Stowarzyszenie Macierz

Stowarzyszenie MACIERZ powstało jako organizacja zajmująca się ochroną Praw Człowieka, ekologią, promocją zdrowego odżywiania i funkcjonowania, działalnością charytatywną w różnych dziedzinach życia.

Ilość wejść: 64102


KRZYSZTOF OLEWNIK - Dramat Rodzinny z Korupcją i Mafią w Tle

Do stycznia 2009 już trzech zabójców Krzysztofa Olewnika popełniło tajemnicze samobójstwa w więziennych celach. Historia porwania, dręczenia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika z Drobina. Taka to zła karma czyli brzydki los, czy też kryminalny spisek powiązanych z mafią struktur państwa i władzy. Także refleksja pod rozwagę jak się przeciwstawiać korupcji i jak pomagać ofiarom policyjnych Szwejków. Polska policja potrafii - nachodzić i przetsępczo dręczyć lekarzy takich jak doktor Mirosław Garlicki  artystów takich jak Dorota Nieznalska, Krzysztof Kuszej czy Dariusz Bojda ale gdy mafijny gang porwie człowieka dla okupu to okazuje się, że cała polska policja działa jak Szwejk. Policjanci od początku wszystko robią źle i tak nieudolnie, że bezpieczniej wydaje się żyć bez policji. Podobnie ma się rzecz z Barbarą Blidą i sprawą jej niewyjaśnionej likwidacji. 

 

DRAMAT KRZYSZTOFA OLEWNIKA

Wiele jest ludzkich dramatów, ale niektóre zasługują na to, aby odnotowała je historia, chociażby dlatego, że widać na nich nadużycia władzy, zaniedbania policji, współpracę policjantów z mafią i wiele innych patologii oraz nadużyć przed którymi trzeba się bronić w każdych warunkach ustrojowych. Krzysztof Olewnik w chwili porwania miał zaledwie 25 lat. Drobin to mała miejscowość znana współcześnie chyba najbardziej z tego, że znajduje się tam w pobliżu, w Kucharach główna siedziba polskiej wspólnoty skądinąd spokojnych buddystów tybetańskich, w większości wegetarian. Buddyści wierzą, że generalnie nie należy zabijać zwierząt w celach konsumpcyjnych, a zła karma (zły los) spada na tych, którzy tak czynią, zabijając niewinne zwierzątka w celach konsumpcyjnych. Nie mniej ci buddyści z Drobina są w tej materii chyba najbardziej liberalni i zjadanie zabitych zwierzątek tolerują. Często są tam za to zloty medytujących, uzdrowicieli i jasnowidzów wszelkiej maści, którzy zjeżdżają na wspólne buddyjskie medytacje i pudże do Kuchar k/Drobina.

Karma (Los) rodziny Olewników, związanych z branżą rzeźną jest jakby na to nie patrzeć tak przykra, że nie do pozazdroszczenia. W krytycznym początku dramatu 25-letni młody biznesmen Krzysztof Olewnik mieszkał sam, kilkaset metrów od domu rodziców. Ojciec Krzysztofa jest właścicielem dużych zakładów mięsnych, zatrudnia prawie tysiąc osób, największy bodaj pracodawca w okolicy, nie licząc petrochemii w Płocku. To on pierwszy wszedł do domu syna, rano 27 października. - Przy drzwiach była duża kałuża krwi, dalej na podłodze widać było, że została sztucznie rozmazana – mówi Włodzimierz Olewnik. – Drzwi od basenu były otwarte, tak jakby ktoś z zewnątrz je otworzył. 

26/27 października 2001 - 25-letni Krzysztof Olewnik (ur. 1976 - zm. 5 września 2003), syn Włodzimierza, znanego przedsiębiorcy w branży mięsnej z Drobina pod Płockiem, zostaje uprowadzony tuż po imprezie towarzyskiej z udziałem policjantów z Płocka w swoim domu. Kilka dni później do rodziny zgłaszają się porywacze z żądaniem okupu. Rodzice 25-letniego wówczas mężczyzny znaleźli w jego domu tylko ślady walki i krew na ścianach. Kilka dni później zgłosili się porywacze, chcieli okupu. 

Lata 2001-03 - porywacze wyznaczają coraz to nowe miejsca przekazania okupu, ale go nie podejmują. Bliżsi i dalsi znajomi Olewników naprowadzają rodzinę na fałszywe tropy. Detektyw Krzysztof Rutkowski inkasuje kilkaset tysięcy, ale nie pomaga. Śledztwo prowadzi płocka policja pod nadzorem Komendy Wojewódzkiej w Radomiu i prokuratury w Warszawie. Włodzimierz Olewnik stuka do drzwi ministrów sprawiedliwości, szefów MSWiA, posłów, prosząc o pomoc, ale bez rezultatu. Krzysztof żyje przetrzymywany najpierw w piwnicy na działce pod Kałuszynem, potem w dole na szambo pod Różanem, przykuty krowimi łańcuchami do ściany. 

Lipiec 2003 - bandyci podejmują okup - 300 tysięcy euro - zrzucony z wiaduktu Trasy AK w Warszawie. Nikt ich nie próbuje namierzyć, nie śledzi, bo policjanci zalali pały z okazji swego święta policji i awansów. Bandyci jak twierdza duszą porwanego i ciało zakopują w lesie. 

 

DROBIN i Dramat Rodzinny

Drobin to miasto w woj. mazowieckim, w powiecie płockim, siedziba gminy miejsko-wiejskiej Drobin. W latach 1975-1998 miasto administracyjnie należało do woj. płockiego. Miasto jest ważnym węzłem drogowym. Rozchodzą się tu drogi do Warszawy, Torunia, Płocka, Ciechanowa i Baboszewa. Według danych z 31 grudnia 2004, miasto miało 3016 mieszkańców. Z XII wieku pochodzą pierwsze znane wzmianki, a w 1410 Drobin to miejsce postoju wojsk Władysława Jagiełły w drodze pod Grunwald. W 1511 Drobin uzyskał prawa miejskie. W 1863 roku Drobin to ośrodek ruchu powstańczego. W latach 1939-1945 wcielony do III Rzeszy, obóz pracy przymusowej i miejsce eksterminacji ludności żydowskiej. Pierwszą wzmiankę o Drobinie spotykamy w „Historii Polski” samego Jana Długosza,  pochodzi ona z 1172 roku. Wtedy to kasztelan wiski, Bolesta Jastrzębiec, po przegraniu nieuczciwego procesu z oszukańczym biskupem płockim Wernerem Rochem o jedną ze wsi – Karsko, „najechał go z grupą zbrojną w tej wsi i tu zamordował.”

Mordercą biskupa a raczej mścicielem był niejaki Bieniarz, brat kasztelana. Od tego czasu wieś Karsko nazwano Biskupicami. W lutym 1940 roku został założony obóz pracy dla Żydów, a w maju dla Polaków. Z kolei w marcu 1941 roku rozpoczęły się pierwsze deportacje Żydów. W tym czasie około 600 ludzi zostało wywiezionych samochodami do obozu w Działdowie. Stamtąd zabrano ich 14 marca pociągiem do Piotrkowa Trybunalskiego, gdzie osadzeni zostali w synagodze przy ulicy Jerozolimskiej. Część zmarła na tyfus, i zarazę, resztę zabrano do obozu w Oświęcimiu pod koniec 1942 roku. Z 600 Żydów drobińskich wywiezionych do Piotrkowa końca wojny doczekało tylko 6 osób. Pozostali po deportacji z marca 1941 roku – około 700 osób – zostali skoncentrowani w getcie i w grudniu 1941 roku przewiezieni do getta w Nowym Mieście k. Płońska. Takie to tradycje drzemią w Drobinie i okolicach. 

Dramat rodziny Olewników zaczął się w nocy z 26 na 27 października 2001 roku, kiedy to Wojciech Franiewski z trzema wspólnikami z Nowego Dworu Mazowieckiego uprowadził Krzysztofa Olewnika z jego domu pod Drobinem, a następnie więził w piwnicy domu letniskowego w Kałuszynie przykutego łańcuchami do ściany. W lipcu 2003 roku porywacze wzięli za syna potentata w branży mięsnej 300 tysięcy euro okupu, za który nieźle się urządzili. Niecałe dwa miesiące później porwanego udusili, a owinięte w metalową siatkę zwłoki zakopali w lesie. Wpadli dopiero po czterech latach, bo wprawdzie policja namierzyła ich nieco wcześniej, ale rzekomo nie miała dowodów, by ich zatrzymać, czy raczej nie chciała ich zatrzymać.

W 2005 roku funkcjonariuszom udało się znaleźć świadka, Piotra S., który obciążył kilku porywaczy. Rok później jeden z nich - Sławomir Kościuk - zaczął sypać wszystkich dziewięciu wspólników, lecz przed sądem stanęło tylko ośmiu, jako że Wojciech Franiewski popełnił samobójstwo w celi aresztu kilka dni po zapoznaniu się z oskarżeniem i obciążającymi go dowodami. Sławomir Kościuk i Robert Pazik, którzy Krzysztofa Olewnika udusili, zostali w kwietniu 2008 roku skazani na dożywocie. Kilka dni po wyroku ten pierwszy także popełnił samobójstwo. Ireneusz Piotrowski, który wskazał Olewnika jako idealny cel porwania i pilnował chłopaka, dostał 14 lat więzienia. Trzej gangsterzy z Nowego Dworu Mazowieckiego, który porwali Krzysztofa z jego domu - Piotr Sokołowski, Cezary Witkowski i Artur Rekul - mają wyroki od 15 do 12 lat. Pomagającego przy odbiorze okupu Stanisława Owsiankę sąd skazał na osiem lat. 

Jak podano 30 października 2006 roku Policja odnalazła zwłoki Krzysztofa Olewnika, syna podpłockiego biznesmena, porwanego dla okupu pięć lat wcześniej, czyli w 2001 roku. Informację o przełomie w beznadziejnym, wydawałoby się, śledztwie potwierdził w październiku 2006 roku Janusz Kaczmarek, prokurator krajowy. - To jest przykład porwania, w którym sprawcy od samego początku wiedzieli, że ofiara zostanie zabita - powiedział w rozmowie z "Gazetą" Kaczmarek. Chociaż w polskim ustawodawstwie nie brak paragrafów, dotyczących ścigania kidnappingu, w sprawie uprowadzenia Krzysztofa Olewnika naruszono wszelkie możliwe normy, z tajemnicą państwową i bankową włącznie bo gangsterzy znali aktualne wyciągi bankowe z konta ojca ofiary, zaś zwyczajni obywatele, nie znajdując pomocy u państwowych instytucji, znaleźli się pod presją wszelkiego rodzaju naciągaczy od samozwańczych detektywów po nie zweryfikowanych pseudo-jasnowidzów.

Bardziej szkodliwym jednak jest detektyw naciągacz od jasnowidza, który z góry może podać jedynie jakieś odczucia czy symbole, które nie zawsze mogą być czytelne. Od detektywa wymaga się rzetelnej materialnej pracy śledczej, a od jasnowidza raczej pocieszenia i może czasem jeszcze tylko cudu. Niedbalstwo, naruszanie tajemnic śledztwa i lekceważenie dowodów rzeczowych przyczyniło się w oczywisty sposób do śmierci porwanego. Aparat państwowy RP wykazał się bezprzykładną indolencją.

 

UPROWADZENIE KRZYSZTOFA

Krzysztof Olewnik, syn potentata branży mięsnej z Drobina pod Płockiem, został uprowadzony w nocy z 26 na 27 października 2001 r. Dwa lata później, w rozmowie jaką "Gazeta" przeprowadziła z jego rodzicami, Włodzimierz i Ewa Olewnik mówili: - 27 października 2001 roku próbowałem dodzwonić się do syna - nie odpowiadał. Krzysztof Olewnik mieszkał wtedy w Świerczynku k. Drobina. Poprosiłem jego przyjaciela i współwłaściciela ich firmy, Jacka K., żeby sprawdził, co się dzieje. Jacek za jakiś czas zatelefonował, że stało się coś złego, że dom Krzysztofa jest otwarty, wszędzie pełno krwi. Wtedy braliśmy pod uwagę uprowadzenie, zabójstwo, wszystko. Zawiadomiliśmy policję i detektywa Krzysztofa Rutkowskiego. W nocy z 28 na 29 października zadzwonił telefon. Usłyszeliśmy głos Krzysztofa, odczytywał tekst, który ktoś mu napisał. Powiedział: "Tato, to uprowadzenie. Chcą okupu". Krzysztof miał przytłumiony głos. To był głos przerażonego, pobitego człowieka.

To był dopiero początek gehenny rodziny Olewników. Porywacze zaczęli domagać się pieniędzy, za każdym razem na miejsce spotkań wyznaczali inne miejsca: cmentarze, okolice świętych figurek. W sumie członkowie rodziny Krzysztofa aż kilkanaście razy próbowali przekazać okup. Kontaktowali się z nami telefonicznie, w słuchawce za każdym razem słychać było głos Krzysztofa nagrany na dyktafon. Wiedzieliśmy, że żyje, mówił o aktualnych wydarzeniach. Tylko raz zatelefonował "na żywo", ale nie udało się z nim sensownie porozmawiać - mówili państwo Olewnikowie. - Za każdym razem mówił nam, gdzie powinniśmy pojechać. Tam znajdowaliśmy listy z kolejnymi instrukcjami - gdzie i kiedy zostawić pieniądze. Dnia 24 lipca 2003 porywacze w końcu podjęli okup, gdyż rodzina Olewników zrzuciła z warszawskiego wiaduktu 300 tysięcy euro. Na wyznaczonym miejscu nie było jak zwykle nikogo. - Nie mieliśmy żadnej pewności, że kiedy zapłacimy, syn wróci, pozostawała tylko nadzieja, ale Krzysztof nie wrócił do domu. Telefony z instrukcjami się skończyły. Teraz nie było już żadnych śladów.

 

KOŚCIUK PRZERWAŁ MILCZENIE

Śledztwo prowadziło bezskutecznie kilka prokuratur. W czerwcu 2004 roku policyjny samochód z wszystkimi 16 tomami akt sprawy, został skradziony na jednej z warszawskich ulic. Do dziś nie wyjaśniono tego zdarzenia, chociaż gangsterzy w warszawskich aresztach chwalą się swoimi dokonaniami i cieszą znajomościmi z tymi, którzy porwania samochodu dokonali. Dzięki uporowi ojca uprowadzonego Krzysztofa sprawa trafiła do Olsztyna, do prokuratora, który miał wielkie sukcesy w prowadzeniu podobnych śledztw. Postępowanie osobistym nadzorem objął także prokurator krajowy, którego jedną ze specjalizacji były właśnie porwania dla okupu. - Rodzina przychodziła nawet na moje wykłady o porwaniach. Byli pełni nadziei, że chociaż ciało zostanie odnalezione. Ale tak naprawdę, szukali cienia szansy, że chłopak żyje. Tłumaczyłem, że po tylu latach, praktycznie nie ma na to szans - opowiada Kaczmarek. 

Wreszcie niemal w piątą rocznicą porwania, nastąpił przełom. Śledczy poznali miejsce ukrycia zwłok, które wskazał jeden z zatrzymanych w tej sprawie. Przypomnijmy, że pierwsze takie zatrzymanie miało miejsce w grudniu 2005 roku. Mieszkaniec Warszawy Sławomir Kościuk miał zdaniem prokuratury przekazywać rodzinie Olewnika wskazówki, gdzie zostawić okup. Potem za kratki trafił jeszcze Eugeniusz D., ps. "Gienek", postać znana w Sierpcu i okolicach. Rodzina porwanego od początku uważała, że D. maczał palce w porwaniu. - Dwa lata temu obiecał, że przywiezie mi syna - po jego zatrzymaniu mówił "Gazecie" Włodzimierz Olewnik. - Dodał, że da mi dowód, iż miał kontakt z Krzysztofem: list napisany jego ręką, o uzgodnionej treści. I faktycznie, "Gienek" przyniósł mi taki list. Dałem mu część pieniędzy, ponad 100 tys. zł, ale Krzysztofa nie zobaczyłem. Potem za kratki trafiła już trzecia osoba podejrzana o udział w porwaniu, Wojciech S. z Warszawy. Wszyscy podejrzani o związek ze sprawą Olewnika milczeli. Niewykluczone, że w końcu któryś z nich zdecydował się to milczenie przerwać.

 

TRZYMANY W BETONOWYM SZAMBIE

W końcu października 2006, w nocy z soboty na niedzielę w miejscowości Różan na Mazowszu odkopano ciało młodego mężczyzny. Dnia 29 X 2006 roku nadeszły wyniki badań DNA potwierdzające, że to Krzysztof Olewnik. Jak się dowiedzieliśmy, został zamordowany trzy tygodnie po odebraniu okupu. Przez cały poniedziałek policjanci zatrzymywali członków gangu odpowiadającego za porwanie. Wśród ujętych są gangsterzy o pseudonimach "Żaba", "Bokser", "Rudy". Tworzyli oni grupę działającą na terenie Mazowsza oraz Warmii i Mazur. Byli wyjątkowo brutalni, ale i dobrze zorganizowani.

Specjalnie dla celów porwania, kupili jak twierdzą działkę, na której przetrzymywali swoją ofiarę. Wybudowali na niej betonową studnię, gdzie trzymali uprowadzonego, uwiązanego krowim łańcuchem. Faszerowali go środkami psychotropowymi i kazali pisać listy do rodziny. Jeszcze przed podjęciem okupu wykopali dwumetrowy dół, w którym później ukryli zwłoki. - O odnalezieniu syna dowiedziałem się z prokuratury. Jest mi ciężko - mówił Włodzimierz Olewnik. W garażu w Kałuszynie Krzysztof Olewnik szprycowany był końskimi dawkami clonazepamu, leku stosowanego przy padaczce, napadach lęku, w psychozach. Uspokaja, rozluźnia mięśnie, wywołuje senność i silne skutki uboczne. Po clonazepamie nikt nie czuje się zagrożony, bo jest zaćpany. Skąd gangstery mają dostęp do silnego leku psychptropowego na receptę, tego nie wiadomo. 

