroli" (ang. Task Force on Deceptive and Indirect Methods of Persuasion and Control - w skrócie DIMPAC). Na jej czele stanęła - któżby inny? - właśnie dr. Margaret Singer, która wreszcie zyskała okazję, aby zdobyć poparcie środowiska naukowego. Pod koniec 1986 r. robocza wersja raportu DIMPAC została przedstawiona do oceny recenzentom, zarówno należącym do Towarzystwa, jak i spoza niego. Oceny okazały się jednak tak miażdżące, ze raport został ostatecznie przez APA po prostu odrzucony. Triumf okazał się blamażem - raport skrytykowano za brak naukowego rygoryzmu, uprzedzenia, uogólnienia, wątpliwe i nie poparte materiałem dowodowym wnioski, a nawet "pogoń za sensacją w stylu niektórych brukowców" i argumentację "tak niepoprawną, że aż śmieszną". W rezultacie, jak pisze J. Gordon Melton: "od końca lat 80-tych (...) środowisko naukowe - w tym eksperci z dziedziny psychologii, socjologii i religioznawstwa - jest niemal całkowicie zgodne co do tego, że tezy dotyczące prania mózgu sformułowane przez Margaret Singer i jej kolegów w latach 80-tych nie posiadają żadnej wartości naukowej". Przypominam - chodzi właśnie o te tezy, które są nadal w najlepsze przytaczane, rozwijane i interpretowane przez polskie "infosekty". Zamiast tego środowisko naukowe zaczęło skłaniać się ku przekonaniu, że "psychotechniki" rzekomo stosowane przez grupy kultowe to nic innego, jak zwykłe metody wpływania na ludzi, które wykorzystywane są w społeczeństwach ludzkich od tysięcy lat - te same, które stosuje się w rodzinach, szkołach, kościołach, wojsku czy grupach Anonimowych Alkoholików. 

II. Fakty zamiast mitów 


Zainteresowanie tematem sprawiło jednak, że socjologowie i psychologowie rozpoczęli prawdziwe badania naukowe nad nowymi ruchami religijnymi. (Trudno bowiem mówić o "naukowości" w przypadku dr Singer czy ukochanego "guru" amerykańskich anty-sekciarzy, Stevena Hassana). Rezultaty tych badań również podważyły założenia teorii "prania mózgu". 

Gdyby nowe grupy kultowe rzeczywiście mogły w cudowny sposób przejąć kontrolę nad ludzkim umysłem, prowadzony przez nie "werbunek" byłby niezwykle skuteczny, zaś samodzielne odejście z grupy - niezwykle trudne. Tymczasem wcale tak nie jest. Np. z bardzo wnikliwych badań Eileen Barker nad wspólnotą Moona wynika, że sukces "werbunku" (i to prowadzonego wśród ludzi, którzy zainteresowali się grupą na tyle, aby uczestniczyć w dwudniowych warsztatach prowadzonych w jej siedzibie) jest niewielki (ok. 10 %). Dodatkowo ok. jedna trzecia "zwerbowanych" opuszcza grupę już w ciągu pierwszych czterech miesięcy (!), zaś duża część pozostałych odpływa stopniowo w ciągu następnych dwóch lat, tak że po upływie tego okresu zaś pozostaje ich zaledwie ok. 5 %. Podobne wyniki uzyskali inni badacze - np. Bird i Reimer (1982), lub Saul Levine (1984) (badania tego ostatniego objęły aż dwadzieścia różnych nowych grup kultowych). 