 

RELACJA ZABÓJCY OLEWNIKA

Dnia 5 listopada 2007 roku w Płocku rozpoczął się proces porywaczy i zabójców Krzysztofa. Relacja jednego z oskarżonych była wstrząsająca. Wiele zła wyrządziłem rodzinie Olewników. Dziś chcę ją prosić o przebaczenie - mówił we wtorek w listopadzie 2007 roku, na początku procesu porywaczy Krzysztofa Olewnika, Sławomir Kościuk. To on trzymał zawiniętego w worki mężczyznę, gdy jego kompan dusił ofiarę. - Początkowo nie przyznawałem się do winy - potwierdzał przed sądem Sławomir Kościuk. To 51-letni mieszkaniec Warszawy, bez wykształcenia, zarabiał na życie jako bagażowy w Locie. - Ale wyrzuty sumienia nie dawały mi spać, jeść, dlatego rok po aresztowaniu postanowiłem powiedzieć, jak było naprawdę. Faktycznie sypał kolegów w zamian za obietnicę złagodzenia kary.  Kościuk opowiadał, że nie było go przy uprowadzeniu Krzysztofa. - Dowiedziałem się o tym później - mówił. - Dzień po porwaniu pojechałem do Wojciecha F. Chciał, żebym wynajął na swoje nazwisko jego domek letniskowy w Kałuszynie w powiecie mińskim. Pojechaliśmy tam, po drodze spotkaliśmy Artura R. i Cezarego W., a oni kazali mi się przesiąść do ich poloneza. 

Wtedy któryś powiedział, że "on leży z tyłu". Mężczyzna był związany, na głowie miał kominiarkę z zalepionymi oczami. W Kałuszynie musiałem mu pomóc wysiąść. Wtedy nie wiedziałem, że to Krzysztof Olewnik. Z zeznań Kościuka wynika, że Wojciech Franiewski kazał mu pilnować Krzysztofa, po godzinie wrócił z długim prętem. - Przewiercił ścianę garażu w dwóch miejscach, przełożył pręt przez dziury i z jednej strony do końcówek przymocował łańcuchy, które miały ze dwa metry długości - kontynuował Sławomir Kościuk. - Śruby zniszczył, aby nie można było ich odkręcić. Do tych łańcuchów był przywiązany Krzysztof Olewnik. Jeden łańcuch miał na szyi, drugi na nodze. W środku były jeszcze materac, telewizor, lampka i wiadro na nieczystości. Na koniec Franiewski uruchomił kamerę przemysłową i podłączył do telewizora na górze domu. Pozwalała obserwować to, co dzieje się w garażu. - Następnego dnia przywiozłem jedzenie, ale ten mężczyzna powiedział, że nie jest głodny - dodawał Kościuk. - Potem przez całe następne dwa lata woziłem jedzenie, może nie codziennie, ale byłem tam trzy, cztery razy w tygodniu. 

Domyślił się po "997"

Sławomir Kościuk nie potrafił sam, od początku do końca, opowiedzieć o tym, co działo się w czasie porwania Krzysztofa Olewnika. Sąd zaczął wtedy czytać jego wyjaśnienia z października 2006 roku, z dnia, w którym się złamał i zaczął opowiadać śledczym o porwaniu i zabójstwie syna biznesmena. Mówił wówczas m.in.: - Któregoś dnia Ireneusz Piotrowski kazał mi nagrać program "997" i przywieźć do Kałuszyna. Obejrzał to nagranie i natychmiast kasetę zniszczył. Wtedy domyśliłem się, że trzymany w garażu mężczyzna to Krzysztof Olewnik. Raz, jak nikogo nie było, zszedłem na dół, zapytałem, jak się czuje, ale powiedział, że nic mu nie potrzeba. Zarośnięty był bardzo. I to mimo że Franiewski dwa razy go strzygł, a mi kazał wynosić włosy. Wynosiłem je w reklamówkach, które otwierałem powoli, tak żeby wiatr rozwiał włosy. 

Według Kościuka wszystko zaczęło się od Ireneusza Piotrowskiego: - To on potrzebował pieniędzy i chciał zwinąć Olewnika. Musieli go obserwować wcześniej, bo Piotrowski wiedział, że mógł to zrobić, gdy Krzysztof wracał z dożynek. Kiedy ostatecznie po niego pojechali, to Wojciech Franiewski wszedł do domu Olewników przez uchylone drzwi balkonowe w czasie jakieś imprezy. Poczekał, aż wszyscy sobie pójdą i wtedy wpuścił innych. Miał automatycznego skorpiona, którym ogłuszył Olewnika. W Kałuszynie chłopak był trzymany aż do pobrania okupu i jeszcze dłużej. W okup już byłem wtajemniczony. Zwlekali z jego zabraniem, bo bali się policji i nie mieli pomysłu, jak go podjąć. Raz była próba, by sprawdzić, czy rodzina Olewnika współpracuje z policją.

Bliscy Krzysztofa mieli wyrzucić okup z pociągu, który ktoś obserwował z dachu swojego domu. W końcu mieli podrzucić pieniądze przy trasie toruńskiej, przez otwór w barierze dźwiękochłonnej, tak by spadł na drogę niżej. Miejsce było oznakowane palącymi się zniczami. Wzięliśmy okup i wsiedliśmy do samochodu, pojechałem na drugą stronę rzeki, pod most. Otworzyłem okna, rozlałem benzynę i podpaliłem samochód, był skradziony specjalnie do odebrania pieniędzy. Przesiedliśmy się do dużego fiata, a Ireneusz Piotrowski i Stanisław Owsianko sprawdzali pieniądze i czy nie ma tam GPS-u. Nie spodziewałem się, że tyle euro w banknotach o nominale 500 to taka mała paczka. 

Powiedział, że Krzysztof nie żyje

Na koniec przesłuchania, w roku 2006, Sławomir Kościuk powiedział: - Długo szukaliśmy działki, na którą mogliśmy zabrać Olewnika. Wojciech Franiewski nie chciał go dłużej trzymać w Kałuszynie. Kupiłem w końcu działkę na własne nazwisko, a złożyłem się na nią z Ireneuszem Piotrowskim. Wojciech Franiewski wpadł na pomysł, by przygotować tam szambo, w którym można by trzymać Krzysztofa Olewnika. Zrobił nam je ktoś miejscowy. Olewnika przewiozłem Polonezem, którego też kupiłem za pieniądze z okupu, jechałem bocznymi trasami. Żeby się nie pogubić, dzień wcześniej oznakowałem drzewa. Powiem prawdę: Krzysztof Olewnik nie żyje, jest obok śmietnika, z pięć kilometrów od tej działki. To Robert Pazik go udusił, chłopak był skrępowany, miał skute ręce. Robert Pazik założył mu na głowę czarne torby, takie na śmieci, i przytrzymał, żeby powietrze nie dochodziło. Nie pomagałem dusić, Olewnik leżał na wznak, ja trzymałem go za nogi. Potem długo kopaliśmy dół. Przed wyjazdem z działki wyczyściliśmy szambo, zabraliśmy koc i materac, odzież. Pojechałem do Franiewskiego i powiedziałem: "Koniec". On wymyślił, że zadzwoni do rodziny i powie, że za karę chłopak wróci, ale dopiero za dwa lata, żeby go nie szukali. Zamordować Olewnika Wojciech Franiewski i Ireneusz Piotrowski planowali dawno, ale to Franiewski zdecydował, żeby to zrobić. Nikt mu się nie sprzeciwiał. Raz powiedziałem, że można by Olewnika wypuścić, to się na mnie rzucił i mocno pobił. A Ireneusz Piotrowski powiedział do mnie i Roberta Pazika, że "skoro nie było was przy porwaniu, to właśnie my go zabijemy". Robert Pazik wymyślił, jak to zrobić. 

Krzysztof czekał na ratunek

Skrępowany i udręczony Krzysztof Olewnik spędził w zamknięciu dwa lata. W tym czasie porywacze wodzili z pomocą swoich koneksji za nos zrozpaczoną rodzinę Olewników, policję i kolejne prokuratury, które zajmowały się sprawą. Kiedy w lipcu 2003 roku w końcu podjęli okup w kwocie 300 tysięcy euro, najpierw przenieśli porwanego mężczyznę z piwnicy do szamba na działce w lesie pod Różanem w pobliżu Makowa Mazowieckiego, a potem tam udusili. Nad sprawą pracowało wiele zespołów policji i prokuratur. Dopiero Prokuratura Okręgowa w Olsztynie sprawę rozwikłała, dzięki policjantce z olsztyńskiego CBŚ. Przed Sądem Okręgowym w Płocku prokuratura postawiła 11 osób oskarżonych o udział w zorganizowanej grupie, która uprowadziła, dręczyła i zabiła młodego mężczyznę. Każda z nich ma inne zarzuty - jedni te najcięższe, inni tylko udzielania pomocy w porwaniu. Osiem osób jest aresztowanych, trzy znajdują się tylko pod dozorem policji. Nie ma między nimi Wojciecha Franiewskiego, któremu przypisuje się kierowanie całą akcją. Powiesił się wedle wersji oficjalnej w areszcie, osiem miesięcy po tym, jak Sławomir Kościuk zaczął mówić.

Ten ostatni razem z Robertem Pazikiem, 38-letnim stróżem nocnym z Drobina, odpowiadają za uprowadzenie, dręczenie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika. Pozostali: Ireneusz Piotrowski, 44-letni elektromonter z Drobina, Piotr S. 34-letni robotnik budowlany z Nowego Dworu Mazowieckiego, Artur R., 32-letni kierowca z Nowego Dworu Mazowieckiego, i Cezary W., 32-letni ślusarz z Nowego Dworu Mazowieckiego oraz Stanisław O., 50-letni mechanik z Wyszkowa są zamieszani w uprowadzenie mężczyzny. Ale to nie są jedyne zarzuty pod ich adresem. Czterech z tej grupy jednej z nocy napadło na rodzinę śpiącą w domu. Wykorzystali to, że alarm był wyłączony, wyłamali drzwi i zaatakowali. Skrępowali troje dzieci: 13-letniego chłopca, 11- i 7-letnią dziewczynkę oraz ich matkę, którą potem polewali wrzątkiem, by się przyznała, gdzie w domu schowała pieniądze i kosztowności. Kobieta wyszła z tego z poważnymi poparzeniami. Poza tym mężczyzn oskarża się o cały szereg włamań i kradzieży. Proces, który wczoraj się zaczął, potrwa pewnie kilka miesięcy. 

Gang chciał porwać siostrę i zabić ojca Krzysztofa Olewnika

Piątek dnia 15 listopada 2007 roku był kolejnym dniem procesu porywaczy, zabójców i dręczycieli Krzysztofa Olewnika. Bandyci planowali oraz przygotowywali porwanie również siostry Krzysztofa Olewnika oraz zabójstwo jego ojca. Przez dwa lata przykutego do ściany garażu łańcuchami więzili, dręczyli i - jak mówią niektórzy z jego oprawców - także bili metalową rurką. Jakiś czas podawali mu clonazepam - silny lek psychotropowy, który uspokaja, rozluźnia mięśnie, działa przeciwlękowo i nasennie - więc Krzysztof zachowywał się spokojnie. Ale buntował się także, modlił, wyzywał i płakał. A porywacze wywoływali w nim depresję, mówiąc, że rodzinie bardziej zależy na ich złapaniu i na pieniądzach niż na jego życiu. Krzysztof Olewnik doczekał się zapłacenia okupu przez bliskich, ale nie doczekał wolności. Dwóch z oskarżonych go udusiło. Dnia 15 listopada 2007 roku wyjaśnienia przed sądem składał Ireneusz Piotrowski - elektromonter z Drobina, "Bokser" czy też "Bokserek", sąsiad rodziny Olewników. Ten, który "wystawił" Krzysztofa. 

Więzienne Opowiadania

Z wyjaśnień oskarżonych w czasie rozprawy o uprowadzenie i zabicie Krzysztofa Olewnika wynika, że grupą kierował Wojciech Franiewski - mieszkaniec Warszawy. Z Ireneuszem Piotrowskim poznali się w latach 90-tych, gdy razem siedzieli w więzieniu. Był to półotwarty zakład karny, w dzień cele nie były zamknięte i więźniowie spotykali się. Rozmawiali o różnych rzeczach - wyjaśniał przed sądem Ireneusz Piotrowski. - Najczęściej o tym, jak zrobić duże pieniądze. Franiewski powiedział kiedyś, że najlepiej jest porwać kogoś bogatego i wziąć okup. Tylko że on nikogo takiego nie zna. Wtedy powiedziałem, że ja znam - dodał. "Bokser" opowiedział Wojciechowi Franiewskiemu o dwóch rodzinach. Wskazał dzieci zamożnego masarza z Raciąża oraz syna Włodzimierza Olewnika - potentata w branży mięsnej.

Wkrótce potem obejrzeli w telewizji program o zakładach mięsnych Olewnika. Pierwsza ofiara szybko odpadła, bo okazało się, że mieszka z rodziną. Porwanie byłoby trudne, ale Krzysztof Olewnik mieszkał sam. Ireneusz Piotrowski wraz z innym mieszkańcem Drobina Robertem Pazikiem mieli pokazać Franiewskiemu, jak wygląda syn biznesmena, ale bezpośrednio w porwaniu nie brali udziału. Mieli donosić, co będzie się później działo w Drobinie, i musieli zachowywać się naturalnie. Krzysztofa Olewnika zaskoczyli w nocy, gdy oglądał telewizję, wywieźli i trzymali większość czasu w Kałuszynie pod Mińskiem Mazowieckim. W tym czasie próbowali wziąć okup. Wyjaśnienia kilku oskarżonych w tym punkcie się zgadzają: nie mieli trochę pomysłu jak to bezpiecznie zrobić. 

Czy zapłaci za dwoje dzieci?

- Wojciech Franiewski planował też uprowadzenie córki Włodzimierza Olewnika - usłyszeli w sądzie od Ireneusza Piotrowskiego. - Nie wiem, jak ma na imię, chyba Danka. Wiem, że jest młodsza, ma męża lekarza i studiowała w Anglii. Bo Franiewski wymyślił sobie, że jak Olewnik nie chce zapłacić okupu za jedno dziecko, to na pewno zapłaci za dwoje swoich dzieci. Wiedzieli, że siostra Krzysztofa ma szkołę. Wiele wiedzieli od Krzyśka, poza tym przy porwaniu zabrali teczkę ze zdjęciami, dokumentami, fakturami, wyciągami z kont - wyjaśniał Ireneusz Piotrowski. Kobietę namierzało pięciu bandytów. Ustalili, gdzie znajduje się jej mieszkanie. Wycofali się, ponieważ "nowodworscy" - trzej porywacze z Nowego Dworu Mazowieckiego, którzy uprowadzili też Krzysztofa - wycofali się. Ochroniarz ze szkoły zrobił im zdjęcie, gdy kręcili się w pobliżu. Poza tym doszli do wniosku, że siostra porwanego może spodziewać się uprowadzenia i ma GPS-a pod skórą. 

Starego Zabić za Szum Medialny

Wydaje się to niemożliwe, ale jednak: już po zabójstwie Krzysztofa Olewnika zdecydowali, że zastrzelą także jego ojca. - Bo robił szum wokół sprawy, przez niego ukazywały się artykuły w prasie - tłumaczył Ireneusz Piotrowski. I wyjaśniał: - Pojechałem z Robertem Pazikiem do Wojciecha Franiewskiego. Najpierw opierdolił mnie za wpadkę policją, gdyż na działkę, na której więziony był Krzysztof Olewnik, przyjechała policja, która szukała Ireneusza Piotrowskiego po tym, jak go złapała na jeżdżeniu samochodem pod wpływem alkoholu. Mało brakowało, by odkryli ukryte więzienie. Potem powiedział, że jeśli chcę się poprawić, to mam "puknąć" Włodzimierza Olewnika. Powiedział, że mam strzelać prosto w głowę, i przyniósł zawinięty w coś pistolet. To był rewolwer gazowy przerobiony do strzelania ostrą amunicją, miał mały kaliber. Dał mi też szmatkę do czyszczenia broni i pudełko z amunicją. Miałem go namierzyć, sprawdzić, gdzie i kiedy jeździ. Robert Pazik zawiózł mnie z powrotem do Drobina. Pytałem go po drodze, jak mam to zrobić, a on mówił: "Skoro chlałeś, to masz za swoje. Mnie Wojtek nic nie mówił [to Robert P. udusił Krzysztofa], niech każdy robi po swojemu". Nie miałem zamiaru zabijać Włodzimierza Olewnika. Zakopałem pistolet i wpadłem w cug alkoholowy, pobiłem się i ktoś ugodził mnie nożem. Jak wróciłem do Franiewskiego, ten kazał mi zaszyć esperal. Kazał mi kupić starter do telefonu i zapowiedział, że będzie mnie teraz kontrolował, ale esperal wydłubałem. Po świętach wróciłem do Wojtka i powiedziałem, że Olewnik jest chory. Franiewski na to, że może "sam zdechnie", więc "nie będziemy wsadzać kija w mrowisko".

 

TERESIN: Ofiary Gangu Franiewskiego

Wszyscy oskarżeni, którzy składali wyjaśnienia przed sądem, mówią jedno: Robiliśmy to, bo baliśmy się Franiewskiego. On nas terroryzował. Zganiają winę na swego niezyjącego herszta ale nie wiadomo czy jest to prawda czy tylko linia obrony. Ireneusz Piotrowski opowiadał, jak dzielili 300 tysięcy euro okupu i targowali się. Przed sądem odpowiadało 11 osób. Nie wszyscy są bezpośrednio zamieszani w porwanie i zabójstwo, mają różne zarzuty, także kradzieże czy pomoc w przestępstwie. Nie ma wśród nich Wojciecha Franiewskiego, który powiesił się w celi swojego aresztu. Troje bandytów odpowiada z wolnej stopy. Mężczyźni odpowiadający za uprowadzenie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika mają na koncie jeszcze co najmniej jeden brutalny napad - na rodzinę z Teresina. - Długo ze strachu zasypiałam na siedząco - mówiła ofiara tego ataku Ewa C. Porywacze Krzysztofa Olewnika trzymali skutego łańcuchami chłopaka przez dwa lata. Tłumaczą, że aby mieć pieniądze na jego utrzymanie i zorganizowanie odbioru okupu musieli kraść. Raz jednak poszli dalej i w lutym 2002 roku napadli na dom w Teresinie - miejscowość między Warszawą, a Sochaczewem. 

Skrępowali Nóżki i Rączki Dzieci

Artur Rekul, jeden z oskarżonych, spokojnie opowiadał przed sądem: - To Wojtek Franiewski, nieżyjący szef grupy, wpadł na ten pomysł. Mówił, że ten facet ma kasę, bo handluje na Stadionie Dziesięciolecia. Obliczał, że musi mieć w domu z 40 tysięcy zł. Na obserwację jeździliśmy peugeotem Sławka Kościuka, na napad pojechaliśmy dwoma samochodami. To była duża, ogrodzona willa. Auta zostawiliśmy 500 m przed nią, poszliśmy pojedynczo, żeby nie budzić podejrzeń. Poczekaliśmy, aż ten facet pojedzie handlować na stadion. Wyszedł z domu koło godziny 3 rano. Wtedy Wojtek otworzył drzwi od strony tarasu. Ewa C., drobna, niewysoka kobieta, drżącym głosem zeznawała na rozprawie: - Spałam na poddaszu razem z najmłodszą sześcioletnią córką. Byłam trochę chora i bałam się spać sama. Usłyszałam jakiś szelest na korytarzu i ciche kroki. Pomyślałam, że to mąż zbiera się do pracy. Zdziwiłam się, bo on zawsze trochę hałasował, a te kroki były naprawdę ciche. Zawołałam go po imieniu. Wtedy do pokoju wpadło dwóch mężczyzn. Oślepili mnie latarką i zatkali usta. Skuli mi ręce i nogi kajdankami, pytali, kto jeszcze jest w domu. Przyprowadzili do pokoju dzieci: 13-letniego chłopca i 11-letnią dziewczynkę. Poukładali je na łóżku obok siebie i skrępowali im rączki i nóżki. Starsza córka płakała. Sławomir C., dziś 19-letni student, jako 13-latek zeznawał policjantom prowadzącym śledztwo: - Obudziłem się, bo usłyszałem, że ktoś chodzi po korytarzu, i nagle do mojego pokoju weszło trzech mężczyzn w kominiarkach. Wszyscy byli na czarno. Jeden stanął nade mną, pozostali przeszukiwali pokój. Potem zaprowadzili mnie tam, gdzie były siostry i mama. Zatkali mi usta śmierdzącym ręcznikiem i związali. Mamę zabrali, zostałem z siostrami i z jednym z mężczyzn. Stał i patrzył w okno. Z dołu domu dochodziły jakieś odgłosy. 

Straszenie Cierpieniem Dzieci

Ewa C.: - Gdy dzieci już leżały, wyprowadzili mnie do drugiego pokoju i zakneblowali ręcznikiem. Głowę okleili mi taśmą, zostawili tylko oczy i usta, i kazali pokazać sejf. Byłam przerażona, bo przecież nigdy takiego nie mieliśmy. Kazali mi zejść piętro niżej. Nie mogłam iść przez kajdanki, więc mnie znieśli. Postawili na piętrze i kazali pokazać, gdzie mam pieniądze. Zorientowałam się, że w domu nie ma męża, i byłam jeszcze bardziej przerażona. Powiedziałam, że mam biżuterię i 800 zł pod materacem. Wtedy zanieśli mnie jeszcze piętro niżej i postawili. Jeden z nich miał jakąś rurkę albo kij baseballowy. Założyli mi opaski samozaciskowe i powiedzieli, że albo dam im pieniądze, albo mnie zakatują. Powiedziałam im, że obok mieszka moja rodzina i usłyszą mnie. To zanieśli mnie do kotłowni. Któryś przyszedł tam z czajnikiem pełnym wrzątku i zaczął mnie polewać. Lał po rękach i nogach, ale woda leciała mi też na twarz. Krzyczałam, że nie mam pieniędzy. Powiedzieli, że skoro nie chcę mówić, to przeze mnie będą teraz cierpieć dzieci. I poszli, zostawili mnie na betonie. Nie wiedziałam, co się dzieje, w domu zrobiło się cicho. Drzwi kotłowni zamknęli tylko na klamkę, ale nie mogłam do niej sięgnąć. Nagle usłyszałam straszny krzyk syna Sławomira. Potem okazało się, że krzyczał, bo chciał się oswobodzić i im bardziej szarpał się z opaskami, te mocniej się zaciskały. Wtedy dzieci zaczęły się kłócić i zorientowałam się, że ich już nie ma. Potem usłyszałam, że młodsza córka skacze po schodach, udało jej się częściowo wyplątać i zadzwonić do szwagierki, która mieszka obok. To ona pierwsza przybiegła, zobaczyła, co się stało, i pobiegła po męża. Próbował mnie uwolnić, ale nie udało mu się kajdanek rozpiąć. Nawet policjant miał z tym problem, bo okazało się, że były starego typu. Nie pamiętam już, czy otworzył je, czy przeciął. 

Ewa Mogła Stracić Kończyny

Sąd: - Z domu zabrało panią pogotowie?

Ewa C.: - Nie. Najpierw poszłam do dzieci.

Sąd: - Jak bardzo była pani poparzona?

Ewa C.: - Groził mi przeszczep skóry. Leczenie długo trwało, najgłębsze oparzenia były w miejscach, gdzie miałam kajdanki. Wrzątek wszędzie spływał, a tam się zatrzymywał. Lekarze zajęli się oparzeniami, ale zauważyli, że mam też poważne obrażenia od kajdanek. Powiedzieli mi, że gdybym dłużej została w piwnicy bez pomocy, to skończyłoby się to utratą kończyn. Dwa, trzy lata nie mogłam wychodzić na słońce. Do dziś zostały mi ślady, także na twarzy, ale nie mają one dla mnie znaczenia. Najgorsze ślady zostały w mojej psychice, chyba nie do zaleczenia. Długo po napadzie zasypiałam na siedząco, tak się bałam. 

Sąd: - Jak dzieci przeżyły napad?

Ewa C.: - Bardzo. Ze starszą córką musiałam jeździć do psychologa. Dlatego teraz prosiłam, by nie przesłuchiwać jej w sądzie jako świadka. Zresztą wszyscy byli w kominiarkach, nawet nie wiem, ilu dokładnie ich było. Przed napadem nie widziałam nikogo kręcącego się koło domu, choć dwa, czy trzy dni wcześniej zauważyłam koło domu samochód bez świateł. Marki nie pamiętam, to jeden z tych małolitrażowych. Krzysztof C., mąż napadniętej: - Żona do dziś ma uraz, a dzieci wszystkiego się boją, córka w nocy w domu sama nigdzie nie pójdzie. Z 11-osobowej grupy oskarżonej o uprowadzenie, dręczenie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika czterech mężczyzn odpowiada za napad na dom w Teresinie. Mężczyzna, który przyznał się do polewania Ewy C. wrzątkiem, to 32-letni Artur Rekul z Nowego Dworu Mazowieckiego. To jeden z tych, którzy uprowadzili Krzysztofa Olewnika. Żaden z nich nie widział, jak zeznaje Sławomir C. Sąd zgodził się, by na czas jego zeznań oskarżonych wyprowadzić. - To byłby dla niego za duży stres - tłumaczyła jego matka. 

 

POLICJA WSPÓŁPRACUJE Z GANGIEM

Na drugi dzień po porwaniu przyjeżdżają policjanci, również ci, którzy wieczór wcześniej byli na imprezie u młodego Olewnika. Robią pierwsze, być może celowe błędy, bo nie zabezpieczają śladów. Na przykład telefonu, który Krzysztof chwycił i chciał zadzwonić do ojca. Na słuchawce musiały być odciski palców Franiewskiego, który wyrwał mu ten telefon z ręki, co wyjdzie na jaw potem. A odciski Franiewskiego, faceta po kryminale, są w policyjnej bazie danych. Śledztwo mogłoby się zakończyć, zanim by się na dobre zaczęło, ale nikt odcisków z aparatu telefonicznego nie zdejmuje - to wersja rodziny. Policja broni się, że komórkę Krzysztofa znalazła potem, w spalonym bmw. Bandyci twierdzili, że komórkę zabrali ze sobą i wyrzucili po drodze. W domu porwanego policja znajduje natomiast włos, jak się potem okaże - Kościuka. Skąd się tam wziął, skoro Kościuk nie brał udziału w porwaniu tego nie wiadomo. Teoretycznie mógł zostać przeniesiony przez inną osobę, np. Franiewskiego, ale prawda może tak wyglądać, że porywacze nie powiedzieli wszystkiego. 

Krzysztof Olewnik trzyma pod pachą kolejne listy do swojej rodziny. Całymi godzinami, bo Franiewski chce, żeby przesiąkły tylko jego zapachem. Każe więźniowi czytać do dyktafonu kolejne instrukcje, w których wyznacza miejsca odbioru listów - cmentarze, święte figurki, oznaczone palącymi się zniczami pobocza dróg. - Tych wyjazdów było kilkanaście, może więcej - Danuta nie pamięta już dokładnie. - W listach żądania posłuszeństwa, zakazy współpracy z policją. W końcu dostają instrukcję, jak przekazać pieniądze. Przyjaciel i wspólnik porwanego Jacek Krupiński jedzie pociągiem do Łodzi z paczką wypełnioną banknotami. Ma czekać na sygnał i wyrzucić ją przez okno. Wreszcie dzwoni telefon. W słuchawce głos Krzysztofa. Płacze: "Jacek, wracaj, pieniądze były kserowane". Przekazania okupu nie będzie. - Pieniądze rzeczywiście były kserowane, na żądanie policji. - przyznaje Krupiński: - Tak, były. Jeszcze zanim wróciłem do domu, odebrałem drugi telefon. Znowu usłyszałem Krzysztofa. Pytał: "Kto współpracuje z policją? Ania czy Krupek?. Dla Olewników to pierwszy bezpośredni dowód, że porywacze mają w policji informatora, a właściwie wspólnika w tym zbrodniczym procederze. Takich dowodów było znacznie więcej. 

Choć policja zna treść wszystkich rozmów i listów od porywaczy, tylko Włodzimierz Olewnik wpada na pomysł, żeby ich treść pokazać specom z Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie. Osobiście wiezie listy. Tam psycholog stwierdza, że autorem może być policjant. W pismach są bowiem  charakterystyczne "policyjno- prokuratorskie" sformułowania. A słowo "policja" zawsze pisane jest wielką literą. To może być kolejny ślad, że prawdziwym bossem gangu jest gliniarz, a Franiewski tylko wykonawcą czarnej roboty. Argumenty przeciw takiej tezie: przestępcy po wyrokach też znają taki język - z akt swoich starych spraw, z przesłuchań w komisariatach, z wystąpień prokuratorów przed sądem. Policjanci też przesiąkają językiem bandytów, klawisze - więzienną grypserą. A "Policja" wielką literą po prostu pisał sam Krzysztof, któremu bandyci dyktowali treść listów. Tyle, że przestępcy unikają zwykle używania żargonu policyjno- prokuratorskiego, aby się nie pohańbić przed kolegami po fachu. 

Po jednej z rozmów z porywaczami Krupiński obiecuje gangsterom, że nie będzie rozmawiał z funkcjonariuszami. Kiedy zostaje wezwany na przesłuchanie, przebiera się i jedzie do komendy pożyczonym samochodem. Kilkanaście minut po wyjściu z "tajnego" przesłuchania odbiera telefon: "K..., oszukałeś nas!". Tu przypomnijmy sobie kserowane banknoty, o których wiedzieli gangsterzy. - Jestem przekonany, że mieli w policji swojego informatora - mówi dziś Krupiński. - Niekoniecznie człowieka, który prowadzi i utrudnia śledztwo, a może kogoś, kto siedzi pięć pokoi dalej, spotyka się z prowadzącymi śledztwo na korytarzu komendy i wyciąga od nich szczegóły. Policja oczywiście w ogóle nie brała takiej możliwości pod uwagę. 

Jest 636 doba od porwania - to święto policji bo 24 lipca to było święto policji. Funkcjonariusze w całym kraju na galowo, oficerowie na uroczystych odprawach odbierają medale i awanse, robić w terenie nie ma komu. Tego dnia siostra Krzysztofa i jej mąż na wezwanie gangsterów ruszają do Warszawy przekazać okup. Policja jak zwykle jest powiadomiona, że gangsterzy zorganizowali kolejną akcję odebrania okupu. - Dzwoniliśmy do nich od rana - opowiada Danuta Olewnik. - Zapewniali mnie, że kontrolują sytuację, że mnie ubezpieczają, że mam słuchać instrukcji porywaczy. W rzeczywistości nikogo nie było bo jaśnie policjanci świętowali. Nadkomisarz Minda: - Na miejscu przekazania okupu były służby operacyjne. W TVN 24 twierdził nawet, że było tam kilkanaście radiowozów. - Ani z Radomia, ani z Płocka nie wyjechał tego dnia do Warszawy ani jeden radiowóz - utrzymuje zgodnie z prawdą Danuta Olewnik. - A policja w Warszawie w ogóle nie wiedziała, że na ich terenie coś takiego się dzieje. Jednak godzinę po przekazaniu okupu na wiadukcie pojawił się warszawski funkcjonariusz. Co z tego jednak, skoro prosto stamtąd pojechał do Komendy Stołecznej Policji, by zameldować, że wiaduktu nie obejmują kamery monitoringu. Nie można więc wskazać sprawców porwania. Według prawników rodziny dopiero trzy dni później policjanci z grupy Mindy pojawiają się przy dziurze w barierze i na jezdni pod wiaduktem. Zatem długo trzeźwieli po święcie policji. Rzekomo policjanci  próbują "zabezpieczyć ślady", jednak żadnych śladów oczywiście już dawno nie ma. I tylko porywacze są zaskoczeni, że paczka z okupem jest taka mała bo 300 tysięcy euro w nominałach po 500 to zaledwie 600 banknotów. 

Wielu internautów z Drobina anonimowo bardzo współczuje państwu Włodzimierzowi i Ewie Olewnik, okropne żal im Krzysztofa, który był naprawdę dobrym chłopakiem i w niczym nie zasłużył sobie na taki los. Nie mogą sobie tylko darować że takie kreatury jak Bokser i Pedro zdobyły sie na taki czyn. Z tego co wiedzą internauci Pedro przez cały okres od porwania do zatrzymania go, był w pobliżu rodziny Olewników, przyjaźnił się z ich zięciem, był zapraszany na organizowane przez niego imprezy i być może dlatego znał i wiedział co dzieje sie w sprawie porwania.

Drobin jest specyficznym miejscem gdzie rządzą męty, przecież tam żyją rodziny Boksera i Pedra, a nawet jego brat oskarżony o pomoc w porwaniu, który chodzi sobie po ulicach jak gdyby nic sie nie stało, twierdzi że nic takiego nie zrobił, a przynajmniej sobie trochę pożył za pieniądze Olewnika, rodziny też nic nie warte, co nie wiedziały skąd nagle ich mężowie mają pieniądze i gdzie przebywają całymi tygodniami.

Policja też tu zawiniła, lecz Drobin to zamknięte środowisko, tu współpraca z policją uważana jest za donosicielstwo, a jak prowadzi się śledztwa na odległość najpierw z Płocka a później z Warszawy to raczej tam trudno dowiedzieć sie czegoś co pomogłoby w śledztwie. Aby pomóc rodzinie Piotrowskich z Drobina, Włodzimierz Olewnik zatrudnił matkę Grzegorza Piotrowskiego i także Roberta Pazika. Ten ostatni odpowiada dziś za uduszenie jego syna Krzysztofa. Można powiedzieć, że wyhodował sobie oprawców swego syna. 

Rodzinę próbowano skłócić. Jeden z prokuratorów do kręgu podejrzanych włączył siostrę Danutę Olewnik. Stwierdził, że z billingów wynika, iż po porwaniu utrzymywała kontakt z zaginionym bratem. To był moment przełomowy, a Włodzimierz Olewnik ani na chwilę nie zwątpił w lojalność swoich dzieci. Zaczął domagać się dowodów i wtedy prokurator wycofał się z oskarżeń. Przyznał, że popełniono omyłkę. – To nie był zwykły błąd, to celowa manipulacja, aby śledztwo pokierować nie przeciw sprawcom, ale naszej rodzinie – ocenia Włodzimierz Olewnik. – Ta prowokacja bardzo nas zjednoczyła. 

 

MILION DETEKTYWA RUTKOWSKIEGO

Zbigniew Ćwiąkalski, który był gościem "Salonu Politycznego Trójki" ujawnił, że były poseł Krzysztof Rutkowski otrzymał za pomoc rodzinie Olewnika około miliona złotych. Szef resortu sprawiedliwości mówił też, że rodzina Olewników zawierzyła wielu oszustom, którzy wyłudzali od niej kwoty od kilkudziesięciu do kilkuset tysięcy złotych. Minister, który opisywał kulisy śledztwa i procesu porywaczy i zabójców Krzysztofa Olewnika, mówił, że sprawa może mieć drugie dno. Zdaniem ministra, z całą sprawą związany jest układ pomiędzy policją, politykami i biznesmenami. Ćwiąkalski wyraził też przekonanie, że przypadek Olewnika pokazuje bezduszność i niemoc wymiaru sprawiedliwości w wymiarze ogólnoludzkim. 