Również struktura demograficzna świeżo zwerbowanego sekciarskiego narybku nie potwierdza stosowania magicznych psychotechnik, które rzekomo każdego omamią. Gdyby tak było - gdyby, jak pisze Margaret Singer, sekty były w stanie dokonać "wymiany tożsamości" omotanych przez nie nieszczęśników - każdy z nas, niezależnie od wieku, pochodzenia, pozycji społecznej, zainteresowań etc. mógłby zostać wciągnięty do dowolnej grupy. Znów jednak badania naukowe wskazują na coś zupełnie przeciwnego. Przykładowo, Susan Jean Palmer, która zainteresowała się kobietami wstępującymi do grup Hare Krishna i wspólnot Rajneesha (Osho), dostrzegła wśród nich wyraźne zróżnicowanie. Kobiety wybierające krysznaitów (grupę o charakterze mocno patriarchalnym i purytańskim, podkreślającą wartość dyscypliny i posłuszeństwa), były w większości stosunkowo młode i pochodzące z dysfunkcjonalnych rodzin, co sprawiało, że szukały poczucia bezpieczeństwa, jakie daje zależność od autorytetów. Z kolei do grupy Rajneesha (opartej na swobodnej, erotycznej tradycji Tantry, kładącej nacisk na indywidualność i samodzielność) wstępowały raczej panie w wieku dojrzałym, przyzwyczajone do seksualnej i finansowej niezależności.

Dodatkowo nie potwierdziło się przekonanie, że związanie się z tzw. "sektą" prowadzi do jakiejś drastycznej przemiany wewnętrznej. Nikt nie odrzuca z dnia na dzień religii, w którą głęboko wierzył, ani też nie zrywa niespodziewanie kontaktów z najbliższymi. Eileen Barker podkreśla na przykład, że najlepszą "szczepionką na werbunek" jest mocne i szczere zaangażowanie w jakąkolwiek inną religię, lub zdecydowany i świadomy ateizm. Z nowymi ruchami religijnymi wiążą się osoby poszukujące swojej drogi i otwarte na nowe propozycje, zaś odsunięcie się od rodziny czy przyjaciół ma miejsce wówczas, gdy więzy te już wcześniej były słabe (Straus 1976, 1979; Lofland and Skonovd 1981; Long and Hadden 1983; Richardson 1985).

I wreszcie badania naukowe (którymi objęto m. in. grupy rzekomo tak "groźne" jak Kościół Zjednoczeniowy Moona, Hare Krishna czy Scjentologia) nie potwierdziły istnienia tzw. syndromu sekty, czyli poważnych zaburzeń psychicznych wywołanych ponoć przez stosowanie groźnych psychotechnik. Wręcz przeciwnie - dla wielu "sekciarzy" przynależność do grupy okazywała się czymś w rodzaju... przydatnej psychoterapii. Skąd więc się wzięły zupełnie odmienne wyniki "ekspertów" takich jak Singer czy Hassan? Otóż jest to rezultat tendencyjnego doboru próbki, bowiem koncentrowali się oni głównie na osobach poddanych udanemu "deprogramowaniu" - czyli takich, które na życzenie swojej rodziny zostały porwane z siedziby grupy, a potem były przetrzymywane w zamknięciu i poddawane presji psychicznej (a czasem i fizycznej), w połączeniu z intensywną indoktrynacją. Jak się okazało, właśnie te traumatyczne przeżycia - których bolesność pogłębiał zapewne udział najbliższych - wywierały tak niekorzystny wpływ na psychikę ofiar. Innymi słowy, mamy do czynienia nie tyle z "syndromem sekty", ile "syndromem deprogramowania". 

Wszystko to najlepiej podsumowali Bromley, Shupe i Olivier w swojej książce "The Anti-Cult Movement" ("Ruch antysekciarski"): ". . . ogromna większość badań naukowych, i to niezależnie od zastosowanej metodologii - czy były to badania kliniczne, prowadzone w terenie, czy też sondaże - nigdy nie potwierdziła przyjętego przez organizacje anty-sekciarskie założenia, że większość członków "sekt" wstępuje do nich na skutek oszustwa lub psychologicznych manipulacji, pozostaje w nich wskutek zniewolenia i pod przymusem, a przynależność ta wywiera na nich znaczący niekorzystny wpływ".