Zdaniem Rutkowskiego wiele osób przy sprawie Olewnika chce "ugrać" własny kapitał polityczny. Detektyw przypomniał, że sam nie mógł zajmować się wtedy wyłącznie tą sprawą, ponieważ rozpoczynała się kadencja Sejmu, w której był posłem. Rutkowski przyznał, że istniała osoba, która była informatorem detektywów, a następnie współpracowała z rodziną Olewników, jednak nie była ona związana bezpośrednio z firmą Rutkowskiego. Pojawiające się w mediach informacje o tym, że za zajęcie się sprawą porwania Krzysztofa Olewnika miał zainkasować od rodziny porwanego około miliona złotych Rutkowski nazwał "kompletną bzdurą" i "absolutnym kłamstwem". Dodał, że takie nieprawdziwe informacje rozpuszczane są celowo, by zdyskredytować jego osobę "pod względem politycznym". - Do mojego biura rodzina Olewników wpłaciła 20 tys zł. Po przyjęciu ich zlecenia oddelegowałem do Drobina pięciu ludzi, którzy siedzieli tam 24 godziny na dobę. Dodatkowe dwie osoby zajmowały się tą sprawą w Warszawie.

Moi ludzie pracowali nad tym miesiąc i po tym czasie Olewnikowie wycofali zlecenie, bo woleli pójść układać się ze złodziejami i lokalnymi politykami SLD. Tym siedmiu osobom zapłaciłem więcej, niż te wpłacone na początku 20 tysięcy zł - zaznaczył Rutkowski. Rutkowski podkreślił, że jego biuro detektywistyczne poważnie zajęło się sprawą porwania Olewnika. - To moi ludzie ustalili nazwisko zamieszanego w sprawę Kościuka i przekazali je policji. Policja zatrzymała go, ale w prokuraturze pojawiła się siostra Kościuka, adwokatka, w towarzystwie znanego warszawskiego adwokata, którego nazwiska nie podam, i Kościuka zwolniono - mówił Rutkowski. Zapewnił także, że w sprawie porwania Olewnika ściśle współpracował z policją i był nawet w tej sprawie kilka miesięcy temu przesłuchiwany przez policjantkę z olsztyńskiego CBŚ. Zaznaczył, że chciał być w tej sprawie ponownie przesłuchany, ale mimo jego prób do tego nie doszło. 

Skazani za Porwanie i Zabójstwo Krzysztofa Olewnika

Sąd Okręgowy w Płocku postanowił, że nie będzie chronił mężczyzn skazanych za porwanie, więzienie, dręczenie i uduszenie Krzysztofa Olewnika, i zgodził się na publikację ich wizerunku. Rodzina zrobiła wszystko, co chcieliście, zapłaciła okup - mówiła sędzia Ewa Bońkowska-Konca, skazując w ostatni poniedziałek marca 2008 roku porywaczy Krzysztofa Olewnika. - Jak wy potraktowaliście jego życie? Jak dowód, który trzeba zlikwidować. W poniedziałek 30 marca 2008 roku przed Sądem Okręgowym w Płocku zakończył się ogłoszeniem wyroku trwający od października proces grupy ludzi, którzy uprowadzili, dręczyli w nieludzki sposób i w końcu udusili Krzysztofa Olewnika. Zabójcy usłyszeli: "Dożywocie". Jednak z 11 osób z ławy oskarżonych za udział w zorganizowanej, uzbrojonej grupie skazanych zostało siedem.

Pozostali otrzymali kary za przestępstwa luźno związane z uprowadzeniem Krzysztofa Olewnika, a jeden został nawet uniewinniony. Dramat syna potentata z branży mięsnej z Drobina zaczął się tak naprawdę gdzieś pod koniec lat 90-tych, kiedy w płockim więzieniu spotkało się dwóch więźniów - Wojciech Franiewski, właściciel warsztatu samochodowego z Warszawy, i Ireneusz Piotrowski z Drobina. Sąd zezwolił na ujawnienie wizerunku i danych personalnych skazanych porywaczy. - Czujemy do tych ludzi nienawiść i nie wstydzimy się tego, bo jesteśmy zwykłymi ludźmi. Chcę, byście umarli w więzieniu - mówiła podczas procesu Danuta Olewnik. - Psycholodzy mówią, że to rok, dwa i nam przejdzie. Psycholodzy zapewne nie zawsze wiedzą, co mówią, jak dowodzi życie. 

Robert Pazik

- 38 lat, drobinianin, sąsiad rodziny Olewników, bezdzietny, kawaler, sporadycznie pracujący, niekarany. Asekurował porwanie Krzysztofa Olewnika. To on właśnie udusił mężczyznę, zaciskając plastikowe worki na głowie ofiary i razem ze Sławomirem Kościukiem ukrył zwłoki. A potem spotykał się z rodziną Olewników, zachowując kamienną twarz. Dostał dożywocie, przedterminowe zwolnienie najwcześniej po 30 latach. 

Sławomir Kościuk

- 51 lat, warszawiak, rozwiedziony, sporadycznie pracujący, niekarany, prawa ręka herszta bandy Wojciecha F. Jeden ze skazanych mówił, że F. miał do Kościuka wielkie zaufanie. Mężczyzna ten dowoził jedzenie więzionemu Krzysztofowi Olewnikowi, pilnował go, pomagał w odebraniu okupu i uduszeniu ofiary. Wyrok: dożywocie. Będzie mógł starać się o przedterminowe zwolnienie najwcześniej po 25 latach. 

Ireneusz Piotrowski

- 45 lat, drobinianin, ps. "Bokserek", dorywczo pracujący, żonaty, troje dzieci, wielokrotnie karany. To on wskazał jako ofiarę porwania. Znał Krzysztofa Olewnika, był jego sąsiadem. Dwa lata pilnował przykutego łańcuchami do betonowych ścian piwnicy i szamba mężczyznę. Istnieje podejrzenie, że także pobił Krzysztofa. Przed nim 14 lat więzienia, przedterminowe wyjście najwcześniej po 12. Podczas procesu cały czas pilnował się, by nie sfotografować mu twarzy.

Piotr Sokołowski

- 34 lata, mieszkaniec Nowego Dworu Mazowieckiego. Był jednym z czterech mężczyzn, którzy w nocy z 26 na 27 października 2001 wtargnęli do domu Krzysztofa Olewnika, pobili, obezwładnili i go uprowadzili. Brał też udział w napadzie na dom w Teresinie, gdzie w obecności skrępowanych dzieci banda polewała ich matkę wrzątkiem. 15 lat (przedterminowe po 13).

Cezary Witkowski

- 34 lata, także z Nowego Dworu Mazowieckiego, kawaler, wielokrotnie karany. Jeden z czterech, którzy porywali Krzysztofa Olewnika, ale sąd skazał go także za przetrzymywanie ofiary i domaganie się okupu. Skazany łącznie na 13 lat więzienia. O przedterminowe zwolnienie będzie mógł się starać po 12. Nic nie robiło na nim wrażenia. Na salę rozpraw wchodził uśmiechnięty, prowokował pogwizdywaniem.

Artur Rekul

- 33 lata, także z Nowego Dworu Mazowieckiego, ojciec jednego dziecka, jeden z czterech, którzy uprowadzili Krzysztofa. Był kierowcą poloneza, którym przyjechali na porwanie. Jednak, gdy herszt bandy Wojciech F. kazał mu "położyć" Olewnika, zerwał z nim kontakty. Był też trzecim skruszonym, sam się zgłosił i składał wyjaśnienia. Wyrok - 12 lat kary pozbawienia wolności.

Stanisław Owsianko

- 51 lat, pochodzi z okolic Wyszkowa. Sąd skazał go za przynależność do zorganizowanej, uzbrojonej grupy przestępczej i przetrzymywanie Krzysztofa Olewnika. Stanisław Owsianko pomagał także przy odebraniu latem 2003 roku 300 tysięcy euro okupu, które rodzina zapłaciła za uwolnienie porwanego. Jego wyrok to osiem lat więzienia. W przeszłości karany za zbiorowy gwałt ze szczególnym okrucieństwem. W czasie procesu Stanisław Owsianko wysłał z aresztu rodzinie Olewników kartkę z życzeniami na święta. Sąd ją zatrzymał. - Jeśli pan czuje skruchę i modli się, jak pan podkreślał, to niech pan się modli w swojej celi - powiedziała sędzia Ewa Bońkowska-Konca. - Niech pan nie dręczy już tej rodziny. 

Sławomir Kościuk Powieszony w Celi

Sławomir Kościuk, skazany w końcu marca 2008 roku za porwanie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika powiesił się w swojej celi zakładu karnego w Płocku. Sławomir Kościuk powiesił się w piątek 4 kwietnia 2008 między 21:18, kiedy była ostatnia kontrola celi, a 22:00 w areszcie śledczym w Płocku. Kilka dni po tym jak został skazany na dożywocie za udział w porwaniu i zabójstwie Krzysztofa Olewnika, syna biznesmena z branży mięsnej z Drobina pod Płockiem. Kościuk przebywał w pojedynczej celi ze statusem niebezpiecznego i nie było możliwości ingerencji osób trzecich, zapewniła Luiza Sałapa z Centralnej Służby Więziennej. Oficjalnie powiesił się w kąciku sanitarnym na prześcieradle przymocowanym do kraty koszowej. Kamera tam nie dociera, bo miejsce jest intymne, oprócz mycia i wypróżniania służy też do " chodzenia na śmigło", czyli masturbacji. Kościuk nie zostawił listu pożegnalnego. To już druga śmierć oskarżonego w tej sprawie. Wcześniej w areszcie w Olsztynie powiesił się Wojciech Franiewski. W związku z tym rozwijają się teorie o mozliwych egzekucjach na niewygodnych gangsterach, którzy jednak mogli działać na zlecenie, a za dużo wiedzą. 

Franiewski Powiesił się po Narkotykach

Wojciech Franiewski, właściciel stołecznego warsztatu samochodowego, targnął się na życie w olsztyńskim areszcie, akurat gdy Kościuk "pękł". Wojciech Franiewski, szef grupy przestępczej, która porwała i zabiła Krzysztofa Olewnika, był w momencie popełnienia samobójstwa pod wpływem alkoholu i narkotyków - poinformowała rzeczniczka Służby Więziennej, Luiza Sałapa. Franiewski powiesił się w celi 9 miesięcy wcześniej niż Kościuk. - We krwi Franiewskiego znaleziono alkohol i śladowe ilości amfetaminy, ja to potwierdzam, natomiast proszę zwrócić uwagę, że Franiewski przez cały tydzień przed popełnieniem samobójstwa, i w jego dzień, był wydawany do czynności procesowych. Codziennie pobierało go Centralne Biuro Śledcze - stwierdziła rzecznik Sałapa. - W dodatku dzień przed samobójstwem, w celi Franiewskiego zepsuła się kamera monitoringu - twierdzą z kolei dziennikarze "Superwizjera" TVN.

Sałapa poinformowała, że Franiewski, także w dniu popełnienia samobójstwa, w godzinach 9.30 - 13.40, był wydany z więzienia funkcjonariuszom CBŚ. - Ja nie chcę niczego sugerować, ponieważ ja nie znam postępowania prowadzonego przez prokuraturę, natomiast nie mogę pozwolić, żeby więziennictwo było tylko winne - podkreśliła. Czyżby koledzy z CBŚ poczęstowali uwięzionego druha jakimś trefnym towarem? I to nie może być wykluczone. Prawda jest taka, że w aresztach i więzieniach narkotyki i alkohol można kupić bez większych problemów, co powszechnie wiadomo. Jedynym problemem bywa kasa, bo na zakup 'towaru' trzeba ją mieć. Oficjalnie nie wiadomo, w jaki sposób domniemany szef gangu, który uprowadził i zabił syna biznesmena spod Płocka, zdobył substancje odurzające. - Ani policja, ani CBŚ, nie stosuje w trakcie przesłuchań ani alkoholu, ani narkotyków - zapewnił w TVN24 rzecznik komendanta głównego policji Mariusz Sokołowski. Przesłuchanie Wojciecha Franiewskiego nie było jednak nagrywane.

Skazany Robert Pazik popełnił samobójstwo

Skazany na dożywocie za porwanie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika Robert Pazik popełnił samobójstwo w celi aresztu w Płocku (Mazowieckie) - poinformowała dnia 19 stycznia 2009 roku rzeczniczka Centralnego Zarządu Służby Więziennej Luiza Sałapa. Jak powiedziała, powieszonego Roberta Pazika znaleziono w poniedziałek przed godziną 5 rano, czyli w ulubionej porze więziennych samobójców. To już trzecia osoba związana z zabójstwem syna przedsiębiorcy, która popełniła samobójstwo. Robert Pazik czasowo przebywał w płockim więzieniu, gdyż miał być w Sierpcu świadkiem w sprawie, która nie wiązała się z zabójstwem Olewnika. Całą karę dożywotniego więzienia odbywał w zakładzie karnym w Sztumie. Na mocy wyroku o warunkowe zwolnienie mógł ubiegać się dopiero po 30 latach. Skazany przebywał w pojedynczej celi, nie było go widać w kamerze monitoringu. Mężczyznę znalazł strażnik więzienny, lekarz potwierdził zgon więźnia.

Monitoring więzienny obejmuje zwykle podgląd kilku cel, a strażnik co kilka lub kilkanaście minut klika na podgląd kolejnej celi, o ile nie przyśnie nad ranem, co jest normą funkcjonowania tzw. oddziałowych pilnujących więźniów. "Obecnie policjanci wykonują czynności pod nadzorem prokuratury" - powiedział rzecznik płockiej policji Mariusz Gierula. Rzecznik płockiej Prokuratury Okręgowej Iwona Śmigielska-Kowalska na razie nie komentuje tego zdarzenia. W grudniu 2008 roku warszawski Sąd Apelacyjny, wydając prawomocny wyrok, utrzymał karę dożywotniego więzienia dla Roberta Pazika oraz pozostałe wyroki wobec sprawców porwania Krzysztofa Olewnika. Uprawomocnienie wyroku, szczególnie długotrwałego często wywołuje czasową lub trwałą depresję więźniów, samookaleczenia i próby samobójcze. Samotność w pojedyńczej celi także, jednak o wiele bardziej jest podstawą do spekulacji o ewentualnym zabójstwie na zlecenie w celi. 

Ostatnie chwile z życia Roberta Pazika

  • 9 stycznia 2009: 

Robert Pazik przyjeżdża do aresztu śledczego w Płocku. Stąd ma być doprowadzony do Sądu Rejonowego w Sierpcu, gdzie toczy się sprawa o napad na kasjerkę, w którym miał rzekomo brać udział.

  • Areszt śledczy w Płocku, 19 stycznia, godz. 3.46

Strażnik wpisuje w księdze informację z monitoringu: Pazik jest w swojej celi, żywy. Żywego Roberta Pazika po raz ostatni widział dowódca zmiany więziennych strażników na monitorze w czasie obchodu, który wyświetla obraz przekazywany przez kamerę zamontowaną w celi, gdzie siedział Pazik. Podobno osadzony chodził w te i spowrotem po celi, ale nie można tego zweryfikować, bo obraz z celi wyświetla się w czasie rzeczywistym, ale nie jest nagrywany. Więziennictwo jest kryte brakiem dowodów ze swego połowicznego monitoringu. 

  • 19 stycznia, godz. 4.40

Strażnik przez wizjer widzi Pazika w nietypowej pozie. Widzi fragment nieruchomo stojącego, jak mu się wydaje, Pazika. Alarm, zapada decyzja o awaryjnym otwarciu drzwi, czekanie na dowódcę zmiany i atandę strażników, bo nocą oddziałowy, czyli pojedyńczy strażnik pilnujący oddziału, sam nie może otworzyć drzwi celi ani nikogo reanimować. Sześć minut później otwiera celę, to i tak szybko jak na więzienia. Jednak więzień już nie żyje. W tzw. kąciku sanitarnym, na prześcieradle, wisi Pazik. Reanimacja nie przynosi skutku. 

W sprawie niewyjaśnionych zostało dotąd kilka wątków. Według rodziny porwanego i zamordowanego Krzysztofa Olewnika, nie wykryto dotychczas inspiratorów tego przestępstwa. Ich zdaniem, są to osoby "na wysokich stanowiskach", powiązane prawdopodobnie z organami ścigania, policją i prokuraturą. Akta sprawy uprowadzenia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika liczą 112 tomów akt. Minister Sprawiedliwosci, Zbigniew Ćwiąkalski powiedział, że czeka na raport w sprawie okoliczności śmierci skazańca. Ma on pokazać, czy służby płockiego więzienia dopełniły wszystkich koniecznych procedur.

*) Jacek K. Zatrzymany przez CBŚ

Wspólnik Krzysztofa Olewnika - Jacek K. - został aresztowany w Gdańsku. Podejrzewany jest o współudział w porwaniu. Jacek K. został zatrzymany przez CBŚ w Płocku w środę, 11 lutego 2009 wieczorem. Zdaniem szefa gdańskiego biura prokuratury krajowej Zbigniewa Niemczyka, decyzja sądu o aresztowaniu Jacka K. - byłego wspólnika Krzysztofa Olewnika - świadczy o tym, że sąd podzielił stanowisko prokuratury o wysokim stopniu prawdopodobieństwa popełnienia przez niego przestępstwa. Jacek K. będzie w areszcie całodobowo monitorowany, będzie też mu nadana kategoria "N" dla niebezpiecznych więźniów. Jacek K., przyjaciel i wspólnik Krzysztofa Olewnika miał według nieoficjalnych informacji pięciokrotnie łączyć się z telefonem, który zdaniem śledczych wykorzystywali porywacze - informuje TVP Info. Kontakt miał nastąpić dzień przed, i dzień po porwaniu Krzysztofa Olewnika. 

Jacek K. usłyszał 13 lutego 2009, w piątek rano zarzut współudziału w zorganizowanej zbroijnej grupie przestępczej i udziału w uprowadzeniu Krzysztofa Olewnika. Drugi zarzut dla Jacka K. to współdziałanie z porywaczami i wymuszenie okupu od rodziny Olewników, za co grozi do 10 lat więzienia. Sąd Rejonowy Gdańsk Południe zastosował areszt na 3 miesiące ze względu na grożącą podejrzanemu karę powyżej 8 lat pozbawienia wolności oraz to, że istnieje obawa utrudniania postępowania przez podejrzanego - mówi sędzia Wojciech Andruszkiewicz, prezes Sądu Okręgowego w Gdańsku. - Dla państwa Olewników Jacek K. od dawna był w kręgu podejrzanych, co uzasadniali nie tylko logicznymi wywodami, ale i konkretnymi informacjami i pewnymi dowodami. Jednak przez wiele lat policja i prokuratura uznawała te dowody za zbyt słabe - mówi serwisowi tvp.info mec. Bogdan Borkowski, pełnomocnik rodziny Olewników. 

Jacek K. był obecny na przyjęciu w jego domu, w noc przed uprowadzeniem. Po porwaniu jako pierwszy zjawił się w domu Olewnika. Ojca Krzysztofa powiadomił telefonicznie, że stało się coś złego. Teraz Jacek K. i rodzina Krzysztofa Olewnika są w ostrym konflikcie. Włodzimierz Olewnik, ojciec porwanego, powtarzał, że w jego zeznaniach jest wiele "nieścisłości". Jacek K. i Krzysztof Olewnik znali się od dziecka- mówi Hubert Woźniak, dziennikarz "Gazety Wyborczej", który przebrnął przez akta sprawy.  Wspólnie prowadzili firmę z maszynami rolniczymi. To on odkrył, że Krzysztof został porwany - mówi dziennikarz. Jacek K. zeznawał, że w czasie gdy doszło do porwania, zmożony alkoholem spał w swoim domu w Drobinie. Świadkami tego miały być jego matka i żona. Tymczasem policjanci ustalili, że telefon K. logował się w noc porwania na innym przekaźniku GSM niż ten w Drobinie. Ponadto matka mężczyzny zeznawała, że tej nocy spała w Płocku. 

Według nieoficjalnych informacji od kilku tygodni śledczy z Gdańska mają podobno nowe dowody obciążające Jacka K. - Podejrzewam teraz, że takim nowym dowodem mogła być ekspertyza fonoskopijna taśmy na której w tle nagrania Krzysztofa zarejestrowano urywek rozmowy między tajemniczymi mężczyznami, prawdopodobnie porywaczami. Jacek K. był jedną z osób wytypowanych przez policję do sprawdzenia. Tak samo jak ważna była kwestia tajemniczych połączeń z nieznanego numeru dzień przed i po porwaniu - mówi Bogdan Borkowski. Porywacze Krzysztofa Olewnika nagrywali na dyktafon polecenia dla rodziny uprowadzonego i odtwarzali je później przez telefon. W październiku 2008 roku "Rzeczpospolita" ujawniła, że badając jedno z takich nagrań śledczy odkryli, że w tle słychać fragment rozmowy dwóch mężczyzn. Nagranie sprawdzili biegli.

W reportażu "Śmiertelne błędy" Jacek K. tak mówił o swoim związku z Krzysztofem i sprawą jego porwania: nie wiem kiedy rodzina zaczęła mnie podejrzewać. Od samego początku starałem się jakoś pomóc. Stawiałem się na policji i mówiłem o naszym życiu, o znajomościach - wspominał Jacek K. w rozmowie zarejestrowanej na kilka dni przed zatrzymaniem. - Później był okres, kiedy jeździłem z okupem na specjalne żądanie porywaczy, a kiedy przestałem jeździć wówczas nasze drogi z rodziną zaczęły się rozchodzić. Zaś kiedy dowiedziałem się, że oficjalnie byłem podejrzewany przez rodzinę to już definitywnie sam odsunąłem się z pola widzenia, bo byłem zły na cała sytuację. 

Ireneusz Wilk, pełnomocnik rodziny Olewników: - To jeszcze nie jest koniec. Jest możliwość, iż może on wskazać zleceniodawców tej okrutnej zbrodni. W listopadzie 2007 roku Włodzimierz Olewnik, zeznając przed płockim sądem okręgowym podczas procesu ws. porwania i zabójstwa jego syna Krzysztofa, wspomniał o firmie KrupStal. Jak mówił, wspólnikami w firmie byli Krzysztof Olewnik i Jacek K. W firmie, zajmującej się m.in. handlem maszynami rolniczymi, 70 proc. udziałów posiadał Krzysztof Olewnik. 

Jacek K. i Krzysztof Olewnik, obaj rocznik 1976, przyjaciele od dzieciństwa. Razem w przedszkolu, potem w jednej ławce w podstawówce. Obaj silni, łobuziaki, ich wspólne zainteresowania to rower, później grzebanie w silniku "malucha". Gdy firma Olewnika zaczęła przynosić wielkie pieniądze, Jacek nadal traktowany był jak domownik. Choć rodziny znały się słabo, obie matki wiedziały, że w każdej chwili na obiad może wpaść przyjaciel syna. Obaj przystojni, brylowali na szkolnych dyskotekach. Nawet pierwszą dziewczynę wspólnie namówili na całowanie się w stogu siana. Chłopcy ciężko pracowali. Krzysztof w firmie ojca. Jacek też tam zarobił pierwsze pieniądze, myjąc samochody. Gdy matka Krzysztofa zabierała go na zakupy, Jacek nieraz jechał z nimi i wychodził ze sklepu z parą nowych spodni. - Każdy grosz, jaki zarobiłem w życiu, był od nich - wyznał Jacek K. 

Interes szedł świetnie, a młodzi mężczyźni zasłynęli w Płocku jako wielbiciele dobrej zabawy. Imprezy w czterogwiazdkowym hotelu Starzyński, wspólne rajdy na skuterach wodnych po Wiśle. Sylwestry spędzali w Zakopanem. Kupili broń - pistolety Walter, takie same, jakich używa Bond. Czasami do paczki przyjaciół dołączała Danuta W. W 2000 roku Krzysztof Olewnik przeprowadził się do własnego domu pod Drobinem i wkrótce cała okolica plotkowała o weekendowych imprezach z pięknymi dziewczynami. Ojciec Olewnika nie bronił chłopakom zabawy. Był jeden warunek - ich firma ma działać jak w zegarku i przynosić zyski. Nigdy też nie traktował z wyższością przyjaciela syna. 

Podejrzenia wobec Jacka K. zaczęły się wiosną 2002 roku. Latem jego stosunki z Olewnikami były już lodowate. - Mam żal do nich. Znienawidzili mnie bez powodu. Wtedy przestałem szukać Krzyśka. Daliśmy go zabić. Oni i ja - mówił Gazecie Wyborczej Jacek K. Dnia 4 listopada 2006 roku, na pogrzebie Krzysztofa Olewnika K. stał sam, z boku. Olewnikowie udawali, że go nie widzą. Jacek K wspominał: - Jak pies tam stałem. Potem wiele razy jeździł na grób. Gdy w tym samym czasie na cmentarzu pojawiali się rodzice Krzysztofa, czekali przed bramą, aż Jacek K. odejdzie. Jacek K. w końcu przeprowadził się do Płocka. Zdał maturę i zaczął studiować ekonomię. Na komodzie w jego mieszkaniu stoi zdjęcie Krzysztofa Olewnika z żałobną przepaską, tak jakby ciągle był w żałobie po przyjacielu. 

Piotr S., jeden z najważniejszych świadków w sprawie, który niestety zmarł kilkanaście miesięcy przed zatrzymaniem Jacka K., zeznał, że w 2004 roku. na Dworcu Zachodnim w Warszawie widział spotkanie Sławomira Kościuka (jednego z porywaczy) z Jackiem K. i Wojciechem K.(policjantem zaprzyjaźnionym z K i rodziną Olewników). - Jeżeli chodzi o jakąkolwiek wizytę na Dworcu Zachodnim to ja nigdy na Dworcu Zachodnim nie byłem, ani nie widywałem się z bandziorami. Sugeruje mi się, że kontaktowałem się w noc porwania z jakimiś numerami telefonu. To jest kompletną bzdurą, ponieważ wtedy mój telefon był wyłączony. Ja byłem pod wpływem alkoholu i włączyłem go dopiero rano – twierdził Jacek K. w rozmowie z TVP Info. 

*) Komisja śledcza

Sejm powołał w piątek dnia 13 luty 2009 komisję śledczą do zbadania okoliczności porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Zbadaniem okoliczności porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika zajmą się również posłowie. Komisja śledcza będzie liczyć 7 członków. W przeciągu tygodnia ma zostać powołany jej skład. Komisja ma zbadać m.in. prawidłowość działań administracji rządowej, prokuratury i policji w postępowaniach karnych związanych z uprowadzeniem i zabójstwem Olewnika, a także prawidłowość działań dotyczących wykonywania tymczasowego aresztowania i kary pozbawienia wolności wobec osób aresztowanych lub skazanych w tej sprawie. 

 

WYRABIANIE

FAŁSZYWYCH PASZPORTÓW

W PŁOCKU

Śledztwo w sprawie porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika nie tylko dla policji okazało się kompromitujące. Powody do wstydu mają też urzędnicy płockiej delegatury urzędu wojewódzkiego, którzy zajmują się przygotowaniem paszportów. To uboczny wątek sprawy uprowadzenia, ale nie sposób go nie zauważyć. Otóż jeden z oskarżonych Ireneusz Piotrowski, "Bokserek", posługując się sfałszowanym dowodem osobistym, bez problemu wyrobił sobie paszport. Wszystkie dane dotyczyły innego oskarżonego - Grzegorza P., tylko zdjęcie było Ireneusza Piotrowskiego. Dodajmy, że fałszerstwo nie było finezyjne. Pewnego dnia w 2001 roku Grzegorz P. pożyczył od "Bokserka" 50 zł. Po prostu nie miał na wódkę. W zastaw oddał swój dowód osobisty. Ireneusz Piotrowski miał problemy z policją i regularnie się przed nią ukrywał. Zaczął się wtedy zastanawiać, czy nie uciec za granicę. I wpadł na pomysł wyrobienia sobie paszportu na nazwisko Grzegorza P. Nauczył się na pamięć wszystkich danych z zostawionego mu dowodu osobistego. Potem najzwyczajniej w świecie zamienił w nim zdjęcia, wklejając swoje. I bez problemu dostał paszport na nazwisko Grzegorza P. ze swoim zdjęciem. Prokurator zarzuca mu teraz posługiwanie się fałszywymi dokumentami. Ireneusz Piotrowski broni się, że dowodu użył tylko do wyrobienia paszportu. - Byłem kiedyś kontrolowany przez policję w samochodzie - tłumaczył przed sądem "Bokserek". - Ale siedziałem jako pasażer i podałem wszystkie dane Grzegorza P. z pamięci. W życiu nie podałbym policjantowi tego dowodu osobistego! Od razu zorientowałby się, że jest przerobiony! - Ale w urzędzie do wyrobienia paszportu pan ten dowód podał - zauważył sąd. - I co, nikt się nie zorientował? - Nie - odparł spokojnie Ireneusz Piotrowski - Jakaś pani wzięła ten dowód, rzuciła okiem i oddała. 

 

Wyrok i Nadużycia Policji

Dlaczego policja przez pięć lat nie potrafiła znaleźć porywaczy, choć miała ich nazwiska i niektórych zatrzymywała w innych sprawach? Dlaczego lansowała tezę, że doszło do autouprowadzenia? Takich pytań jest dużo więcej. Nieprawidłowości w tym śledztwie badała olsztyńska prokuratura. Ojciec porwanego Włodzimierz odebrał np. anonim z informacją, że porywacze chcą zabić ofiarę. W liście były nazwiska Ireneusza Piotrowskiego, a dziś wiemy, że pilnował porwanego i Roberta Pazika, który go udusił. Włodzimierz Olewnik przekazał anonim policji, ale policja go nie zweryfikowała. Latem 2004 roku dwaj policjanci zabrali z warszawskiej prokuratury akta sprawy, wrzucili je do nieoznakowanego radiowozu i pojechali do miasta przesłuchać jakiegoś świadka, a wedle innej wersji wstąpili do knajpy zjeść obiad i się napić. Gdy skończyli, okazało się, że samochód z aktami zniknął. Nie wiadomo czy celem złodziei było policyjne daewoo nubira, czy jego zawartość.

Śródmiejska prokuratura postawiła funkcjonariuszom zarzut niedopełnienia obowiązków służbowych. Prokuratura nie oskarżyła jednak policjantów, bo dokumenty udało się jakoś odtworzyć. Ale Włodzimierz Olewnik zeznał w sądzie, że po tym incydencie dostał list: "Akta miały zginąć. Dobrze, że w chwili kradzieży policjantów nie było przy nich, bo też musieliby zginąć". Dziwnych incydentów w tym śledztwie było więcej. Policja przesłuchała np. świadka, o którym nikt nie miał wiedzieć, ale zaraz potem w biurze świadka zadzwonił telefon z groźbami. Albo zeznanie Kościuka, że herszt Wojciech Franiewski spotykał się z kimś, kogo nazywał "superpsem, który swoje odsłużył i teraz jeździ na bogate domy w Berlinie". Jedyny zarzut, jaki do tej pory postawiła olsztyńska prokuratura, to niedopełnienie obowiązków przez policjanta drogówki, który zatrzymał Ireneusza Piotrowskiego za jazdę po pijanemu w czasie, gdy Krzysztof Olewnik był więziony. Policjant nie skontrolował w bazie danych, czy auto nie było kradzione ani czy zatrzymany nie jest osobą poszukiwaną. 

Skazanie porywaczy i zabójców Krzysztofa Olewnika to tylko jedna sprawa. Bez odpowiedzi pozostaje pytanie, dlaczego od momentu porwania w 2001 roku policja stała ze śledztwem w miejscu przez długie pięć lat. Zakończyć pomógł je skazany w ostatni poniedziałek marca 2008 roku Sławomir Kościuk. Najpierw popełnił błąd i zadzwonił z tego samego telefonu do rodziny Olewników, a potem do siebie do domu. Gdy znalazł się w kręgu podejrzanych i został zatrzymany, złamał się, zaczął sypać i wskazał miejsce ukrycia zwłok. I właśnie wtedy okazało się, że policja miała od dawna wskazówki, kim są porywacze, ale z nich nie skorzystała.

W styczniu 2003 roku - na dziewięć miesięcy przed zabójstwem porwanego - jego ojciec odebrał z poczty anonimowy list takiej treści: "Panie Olewnik, nie chcę straszyć, ale wiem, że Krzysztofowi grozi niebezpieczeństwo. Dotarła do moich uszu informacja, że porywacze mają zamiar go zabić. Jeśli pan może, niech pan odszuka Ireneusza Piotrowskiego - Bokserka. On ukrywa się koło Nowego Dworu Mazowieckiego. Kontaktuje się z nim Pazik". Dziś wiemy, że Ireneusz Piotrowski dwa lata więził Krzysztofa Olewnika, a Robert Pazik to zabójca, który ofiarę udusił. Włodzimierz Olewnik anonim przekazał policji, ale funkcjonariusze nie zweryfikowali go. 

Czy w czasie śledztwa nie doszło do nieprawidłowości, sprawdzała Prokuratura Okręgowa w Olsztynie. Z wyjaśnień jej rzecznika Mieczysława Orzechowskiego wynika, że w postępowaniu są nowe wątki, ale nie wyjaśniło ono jeszcze najważniejszego - dlaczego policja tak długo stała w miejscu. Zarzuty niedopełnienia obowiązków usłyszał na razie funkcjonariusz z drogówki, który zatrzymywał Ireneusza Piotrowskiego za jazdę pod wpływem alkoholu. Było to latem 2003 roku, miesiąc po tym, jak porywacze odebrali okup za Krzysztofa Olewnika i przenieśli go z Kałuszyna do szamba pod Makowem Mazowieckim. Ireneusz Piotrowski pilnował wtedy ofiary, ale też jeździł na "podwójnym gazie".

Policjant, który go zatrzymał, zakończył kontrolę, gdy stwierdził, że złapał pijanego kierowcę. A powinien jeszcze skontrolować w bazie danych, czy auto zatrzymanego nie było kradzione oraz czy on sam nie jest osobą poszukiwaną. Prokuratura nie wiąże na razie tych uchybień z ewentualnymi błędami w śledztwie w sprawie porwania, traktuje je dość formalnie. To oczywiście spekulacja, ale policjanci z drogówki byli później na działce, gdzie w szambie ukryty był Krzysztof Olewnik. Szukali Ireneusza Piotrowskiego. Ta wizyta przestraszyła porywaczy. Wojciech Franiewski wydał wtedy polecenie "położenia" Krzysztofa Olewnika. Postępowanie w prokuraturze w Olsztynie potrwa co najmniej do czerwca 2008 roku. 

Prokuratura Postawiła Zarzuty Policjantom 

Zarzuty utrudniania śledztwa oraz niedopełnienia obowiązków służbowych, w wyniku czego zginął porwany przez bandytów Krzysztof Olewnik, postawiła w dniu 29 kwietnia 2008 roku trzem policjantom Prokuratura Okręgowa w Olsztynie. Podejrzani to emerytowany policjant, szef grupy operacyjnej z Radomia Remigiusz M. oraz dwaj policjanci z komendy miejskiej policji w Płocku: Henryk S. i Maciej L. Prokuratura wystąpiła do olsztyńskiego sądu rejonowego z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie na dwa miesiące całej trójki. Posiedzenie sądu w tej sprawie odbędzie się najprawdopodobniej w środę - poinformował rzecznik prokuratury, Mieczysław Orzechowski. Dodał, że podejrzani nie przyznali się do winy. Grozi im do 5 lat pozbawienia wolności. Według śledczych szef grupy operacyjnej Remigiusz M. nie zweryfikował informacji zawartych w anonimie z dnia 15 stycznia 2003 roku, który otrzymała rodzina Olewników.