III. ... a jednak nadal mity zamiast faktów


Żadne z tych odkryć nie dociera jednak do świadomości anty-sekciarzy, którzy wykazują się pod tym względem hermetycznością wręcz... sekciarską. "Eksperci" od sekt pisują swoje teksty tak, jakby cały ten pokaźny materiał badawczy w ogóle nie istniał, zaś w ostateczności reagują atakami ad personam. Na stronie znanego amerykańskiego pogromcy sekciarstwa, Ricka Rossa, naukowcy, którzy zajmowali się nowymi ruchami religijnymi i nie doszli do jedynych właściwych wniosków wymienieni są jako "apologetycy sekt". Również u nas o. Aleksander Posacki (na stronie internetowej Duszpasterstwa Służby Zdrowia diecezji kieleckiej) mówi o "apologetykach sekt", "naukowcach broniących sekt" i absurdalnie - ba, balansując wręcz na krawędzi karalnego pomówienia - denuncjuje szanowanego socjologa, prof. Eileen Barker, jako "oficjalnego adwokata sekty Moona". 
 
Nic dziwnego, że dusząc się we własnym sosie anty-sekciarze produkują coraz większe kurioza - na polskich stronach internetowych można przeczytać o dokonywanej przez sekty "wymianie matrycy pamięci" (?!), werbowaniu poprzez... urządzanie degustacji potraw wegetariańskich (przemożny urok tofu?), czy też osiąganiu "pełnej kontroli psychosomatycznej" (cokolwiek to znaczy) poprzez... korespondencyjne kursy angielskiego.

Wszystko to mogłoby być śmieszne, gdyby nie fakt, że ci ludzie są nadal brani poważnie i nadal mają moc kształtowania naszej rzeczywistości.. To do "infosektów" - bogatych mądrościami dr Margaret Singer - zwracają się po informacje policjanci, urzędnicy, nauczyciele, dziennikarze.... W rezultacie - według badań OBOP-u - kilka lat temu już dwie trzecie Polaków opowiadało się za zakazem działalności wszystkich sekt. Biorąc pod uwagę, jak wielu grupom przykleja się u nas etykietkę "sekty", mamy więc w istocie do czynienia z szerokim przyzwoleniem na ograniczanie wolności religijnej.

Jest to jednak przyzwolenie rzekome, osiągnięte dzięki manipulacji, większość badanych bowiem dała się po prostu nabrać na brednie o "praniu mózgu" i szczerze wierzy, że opowiada się przeciwko fabrykom ludzi-robotów. I taki jest właśnie cel działalności anty-sekciarzy - duchowych spadkobierców Inkwizycji. Istotą anty-sekciarstwa jest wykorzystanie mechanizmów demokracji do walki z nią samą, poprzez wmawianie ludziom, że bronią.... wolności jednostek (!), zniewolonych jakoby przez stosujące "pranie mózgu" monstra. Zatem walka z tym mitem - do której tym artykułem chciałabym zachęcić - jest więc nie tylko obroną niewielkiej społeczności polskich nie-chrześcijan. Jest to obrona demokratycznych wartości i sprzeciw wobec ogłupiania naszych rodaków. 

Warto przeczytać:

R. J. Lifton, "Thought Reform and the Psychology of Totalism"; 
Eileen Barker, "The Making of a Moonie"; 
Lorne L. Dawson, "Comprehending Cults - the Sociology of New Religious Movements"

w necie:

Joseph E. Davis, PhD, University of Virginia, "Thought Control, Totalism, and the Extension of the Anti-Cult Critique Beyond the 'Cults'"
James T. Richardson (University of Nevada, Reno), "A social psychological critique of "brainwashing" claims about recruitment to new religions"
J. Gordon Melton, "Brainwashing and the Cults: The Rise and Fall of a Theory"

Oryginalna publikacja znajduje się na stronie domowej autorki, wśród wielu innych ciekawych artykułów, które warto przeczytać: 
http://www.na-marginesie.yoyo.pl/


© Copyright by Anna Czajkowska (Faolan)
Wszelkie prawa do tego artykułu zastrzeżone przez autorkę! 
Licznik odwiedzin: 6964498 Ostatnia aktualizacja strony: 2017-02-23 10:22:53