Oględziny po Trzech Dniach

Autor anonimu napisał, że "Krzysztof jest w niebezpieczeństwie", a także podał wskazówki dotyczące jednego z porywaczy. Drugi zarzut wobec Remigiusza M. dotyczy niewłaściwego zabezpieczenia miejsca przekazania okupu porywaczom. Zdaniem śledczych nie przeprowadzono natychmiast oględzin tego miejsca, ale dopiero po trzech dniach, co uniemożliwiło zebranie śladów przestępstwa. M. miał także zaniechać podsłuchu telefonu komórkowego, który sprawcy porwania przekazali Olewnikom. Wykorzystując ten aparat Olewnikowie mieli się kontaktować z bandytami. Zdaniem śledczych M. utrudniał śledztwo, co w konsekwencji przyczyniło się do śmierci Olewnika.

Drugi z policjantów Henryk S. będzie odpowiadał za niewłączenie do akt sprawy dwóch kaset magnetowidowych. Pierwsza z nich zawiera zapis, na którym widać, jak sprawca kupuje w hipermarkecie telefon komórkowy, na drugiej ten sam mężczyzna porzuca "komórkę" w Poznaniu. Nagranie aż do 2005 roku leżało jednak w szafie. Policjant jest także podejrzany o niezweryfikowanie informacji zawartych w anonimie, który dostali Olewnikowie. Jak poinformował przewodniczący zarządu głównego NSZZ Policjantów Antoni Duda - poręczenie za Henryka S. złożył związek zawodowy KGP. - Decyzję taką podjęto zgodnie z przepisami Kpk i po przeanalizowaniu jego ścieżki zawodowej, na wniosek rodziny - zaznaczył Duda.

Trzeci z policjantów - Maciej L. odpowie za zaniechanie włączenia w charakterze dowodu rzeczowego kaset magnetowidowych oraz zaniechania wyjaśnienia okoliczności podanych w anonimie do Olewników, a także zaniechanie zabezpieczenia miejsca przekazania okupu sprawcom w dniu 24 lipca 2003 roku. Orzechowski powiedział, że prokuratura wystąpiła o dwumiesięczny areszt, ponieważ śledztwo w sprawie błędów po porwaniu Olewnika przedłużono do 28 czerwca 2008 roku.

Policjant Przerażony Zatrzymaniem

Przesłuchania policjantów rozpoczęły się około godziny 10.00 rano. Zdaniem obrońców Maciej L. i Henryk S. w czasie przesłuchań ograniczyli się do złożenia oświadczeń. Obrońca Macieja L. Jolanta Turczynowicz-Kieryłło, powiedziała dziennikarzom, że jej klient "jest przerażony zatrzymaniem i sposobem w jaki to się odbyło" i "czuje się pokrzywdzony". Dodała, że postawienie zarzutów stygmatyzuje go, "bo w powszechnym przekonaniu jak są zarzuty to znaczy, że coś jest na rzeczy. A często zarzuty nie utrzymują się w postępowaniu". Zaznaczyła, że jej klient ma 17-letni staż pracy w policji, służył z poświęceniem i "wykonywał te zadania, jakie miał do wykonania w sprawie porwania Olewnika". Jej zdaniem, "szum medialny nie sprzyja wyjaśnieniu tej sprawy" i odnosi wrażenie, że "ktoś chce na niej zbić kapitał polityczny".

Obrońca Remigiusza M., Paweł Szymanek powiedział, że jego klient, który także nie przyznał się do winy, szczegółowo odniósł się do każdego z zarzutów. - Jestem trochę zdziwiony, że prokuratura nie dała temu wiary i postanowiła skierować wniosek o aresztowanie. Podstawą ma być obawa matactwa. Nie mogę się z tym zgodzić - powiedział. Wyjaśnił, że zdarzenia miały miejsce dawno temu i gdyby obecni podejrzani mieli coś na sumieniu dawno by się porozumieli. - W mojej ocenie Remigiusz M. jest niewinny, jest raczej ofiarą nagonki, bo szuka się kozła ofiarnego. On nawet nie prowadził śledztwa tylko wykonywał czynności operacyjne pod nadzorem komendy głównej, przełożonych i prokuratury. Doszukiwanie się w nim osoby, która wpływała na śledztwo jest bezzasadne - dodał Szymanek.

Pełnomocnik Olewników o Policjantach

Pełnomocnik rodziny Olewników, mecenas Ireneusz Wilk, który uczestniczył w przesłuchaniach policjantów jest oburzony ich postawą. Po wyjściu z prokuratury powiedział dziennikarzom, że "odnosi wrażenie, że w przekonaniu funkcjonariuszy nic się nie stało, że śmierć Krzysztofa w tych okrutnych warunkach była przypadkowa". - Nie możemy się zgodzić z takim stanowiskiem i będziemy popierać wszelkie wnioski związane z koniecznością postawienia tych ludzi przed sądem - podkreślił. Dodał, że postawa przesłuchiwanych policjantów pokazuje "w jaki sposób oficerowie podchodzili do tej sprawy". - Jestem zbulwersowany ich zachowaniem, są to wyjaśnienia niespójne, ale każdy może się bronić jak to uzna za stosowne - mówił pełnomocnik Olewników. Zdaniem Wilka, Remigiusz M. przed prokuratorem zarzucił rodzinie Olewników "określone zachowania" m.in. powiązania z politykami. - Przecież Olewnikowie u polityków szukali pomocy. W mojej ocenie to nieetyczne - dodał Wilk. Według niego podejrzani policjanci powinni zostać aresztowani, "aby zabezpieczyć prawidłowy tok postępowania przygotowawczego".

Prokuratorów Chroni Immunitet

Prokurator Orzechowski pytany przez dziennikarzy czy kolejnymi podejrzanymi osobami będą prokuratorzy odpowiedział, że sprawa ma charakter wielowątkowy. Podkreślił, że przedmiotem postępowania są także kwestie błędów zarówno policjantów i prokuratorów. Zaznaczył jednak, że na razie prokuratura nie wysłała do sądu dyscyplinarnego żadnych wniosków w sprawie uchylenia immunitetów prokuratorom. Dopiero po uchyleniu immunitetu śledczy mogliby postawić zarzuty.

Postępowanie, które ma wyjaśnić błędy śledczych po porwaniu i zabójstwie Krzysztofa Olewnika, zostało wszczęte w czerwcu 2007 roku przez olsztyńską prokuraturę, która wcześniej ustaliła porywaczy i zabójców Olewnika oraz odnalazła ciało zamordowanego. Sprawę wyjaśnia czterech prokuratorów i ośmiu policjantów. Śledztwo zostało wszczęte po złożeniu zawiadomienia przez Włodzimierza Olewnika, ojca zamordowanego. Wskazuje on, że w porwaniu, oprócz już skazanych, brały udział inne osoby, i że porwanie nastąpiło właśnie na zlecenie tych osób.

Zabójstwo Olewnika: Policjanci z Zarzutami

Zarzuty utrudniania śledztwa oraz niedopełnienia obowiązków służbowych, w wyniku czego zginął porwany przez bandytów Krzysztof Olewnik, postawiła trzem policjantom Prokuratura Okręgowa w Olsztynie. Podejrzani to emerytowany policjant, szef grupy operacyjnej z Radomia Remigiusz M., oraz dwaj policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Płocku Henryk S. i Maciej L. Prokuratura wystąpiła do olsztyńskiego sądu rejonowego z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie na dwa miesiące całej trójki. Posiedzenie sądu w tej sprawie odbędzie się najprawdopodobniej w środę - poinformował rzecznik prokuratury Mieczysław Orzechowski. Dodał, że podejrzani nie przyznali się do winy. Grozi im do pięciu lat pozbawienia wolności.

Według śledczych szef grupy operacyjnej Remigiusz M. nie zweryfikował informacji zawartych w anonimie z dnia 15 stycznia 2003 r., który otrzymała rodzina Olewników. Autor anonimu napisał, że "Krzysztof jest w niebezpieczeństwie", a także podał wskazówki dotyczące jednego z porywaczy. Drugi zarzut wobec Remigiusza M. dotyczy niewłaściwego zabezpieczenia miejsca przekazania okupu porywaczom. Zdaniem śledczych nie przeprowadzono natychmiast oględzin tego miejsca, ale dopiero po trzech dniach, co uniemożliwiło zebranie śladów przestępstwa. M. miał także zaniechać podsłuchu telefonu komórkowego, który sprawcy porwania przekazali Olewnikom. Wykorzystując ten aparat, Olewnikowie mieli się kontaktować z bandytami. Zdaniem śledczych M. utrudniał śledztwo, co w konsekwencji przyczyniło się do śmierci Olewnika. 

Drugi z policjantów Henryk S. będzie odpowiadał za niewłączenie do akt sprawy dwóch kaset magnetowidowych. Pierwsza z nich zawiera zapis, na którym widać, jak sprawca kupuje w hipermarkecie telefon komórkowy, na drugiej ten sam mężczyzna porzuca komórkę w Poznaniu. Nagranie aż do 2005 roku leżało jednak w szafie. Policjant jest także podejrzany o niezweryfikowanie informacji zawartych w anonimie, który dostali Olewnikowie. Jak poinformował przewodniczący zarządu głównego NSZZ Policjantów Antoni Duda, poręczenie za Henryka S. złożył związek zawodowy KGP. - Decyzję taką podjęto zgodnie z przepisami kpk i po przeanalizowaniu jego ścieżki zawodowej, na wniosek rodziny - zaznaczył Duda. Trzeci z policjantów - Maciej L. - odpowie za zaniechanie włączenia w charakterze dowodu rzeczowego kaset magnetowidowych oraz zaniechania wyjaśnienia okoliczności podanych w anonimie do Olewników, a także zaniechanie zabezpieczenia miejsca przekazania okupu sprawcom w dniu 24 lipca 2003 roku. Orzechowski powiedział, że prokuratura wystąpiła o dwumiesięczny areszt, ponieważ śledztwo w sprawie błędów po porwaniu Olewnika przedłużono do 28 czerwca 2008 r. 

Obrońca Macieja L. Jolanta Turczynowicz-Kieryłło powiedziała dziennikarzom, że jej klient "jest przerażony zatrzymaniem i sposobem, w jaki to się odbyło", i "czuje się pokrzywdzony". Dodała, że postawienie zarzutów stygmatyzuje go, "bo w powszechnym przekonaniu, jak są zarzuty, to znaczy, że coś jest na rzeczy. A często zarzuty nie utrzymują się w postępowaniu". Jej zdaniem "szum medialny nie sprzyja wyjaśnieniu tej sprawy" i odnosi wrażenie, że "ktoś chce na niej zbić kapitał polityczny".

Obrońca Remigiusza M. Paweł Szymanek powiedział, że jego klient, który także nie przyznał się do winy, szczegółowo odniósł się do każdego z zarzutów. - Jestem trochę zdziwiony, że prokuratura nie dała temu wiary i postanowiła skierować wniosek o aresztowanie. Podstawą ma być obawa matactwa. Nie mogę się z tym zgodzić - powiedział. Wyjaśnił, że zdarzenia miały miejsce dawno temu i gdyby obecni podejrzani mieli coś na sumieniu, dawno by się porozumieli. - W mojej ocenie Remigiusz M. jest niewinny, jest raczej ofiarą nagonki. Szuka się kozła ofiarnego. On nawet nie prowadził śledztwa, tylko wykonywał czynności operacyjne pod nadzorem Komendy Głównej, przełożonych i prokuratury - dodał Szymanek. Pełnomocnik rodziny Olewników mecenas Ireneusz Wilk, który uczestniczył w przesłuchaniach policjantów, jest oburzony ich postawą. Po wyjściu z prokuratury powiedział, że "odnosi wrażenie, że w przekonaniu funkcjonariuszy nic się nie stało, że śmierć Krzysztofa w tych okrutnych warunkach była przypadkowa". 

Policjanci nie Czują się Winni

Nasze błędy były drobne, a nad nami byli przełożeni i prokurator - bronią się policjanci zatrzymani w sprawie Olewnika. Dnia 30 kwietnia 2008 roku sąd zdecyduje, czy na na wniosek olsztyńskiej prokuratury aresztować na dwa miesiące nadk. Remigiusza M. i aspirantów Henryka S. i Macieja L. Prokurator zarzuca im niedopełnienie obowiązków i utrudniania śledztwa - czego skutkiem była śmierć Krzysztofa Olewnika dwa lata od porwania w 2001 r. Policjantom grozi kara do pięciu lat więzienia. Zatrzymano ich w poniedziałek 28 kwietnia 2008 rkoku rano w domach. Noc spędzili, każdy osobno, w policyjnych aresztach w Biskupcu, Mrągowie i Ostródzie. Dnia 29 kwietnia o godz. 8 funkcjonariusze w cywilu doprowadzili ich do Prokuratury Okręgowej w Olsztynie.

Zatrzymani zakrywali twarze kurtkami. Adwokaci jeszcze przed wejściem do gmachu zapowiedzieli, że złożą zażalenia na zatrzymanie. - To są ludzie, do których nikt nie miał wcześniej żadnych zastrzeżeń. Stawiali się na każde wezwanie. Pasjonaci swojej pracy - mówił o swoich klientach, Macieju L. i Henryk S., mec. Marcin Piotrowski. Wszystkich trzech policjantów przesłuchiwano już w śledztwie po śledztwie ws. porwania Olewnika, jako świadków. Teraz prokuratorzy Krzysztof Stodolny, Paweł Zmitrowicz i Piotr Jasiński przesłuchali ich jako podejrzanych, każdego osobno. Żaden nie przyznał się do winy.

Policjanci Obwiniają Rodzinę Olewników

W południe z prokuratury wyszedł zdenerwowany mec. Ireneusz Wilk, pełnomocnik rodziny Olewników. - Oni nie rozumieją, co się stało. Ich zdaniem śmierć Krzysztofa była przypadkowa, a oni zrobili wszystko, co mogli - mówił o zeznaniach policjantów. - Maciej L. i Henryk S. złożyli krótkie oświadczenia i odmówili dalszych wyjaśnień. Jestem zbulwersowany wyjaśnieniami Remigiusza M., który oskarża państwa Olewników o powiązania z politykami i twierdzi, że sami są sobie winni - relacjonował adwokat. Siostry ani ojca Krzysztofa nie było, bo są za granicą.

Adwokat Remigiusza M., Paweł Szymanek, komentował: - Sprawy o porwania są bardzo trudne, prowadzący je policjant ma samych wrogów, także, jeśli coś się nie uda, po stronie rodziny. Remigiusz M. był jednym z najlepszych fachowców od porwań w kraju. Może państwo Olewnikowie nie byli fair wobec organów ścigania, może to nie od policjantów, ale z ich strony były przecieki przeszkadzające w ujęciu sprawców. To Remigiusz M. kierował grupą operacyjno-śledczą, która zatrzymać miała sprawców porwania. Maciej L. pracował jako policjant operacyjny, Henryk S. - jako dochodzeniowiec który w 2006 roku awansował do płockiego CBŚ. Olsztyńskie śledztwo po śledztwie ma wyjaśnić, czy to przez ich błędy nie udało się uwolnić ofiary. Czy były one wynikiem niedbalstwa, czy może były celowe?

Policjanci Obwiniają Przełożonych

Rodzina Olewników uważa, że śledztwo nie może się skończyć na tych trzech zatrzymanych. - Grupa, którą kierował podejrzany, miała wyżej przełożonych. Kto więc pozwolił, by pracowała bez żadnej kontroli? - mówił wczoraj mec. Wilk. Mec. Szymanek: - Rodzina zasypywała wszystkich skargami. Za każdym razem była kontrola z komendy głównej. Nic nie wykrywała. Mój klient [Remigiusz M.] o niczym nie decydował. Wykonywał czynności na polecenie lub pod nadzorem prokuratury. - Czy wkrótce dostaną zarzuty także prokuratorzy? - pytali olsztyńskich prokuratorów dziennikarze. - Nie wykluczamy - odpowiadał Mieczysław Orzechowski, rzecznik prokuratury. - Ale nie wystąpiliśmy jeszcze z wnioskiem o zdjęcie immunitetu któremukolwiek z prokuratorów - zastrzegł. Jest to warunek postawienia zarzutów prokuratorowi. Przez pierwszych kilkanaście miesięcy od porwania, gdy popełniono najwięcej błędów w śledztwie nadzorował je prokurator Leszek Wawrzyniak z Sierpca. Gdy wczoraj do niego zadzwonili dziennikarze z Gazety, rzucił słuchawką. 

Czy Policjanci Będą Aresztowani?

Przesłuchania policjantów zakończyły się 30 kwietnia po 14-ej. Rzecznik prokuratury Mieczysław Orzechowski streścił zarzuty. Poinformował o wniosku do sądu o aresztowanie podejrzanych, na dwa miesiące, bo śledztwo przedłużono do końca czerwca. Już dzień wcześniej 29 kwietnia do prokuratury zadzwonili policyjni związkowcy, że chcą złożyć społeczne poręczenie za Henryka S. z płockiego CBŚ. Mogłoby to uchronić go przed aresztowaniem. Wieczorem poręczenie za Remigiusza M. zadeklarował gen. Wiesław Stach, były komendant wojewódzki w Radomiu, czyli jego były przełożony. Ciekawe jaki wiążą ich układy i powiązania. Mec. Szymanek: - Remigiusz M. jest kozłem ofiarnym. On nawet nie prowadził śledztwa, tylko wykonywał czynności operacyjne pod nadzorem komendy głównej, przełożonych i prokuratury. Jeśli sąd aresztuje mojego klienta, na pewno to zaskarżę. - Maciej L. jest przerażony zarzutami - mówiła jego obrońca mec. Jolanta Turczynowicz-Kieryłło. - Nie ma powodu do wystąpienia o areszt.

Adwokatka uważa, że są wątpliwości, czy rzeczywiście przepisy dotyczące zabezpieczania śladów i pracy operacyjnej nakazywały policjantom wykonanie czynności, których zaniechanie teraz im się zarzuca. Podstawą wniosku prokuratury o areszt będzie obawa matactwa. - Byłbym tym bardzo zdziwiony. Minęło przecież tyle lat. Gdyby mieli coś na sumieniu, to już dawno uzgodniliby między sobą co mówić - oświadczył mec. Szymanek. - To otwarcie tej sprawy. Jestem przekonany, że w aktach operacyjnych, które dostała prokuratura, są ciekawsze historie i wkrótce o nowych zarzutach usłyszymy - uważa mec. Wilk, pełnomocnik Olewników. 

Co Prokuratura Zarzuciła Policjantom

Remigiusz M. - jako odpowiedzialny za kierowanie specjalną grupą od stycznia 2003 do sierpnia 2004 r. i nadzór nad nią - nie zweryfikował informacji zawartych w anonimie, który w styczniu 2003 r. otrzymał Władysław Olewnik, ojciec porwanego; niewłaściwie zabezpieczył miejsce przekazania okupu (300 tys. euro) w lipcu 2003 r., m.in. za wcześnie odstąpił od obserwacji tego miejsca, nie polecił założeniu podsłuchu na telefon, który rodzina dostała od porywaczy do kontaktu z nimi, zaniechał natychmiastowych oględzin miejsca przekazania okupu, zrobiono to po trzech dniach.

Henryk S. zaniechał oględzin i włączenia do dowodów: fragmentu komórki znalezionej w bmw, którym sprawcy uprowadzili Krzysztofa, a w listopadzie 2001 nie włączył do dowodów kaset z monitoringu w Auchan, gdzie herszt bandy Wojciech Franiewski kupił telefon używany przez porywaczy, ani kaset z monitoringu stacji benzynowej w Poznaniu, gdzie ten telefon w styczniu 2002 roku został podrzucony; zaniechał zweryfikowania informacji zawartych w anonimie. Maciej L. nie zweryfikował anonimu; nie dołączył do akt sprawy nagrań z monitoringu w Auchan; nie zastosował kontroli rozmów z porywaczami podczas przekazania okupu. Czyli policjanci udupili wykrycie sprawców i czuli się z tym bezpiecznie, bo normalnie w poważnej sprawie nie dokonywali by tylu wręcz przestępczych zaniechan. A może sprawdza się jedna z amerykańskich teorii, że kiedy policjant jest już perfekcjonistą w swojej pracy miewa takie zachciewajki, żeby zostać perfekcjonistą także po tej drugiej stronie?  

 

ZIELONE ŚWIATŁO DLA WSPÓŁPRACY POLICJI Z MAFIĄ?

Sąd Rejonowy w Olsztynie nie uwzględnił wniosku prokuratury i nie aresztował trzech policjantów zatrzymanych w związku ze śledztwem w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika. Ogłoszenie postanowienia sądu było jawne, natomiast uzasadnienie jest tajne. Policjanci, którzy przyjechali wesprzeć kolegów, przyjęli decyzję sądu oklaskami. Obrońca jednego z policjantów mecenas Jolanta Turczynowicz-Kieryłło powiedziała dziennikarzom, że sąd w uzasadnieniu uznał, iż zarzuty prokuratury są nieuprawdopodobnione. Podkreśliła, że sąd wskazał, iż prokuratura we wniosku o aresztowanie ograniczyła się do opisu zdarzeń, a nie wskazała na przewinienia podejrzanych. Jeden z policjantów Henryk S. powiedział dziennikarzom, że dla niego zatrzymanie było strasznym przeżyciem. - Jako policjant zamknąłem tylu przestępców, a teraz stanąłem po tamtej stronie - stwierdził. Prokuratura nie wyklucza złożenia zażalenia na decyzję sądu. Czyżby decyzja sądu była zielonym swiatłem dla współpracy policji z lokalną mafią? Przecież z tego, co wcześniej opublikowano, zarzuty postawione przez prokuraturę graniczą z pewnością ich popełnienia. 

Sąd uznał sobie swawolnie, że zebrane dowody nie uprawdopodobniają, że policjanci popełnili zarzucane im przestępstwa niedopełnienia obowiązków i utrudniania śledztwa. W środę 30 kwietnia 2008 roku około godziny 15 sąd zamknął posiedzenie, na którym rozpatrywał wnioski prokuratury o dwumiesięczny areszt dla nadk. Remigiusza M. i aspirantów Macieja L. i Henryka S. Postanowienie sąd ogłosił w obecności dziennikarzy i prokuratora, a także podejrzanych policjantów, ich rodzin oraz kolegów po fachu. Kilkunastu policjantów zaczęło głośno klaskać, gdy sędzia odczytała, że postanawia nie uwzględnić żadnego z wniosków o tymczasowy areszt. - Macie tu mądry sąd - mówili głośno. Sąd nie pozwolił też na publikację wizerunku podejrzanych policjantów. Sąd utajnił odczytanie uzasadnienie postanowienia, ale ogólnie mówili o nim adwokaci. Paweł Szymanek, obrońca Remigiusza M.: - Zakładałem tylko 20 procent szans, że mój klient wyjdzie na wolność. Sąd podzielił jednak wątpliwości obrony co do popełnienia przez niego przestępstwa. 

- Od początku byłem przekonany, że zarzuty są chybione - mówił mec. Marcin Piotrowski, obrońca Macieja L. i Henryka S. - Podstawą wniosków prokuratury o tymczasowy areszt dla moich klientów była obawa matactwa. Wykazaliśmy, że nie ma takiej obawy, bo wystarczy tylko np. wejść do internetu, aby dowiedzieć się, jakie są dalsze plany śledztwa. Wiele mówi się też, że moi klienci nie dołączyli do akt sprawy kasety z nagraniem, gdzie jeden z porywaczy kupuje telefon komórkowy. To nagranie można było przecież obejrzeć na przełomie kwietnia i maja 2002 roku w programie telewizyjnym "997" - twierdzi Piotrowski. Adwokat zapewnia, że w najbliższych dniach złoży zażalenie na zatrzymanie swoich klientów. Oni sami już to zrobili. Remigiusz M. po wyjściu z sali rozpraw: - Wracam do domu, do rodziny - mówił. - Cały czas wierzę w sprawiedliwe rozwiązanie sprawy. Wczoraj złożyłem w prokuraturze obszerne wyjaśnienia, aby przekazać drugie dno w tej sprawie, które towarzyszyło ciężkiej pracy policjantów. 

Krzysztof Stodolny, zastępca szefa Prokuratury Okręgowej w Olsztynie, zapewnia, że postanowienia sądu nie odebrał jako porażki: - Decyzji nie chcę i nie mogę komentować, bo śledztwo, które prowadzimy, jest zbyt poważne - tłumaczył. - Rozważymy, czy będziemy składać zażalenie. Ireneusz Wilk, pełnomocnik rodziny Olewników: - Decyzja sądu nie oznacza braku winy tych policjantów. Jest jednak niepokojącym sygnałem dla prowadzących to postępowanie, że jest to sprawa o szczególnym charakterze i muszą prowadzić ją w sposób wyjątkowy, dokładny i staranny - powiedział "Gazecie". - Rodzina Olewników obawia się teraz, że proces dochodzenia prawdy i ustalenia osób, które przyczyniły się do śmierci Krzysztofa, może być bardzo trudny. Jeszcze przed wydaniem postanowienia obrońcy policjantów złożyli do sądu poręczenia za swoich klientów. Świadczyło za nich wielu policjantów, związki zawodowe, a także rodzina. Sąd tych poręczeń nie przyjął.

Decyzja olsztyńskiego sądu, by nie aresztować policjantów podejrzanych o błędy w śledztwie o porwanie i zabójstwo Krzysztofa Olewnika, to kubeł zimnej wody na rozpalone emocje pokrzywdzonych, mediów, polityków. Od początku kwietnia 2008 w mediach, ale także na politycznych salonach trwa publiczne roztrząsanie tragedii rodziny Olewników i fatalnie poprowadzonego śledztwa o porwanie Krzysztofa. Tak źle prowadzonego, że policjantom nie udało się dopaść sprawców, zanim uprowadzony nie został zamordowany, a na ich wykrycie było blisko dwa lata. To dużo czasu i nie można o tym zapomnieć. Wiemy już bardzo dużo o błędach, jakie popełnili śledczy: od niezebrania wszystkich śladów na miejscu uprowadzenia przez zlekceważenie anonimu, który wskazywał porywaczy, po zaniedbania podczas przekazania okupu przez rodzinę w czasie święta policji. Wiemy o faktach, a nie medialnych spekulacjach czy podejrzeniach. Znamy oceny fachowców - ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego, prokuratora krajowego Marka Staszaka, twórcy CBŚ i obecnego wiceszefa MSWiA Marka Rapackiego. Mówili o błędach, które "nie mogły się zdarzyć" i przepraszali za nie państwa Olewników. 

I mamy decyzję sędziego Sądu Rejonowego w Olsztynie - nie ma podstaw, by aresztować trzech policjantów, którzy zdaniem prokuratury znacznej części tych błędów są winni. Można było przypuszczać, że ponieważ minęło kilka lat, trudno udowodnić, by dziś jeszcze policjanci mogli mataczyć w sprawie: uzgadniać wersje, tworzyć dowody, nakłaniać świadków do zeznawania na korzyść funkcjonariuszy. Prokuratura, szermując tym argumentem, musiałaby przedstawić choćby poszlakę, że tak się działo lub zdarzy w przyszłości. Szokujące jest uzasadnienie decyzji sądu: "Zebrane dowody nie uprawdopodobniają popełnienia zarzucanych podejrzanym przestępstw". Przekładając na prostszy język, kruche są dowody na to, że policjanci Remigiusz M., Henryk S. i Maciej L. nie dopełnili swoich obowiązków, bo np. nie poszli w styczniu 2003 roku - gdy Krzysztof żył jeszcze - tropem anonimu z nazwiskami porywaczy.

WINA czy NIEWINOŚĆ Policjantów 

Sąd uzasadnił decyzję za zamkniętymi drzwiami, czym otworzył pole do spekulacji. Zwłaszcza że - jak słychać - uzasadnienie decyzji było ogólnikowe, a jeśli tak, to może sąd zbłądził? Może czegoś nie doczytał, pod presją czasu i nacisków politycznych z góry wydał nieprzemyślaną decyzję? Możliwa jest też druga wersja. Tydzień wcześniej minister Rapacki dziwił się, że prokuratura nie wystąpiła jeszcze o odtajnienie wszystkich materiałów operacyjnych w sprawie Olewnika. W tych materiałach kryć się ma odpowiedź na pytanie, kto wodził grupę Remigiusza M. za nos tak skutecznie, że sprawdzała ona przede wszystkim wersję, iż Krzysztof sfingował porwanie, gdzieś spokojnie żyje, a to była nieprawda. Materiały operacyjne dają też odpowiedź na to, czy i jak policja obstawiła moment przekazania okupu. Według prokuratury zostało to zaniedbane. Może więc to prokuratorzy z Olsztyna pod presją opinii publicznej pospieszyli się z zatrzymaniami policjantów i stawianiem zarzutów. Nie dopracowali sprawy. 

Możliwy jest też wariant trzeci. Sąd dał się przekonać, że policjanci nie byli w tej sprawie samodzielni, pracowali pod nadzorem prokuratury i to na prokuratorów spada odpowiedzialność za błędy, których skutkiem jest to, że Krzysztof Olewnik nie żyje. Podejrzany Remigiusz M. mówi o drugim dnie tej sprawy. Sugeruje to winę rodziny, która prawdopodobnie zrobiła sporo zamieszania w policyjnym śledztwie jak wynajęcie detektywów, opłacanie różnych informatorów, w tym bandytów, byleby odzyskać Krzysztofa. Wolno im było, bo to był ich syn, brat. W jakim miejscu jest śledztwo w sprawie Olewnika po kilku tygodniach medialnych doniesień, pierwszych zatrzymaniach i decyzji sądu z ostatniej środy kwietnia 2008? Wiadomo, że nie zostanie już zamieciona pod dywan, a Olewnikowie pozostawieni bez pomocy. Wiadomo, że olsztyńska prokuratura musi kierować się zasadą 'sine ira et studio' - ważyć chłodno wszystkie argumenty, zanim podejmie procesowe decyzje. Pole do popisu mają też dziennikarze śledczy, którzy jak dotąd nie wiele się wykazali. O tym, że sprawa Olewników nie jest czarno-biała, wiadomo od dawna, pora wyciągnąć na światło dzienne jej kulisy. Ta historia ma w sobie potencjał epickiej historii o małomiasteczkowej społeczności, o władzy pieniądza, o brutalizacji przestępczości i - jednak zdeprawowanych - stróżach prawa. 

Sąd jak pisała prasa zdruzgotał wniosek o areszt, czego normalnie w podobnych sprawach nie robi, a wręcz odwrotnie chętnie zamyka nawet niewinnych wszystkich jak leci. Stwierdził, że prokuratorzy nie wskazali szczegółowo dowodów i przesłanek, na jakich oparli zarzuty. "Zostały stwierdzone uchybienia" - napisał sąd - ale brak wskazania, że błędy nie wynikały tylko "z niedbalstwa lub lekkomyślności". Prokuratorzy powinni wyjaśnić też rolę nadzoru w śledztwie: przełożonych i prokuratora. Wtedy będzie można ocenić, czy podejrzani "utrudniali śledztwo świadomie". Zdaniem sądu prokuratura nie wykazała też związku między zachowaniem podejrzanych a śmiercią Krzysztofa Olewnika. Wydaje się nawet, że taki zarzut sformułowany został, żeby uniknąć przedawnienia, czyli zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci który wydłuża okres ścigania z pięciu do dziesięciu lat. Prokuraturze dostało się też za sugestię, że areszt jest potrzebny, bo podejrzani to  funkcjonariusze, łatwo im mataczyć. "Takie rozumowanie byłoby nieuprawnionym domniemaniem i dyskryminacją z uwagi na wykonywany zawód" - czytamy. Prokuratura zapowiedziała odwołanie do sądu wyższej instancji. 

Zażalenia na Zatrzymanie Policjantów

Obrońcy trzech policjantów, podejrzanych w sprawie Krzysztofa Olewnika złożyli do olsztyńskiej Prokuratury Okręgowej zażalenia na zatrzymanie swoich klientów. Zażalenia rozpozna sąd rejonowy w Olsztynie. - Uważamy, że nie było potrzeby wchodzenia o szóstej rano do domów naszych klientów, ponieważ od grudnia byli oni świadkami w tej sprawie i stawiali się na każde wezwanie prokuratury - powiedziała Jolanta Turczynowicz-Kieryłło, obrońca Macieja L. Mecenas Paweł Szymanek, obrońca Remigiusza M. dodał, że "nie było potrzeby ani zatrzymywania policjantów przez organy ścigania, ani przetrzymywania ich przez 48 godzin." W poniedziałek 5 maja 2008 roku minął siedmiodniowy termin złożenia zażaleń na zatrzymanie policjantów pracujących w pierwszym etapie śledztwa związanego z porwaniem Krzysztofa Olewnika.

Prokurator Mieczysław Orzechowski, rzecznik prasowy olsztyńskiej prokuratury okręgowej powiedział, że śledczy przekażą te zażalenia do rozpoznania niezwłocznie. Sąd nie zastosował wobec całej trójki policjantów żadnych innych środków zapobiegawczych. Zwykłych obywateli za samo podejrzenie udziału w porwaniu kogokolwiek trzymano by w areszcie co najmniej dwa lata, aby zbadać zasadność zarzutów, trudno zatem zrozumieć dlaczego nie dotyczy ta metoda postępowania akurat policjantów. Postępowanie, które ma wyjaśnić błędy śledczych po porwaniu i zabójstwie Krzysztofa Olewnika, zostało wszczęte w czerwcu 2007 roku przez olsztyńską prokuraturę, która wcześniej ustaliła porywaczy i zabójców Olewnika oraz odnalazła ciało zamordowanego.

Sprawę wyjaśnia czterech prokuratorów i ośmiu policjantów. Śledztwo zostało wszczęte po złożeniu zawiadomienia przez Włodzimierza Olewnika, ojca zamordowanego. Wskazuje on, że w porwaniu, oprócz już skazanych, brały udział inne osoby, i że porwanie nastąpiło właśnie na zlecenie tych osób. Tego łatwo się domyślić, szczególnie policjantom, bo z praktyki wynika, że zwyczajni porywacze dla okupu nie przedłużają przetrzymywania porwanego w sposób w jaki robili to porywacze Olewnika. 

 

Błędy Prokuratora Jasińskiego

Śledztwo w sprawie porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika rzekomo zawaliła także prokuratura w Olsztynie. Trzeba się zastanowić logicznie czy błędy były celowe, po to, aby kogoś kryć? Prokurator okręgowy w Olsztynie wszczął wewnętrzne postępowanie mające wyjaśnić, czy olsztyńscy prokuratorzy w 2007 roku rzetelnie prowadzili śledztwo w sprawie porwania - dowiedziała się "Gazeta". - Będę prowadził to postępowanie, bo jestem przełożonym. Jeżeli uznam, że nieprawidłowości były poważne i celowe, to skieruję sprawę do rzecznika dyscyplinarnego w Prokuraturze Apelacyjnej w Białymstoku - potwierdza Cezary Kamiński, szef Prokuratury Okręgowej w Olsztynie. Zastrzeżenia do pracy olsztyńskich śledczych zgłosiła rodzina Olewników w skardze przekazanej 9 kwietnia ministrowi sprawiedliwości. Włodzimierz Olewnik, ojciec uprowadzonego w 2001 roku, a dwa lata później zamordowanego Krzysztofa, długo walczył, by śledztwo o porwanie przenieść z Warszawy do Olsztyna, gdzie CBŚ i prokuratura miały sukcesy w walce z porywaczami. Tak się stało. W czerwcu 2007 roku prokurator Piotr Jasiński podpisał akt oskarżenia przeciwko porywaczom i zabójcom. 

Jednak wątki śledztwa dotyczące m.in. błędów popełnionych wcześniej przez policjantów i prokuratorów zostały wyłączone. Przez rok nie działo się w nich nic. I o to mają słuszne pretensje Olewnikowie. Zastrzeżenia rodziny Olewników dotyczą także tego, że prokurator Piotr Jasiński umorzył zarzut udziału Eugeniusza D. ps. Gienek w grupie przestępczej, która porwała Krzysztofa. - Moim zdaniem decyzja o umorzeniu była przedwczesna. Każdy prokurator ma jednak prawo do własnej oceny dowodów - mówi prokurator Kamiński. Co więcej, prokurator Jasiński namówił Olewników, by wycofali zażalenie na jego decyzję. To mogła być celowa gra prokuratury. Chodziło o to, że z "Gienkiem" współpracował Grzegorz K., działacz SLD, wicestarosta z Sierpca. Rola Grzegorza K. - zdaniem rodziny - także została zatuszowana. "Gienek" mógł coś o K. powiedzieć. Nie powiedział, a działaczowi SLD prokurator przedstawił tylko zarzut nielegalnego posiadania broni. Prokurator Jasiński pozwolił Grzegorzowi K. na zapoznanie się z aktami całej sprawy o porwanie Krzysztofa. - Uważam to za błąd Jasińskiego - przyznaje prokurator Kamiński. Inne zastrzeżenia w skardze do ministra dotyczą pomijania dowodów zgłaszanych przez rodzinę, a świadczących m.in. o przestępstwach popełnianych przez policjantów, w tym także umowy - zawartej przez Jasińskiego za plecami rodziny - o nadzwyczajnym złagodzeniu kary dla Sławomira Kościuka, zabójcy Krzysztofa. Czy prokurator Jasiński zostanie wyłączony z grupy śledczych, którzy teraz badają błędy w sprawie porwania Krzysztofa? - Nie. Zachowanie Jasińskiego będzie można ocenić dopiero po zakończeniu wewnętrznego postępowania - odpowiada Kamiński. 

 

Sprawa Olewnika w Gdańsku

Śledztwo dotyczące nieprawidłowości przy postępowaniu po porwaniu Krzysztofa Olewnika zostało przeniesione do prokuratury w Gdańsku. A olsztyński prokurator Piotr Jasiński, na którego poskarżyła się rodzina Olewników został odsunięty od śledztwa. Prokurator krajowy Marek Staszak zdecydował o przeniesieniu śledztwa do Wydziału ds. Zwalczania Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej w Gdańsku. Powodem było wewnętrzne postępowanie, które kilka dni temu wszczął Cezary Kamiński, szef Prokuratury Okręgowej w Olsztynie. Miało ono wyjaśnić, czy olsztyńscy prokuratorzy w 2007 roku rzetelnie prowadzili śledztwo w sprawie porwania i nieprawidłowości do jakich miało dojść przy tym postępowaniu. - Jeżeli uznam, że nieprawidłowości były poważne i celowe, to skieruję sprawę do rzecznika dyscyplinarnego w Prokuraturze Apelacyjnej w Białymstoku - zapowiadał kilka dni temu na łamach "Gazety" Cezary Kamiński. - Jego sprawę skieruję do rzecznika dyscyplinarnego w Białymstoku. A w wypowiedzi dla PAP prokurator dodał: - Prokurator Jasiński wprowadził rodzinę Olewników w błąd i wpływał na ich decyzje, czego absolutnie prokuratorowi czynić nie wolno. Przesłał też do sądu niekompletne akta - mówił.

Gdy prokurator Jasiński umorzył zarzut udziału w grupie przestępczej Eugeniuszowi D., Olewnikowie złożyli na tę decyzję zażalenie. Jasiński nakłonił ich jednak do wycofania się z tego. - Oba te dokumenty, zarówno zażalenie jak i wycofanie zażalenia prokurator powinien wysłać do sądu odwoławczego, a tego nie uczynił. W aktach głównych nie ma tych pism, w związku z czym sąd nie miał pełnej wiedzy o sprawie Eugeniusza D. - tłumaczy Kamiński. Włodzimierz Olewnik, ojciec uprowadzonego w 2001 roku, a dwa lata później zamordowanego Krzysztofa, długo walczył, by śledztwo w tej sprawie przenieść z Warszawy do Olsztyna, bo tutejsze CBŚ i prokuratura miały sukcesy w walce z porywaczami biznesmenów. W 2007 roku prokurator Piotr Jasiński podpisał akt oskarżenia przeciwko porywaczom Olewnika. Jednak wątki śledztwa dotyczące m.in. błędów popełnionych w pierwszym etapie śledztwa przez funkcjonariuszy i prokuratorów z Warszawy, Płocka i Radomia zostały wyłączone. Przez rok nie działo się w nich nic, a społeczenstwo dziwi się dlaczego sprawa tak 'pali' po rękach zarówno prokuratorów jak i policję. Zapewne chodzi nie tylko o pieniądze, a istotna cześć prawdy jak to bywa skrywana jest w teczce operacyjnej z klauzulą tajne/poufne.  

Nie było Alkoholu we Krwi Kościuka

Badania krwi Sławomira Kościuka, który na początku kwietnia 2008 roku powiesił się w celi płockiego Zakładu Karnego, nie wykazały alkoholu - poinformowała prokurator Edyta Książek- Radomska z Prokuratury Okręgowej w Ostrołęce. W przesłanej do badań próbce krwi alkoholu nie stwierdzono. Próbka krwi była badana na zawartość alkoholu dwukrotnie - powiedziała prokurator Książek- Radomska. Przyznała zarazem, iż w celu weryfikacji tych wyników próbka krwi została wysłana do ekspertyzy do innej placówki. - To standardowe postępowanie. Chodzi o uzyskanie wyników z co najmniej dwóch niezależnych badań - wyjaśniła. Śledztwo w sprawie śmierci Kościuka wszczęła płocka prokuratura rejonowa, ale decyzją warszawskiej prokuratury apelacyjnej na wniosek Prokuratury Okręgowej w Płocku w połowie kwietnia sprawę przeniesiono do prokuratury ostrołęckiej. Ze wstępnej opinii biegłego z przeprowadzonej 8 kwietnia sekcji zwłok Sławomira Kościuka wynika, iż bezpośrednią przyczyną jego śmierci było zawiśnięcie w pętli. Ostateczne wyniki sekcji będą znane po uzyskaniu wyników badań toksykologicznych. Na ostateczne wnioski z sekcji zwłok Kościuka czeka płocki ZK. - Do czasu ich uzyskania wewnętrzne postępowanie wyjaśniające zostało zawieszone - powiedział rzecznik płockiego ZK Piotr Gomułka. 

Bandyci zastraszali świadków ws. Krzysztofa Olewnika

Tygodnik "Wprost" dowiedział się, że świadkowie zeznający w śledztwie dotyczącym uprowadzenia Krzysztofa Olewnika byli zastraszani lub szantażowani przez kompanów porywaczy. Do dzisiaj nie wiadomo kto groził i skąd przestępcy wiedzieli o współpracy zeznających z organami ścigania. Logika pokazuje, że gangsterzy mogli to wiedzieć jedynie od policjantów lub prokuratorów. "Wprost" dowiedział się, że do jednego ze świadków, Z.K, tuż po skończonym przesłuchaniu zadzwonił anonimowy mężczyzna i zaczął mu grozić. Nieznajomy próbował go też zdyskredytować, namawiając jego narzeczoną, do złożenia przeciwko Z.K. obciążających zeznań. Mężczyznę pogrążyć miały rzekomo kompromitujące go dokumenty dotyczące jego życia. Zastraszana była również Iwona K., której udało się rozpoznać jednego z członków bandy odpowiedzialnej za uprowadzenie i morderstwo Olewnika. Do kobiety, pod jej domem w Płocku, podeszło wieczorem dwóch mężczyzn. Udało jej się uciec i schronić w mieszkaniu tylko dlatego, że ścigający ją mężczyzna poślizgnął się i upadł na ziemię. Według jej informacji, rysopis napastnika pasował do Wojciecha Franiewskiego, organizatora porwania Olewnika.

Incydentów Zastraszania nie Zbadano

Przestępcy próbowali również zmusić do milczenia jednego z nowodworskich przestępców, który zdecydował się zeznawać. Mowa o Piotrze S., pseudonim Skwara - informowała o tym "Rzeczpospolita". Po przesłuchaniu mężczyzny w CBŚ, pod jego dom podjechało BMW. Siedzący w samochodzie czterej napastnicy, wulgarnymi słowami zagrozili Skwarze "zwinięciem", co w przestępczym żargonie oznacza porwanie, wywiezienie do lasy i brutalne zabójstwo. Również wówczas nie sprawdzono, czy akcja bandytów nie była spowodowana przeciekiem informacji ze śledztwa. Pełnomocnik rodziny Olewników, mecenas Bogdan Borkowski potwierdził, że "o dziwnych i niepokojących wydarzeniach przy okazji śledztwa" słyszał. Zapytajmy zatem wprost policję, kto z CBŚ pomagał gangsterom i za jakie pieniądze czy inne dobra materialne? A może rodzina lub przyjaciele gangsterów pracują w CBŚ? Tego nie można wykluczyć, a wręcz jest to oczywiste, nawet jak jeszcze nikogo nie złapano. 'Kret' w CBŚ jest i trzeba go złapać. 

Splądrowany Dom Danuty Olewnik w Płocku

W nocy z czwartku na piątek dnia 15/16 maja 2008 roku 'jacyś' złodzieje splądrowali w Płocku dom siostry porwanego i uduszonego Krzysztofa Olewnika. - Jeśli to próba zastraszenia, to jesteśmy zastraszeni w stu procentach - mówiła dziennikarzom Danuta Cieplińska-Olewnik. Włamania dokonano metodą na tzw. 'śpiocha' - powiedział "Gazecie" rzecznik prasowy mazowieckiej policji Tadeusz Kaczmarek. - Złodzieje rozwiercili drzwi balkonowe, weszli do środka. Ukradli kilkaset złotych, dwa telefony, paczkę cygar, butelkę wina. Splądrowali mieszkanie, wszystko wskazuje na to, że szukali kluczyków do samochodu, który stał zaparkowany w garażu. Ostatecznie samochodu nie ukradli. Telefony włamywacze wyrzucili na trawniku przy domu, tam też wypili skradzioną butelkę wina. Czy rabusie wiedzieli, czyj dom okradają w nocy z czwartku na piątek? - Za wcześnie na tego typu spekulacje - twierdzi Kaczmarek. Wiadomo, że żaden normalny złodziej nie włamie się do chałupy kogoś, kto jest aktualnie na topie w mediach i pod dyskretną obserwacją policji. Złodzieje zanim dokonują włamu obserwują lokal i zwyczaje domowników, nikt by nie ryzykował, że mu za to dobrze płacą zleceniodawcy. Jedyne uzasadnienie włamania to celowa robota tej cześci gangu, która jeszcze jest na wolności. 

Rodzina w czasie włamania była w domu. Jej członkowie słyszeli dziwne odgłosy, ale myśleli, że to inni domownicy. Jak twierdzą funkcjonariusze z zespołu prasowego wojewódzkiej komendy z Radomia, wcześniej rodzina nie odbierała telefonów z pogróżkami, nie zauważyła też w pobliżu posesji niczego niepokojącego. Przez cały dzień w domu pracowała ekipa dochodzeniowo-śledcza, a także policjanci z sekcji kryminalnej. Na miejscu był także prokurator. Z relacji Kaczmarka wynika, że kilka dni wcześniej przy tej samej ulicy miało miejsce podobne włamanie. Złodzieje weszli w nocy do innego domu, ukradli kilka tysięcy złotych, też szukali kluczyków do samochodu. Podobnie jak w ostatnim przypadku również zdemolowali mieszkanie. Komendant główny policji Andrzej Matejuk zapowiedział w piatek 16 maja 2008, że jeśli rodzina Olewników wystąpi o ochronę, to ją otrzyma. Na razie Olewnikowie nie wystąpili z taką prośbą. Bo i co to za ochrona, jeśli wcześniej policjanci współpracowali z zabójcami Krzysztofa lub działali na ich korzyść?

OLEWNIKA ARCHIWUM X

Sprawa nie zakończyła się jednak, nie tylko z tego powodu, że ten wyrok nie jest prawomocny. Wciąż są wątpliwości, czy wszystkie osoby, które miały związek z tą zbrodnią, stanęły przed sądem. A także czy wpływ na sprawę miały błędy i uchybienia, czy też wręcz współpraca z gangsterami jakie w czasie śledztwa popełniła lokalna policja. Choć praca funkcjonariuszy zakończyła się posadzeniem na ławie oskarżonych porywaczy, to śledztwo pozostawiło bardzo wiele pytań bez odpowiedzi. Bo jak wyjaśnić, że Wojciechowi Franiewskiemu - właścicielowi warsztatu samochodowego i wypożyczalni przyczep w Warszawie - udało się zbudować hermetyczną bandę, która potrafiła porwać młodego człowieka, wziąć za niego okup i przez dwa lata nie zostawić ani jednego śladu, który naprowadziłby policję na jej trop? I dlaczego w śledztwie przewija się przynajmniej dwóch niezidentyfikowanych policjantów? Problem jest jeszcze w tym, że ci, którzy mogliby najwięcej powiedzieć - Wojciech Franiewski, Sławomir Kościuk i świadek Piotr S. - nie żyją choć ten ostatni zmarł z powodu choroby. Dodajmy, że kiedy w czasie poszukiwania sprawców porwania Krzysztofa Olewnika policja przeprowadzała pierwsze przeszukanie domu i warsztatu Wojciecha Franiewskiego, zastała tam kilku mężczyzn i samochód jednego z nich. W środku był kompletny sprzęt do okradania mieszkań "na śpiocha". Czyżby to wszystko to tylko zła karma rodziny Olewników? 

 

PAŃSTWO JAK ZWYKLE ZAWIODŁO POSZKODOWANE OFIARY

Za śmierć Krzysztofa Olewnika przepraszał były szef MSWiA. Przepraszał obecny wiceszef MSWiA. Przepraszał prokurator krajowy - Nie wierzę w żadne państwo, w żadną Polskę - powiedziała siostra zamordowanego. Bo to wadliwie działające państwo po raz kolejny zresztą zawiodło. Tak było przez pięć lat, aż do odkrycia ciała zamordowanego. W tym czasie Włodzimierz i Danuta Olewnikowie, ojciec i siostra porwanego, pisali listy, stukali do drzwi polityków, ministrów. Też na próżno. Takiej sprawy jeszcze w Polsce nie było. Takiego posiedzenia sejmowej komisji sprawiedliwości - też nie. Zwołane zostało wczoraj na wniosek posłów PiS i PO - miało niespotykaną temperaturę.

Zaproszeni zostali państwo Olewnikowie i ich pełnomocnicy. Zaczęło się od przeprosin przewodniczącego komisji Ryszarda Kalisza (SLD). Nie zostały przyjęte. Bo Kalisz to były szef MSWiA, jeden z polityków lewicy, do którego drzwi rodzina Krzysztofa pukała po porwaniu, prosząc o pomoc. Zostali zlekceważeni. Gdy w 2004 r. ukradziony został policyjny samochód z aktami sprawy porwania, Kalisz miał rodzinie powiedzieć: "tyle aut ginie w stolicy". Zabraliście mi - mówię to o SLD - ukochanego syna. Zabraliście mu godność przez stosowanie ubeckich metod, nie mam wątpliwości, że to było celowe działanie ówczesnego aparatu państwowego - oskarżał Włodzimierz Olewnik. Błędy, a może celowe zaniechania w śledztwie wyjaśnia teraz specjalna grupa policjantów z CBŚ i Biura Spraw Wewnętrznych oraz prokuratorów w Olsztynie - przypadł na okres rządów SLD (2001-05). Przepraszał prokurator krajowy Marek Staszak, przepraszał wiceszef MSWiA Adam Rapacki. 

- Dość kłamstw i ukrywania bandytów. Nie wierzę w żadne państwo, w żadną Polskę. To ja sama walczyłam, by zwrócono mi Krzysztofa. O jakiej sprawiedliwości my mówimy, ja chcę mojego brata, ja chcę go tutaj! - gorycz płynęła z ust Danuty Olewnik-Cieplińskiej, siostry zamordowanego, która  podziękowała mediom. Podziękowała także gen. Rapackiemu, bo to on przyczynił się do powołania specjalnej grupy CBŚ w 2004 roku, która ruszyła sprawę z miejsca - policja przestała lansować tezę użyteczną dla bandytów, że porwania nie było, że było samouprowadzenie. - Mam szacunek do pana - mówił do Rapackiego już po posiedzeniu komisji Włodzimierz Olewnik. - Przyznał się pan do błędu, obiecał, że go naprawi i słowa dotrzymał.

Wcześniej Danuta Olewnik wołała: - Pociągnijmy do odpowiedzialności wszystkich, którzy zawinili, jesteśmy to winni Krzysztofowi, który czekał na pomoc dwa lata. Krzysztof Olewnik mógł przeżyć, gdyby nie błędy śledczych! - Gdyby ich nie popełniono, zwłaszcza w pierwszej fazie śledztwa, Krzysztof pewnie by żył - przyznał Adam Rapacki. Włodzimierz Olewnik, a za nim niektórzy posłowie, domagali się wskazania winnych w prokuratorskim i policyjnym nadzorze. Arkadiusz Mularczyk (PiS) zasugerował, że w momencie porwania (2001) i dziś w 2008 roku prokuratorem apelacyjnym w Warszawie jest ta sama osoba - Bogusław Michalski. Staszak zaprotestował przeciw stosowaniu "odpowiedzialności zbiorowej". - Nie będzie w tej sprawie żadnej solidarności zawodowej - zapewnił z kolei Adam Rapacki, wiceszef MSWiA. Dodał, że wszystkie materiały operacyjne policji w tej sprawie zostaną odtajnione. 

 

SKORUMPOWANY UKŁAD TO NIE TYLKO SLD

Ofiary obwiniają lewicowy tak zwany układ płocki, ale tak zwana lewica jest bardzo zależna od dygnitarzy klerykalnych o czym można się było przekonać w wielu innych sprawach. Aktualnie od wielu lat istnieją jedynie formacje lewicowych klęczonów, które z faktyczną lewicowością nie mają wiele wspólnego. Zresztą lewica zajmująca się głównie obroną praw mniejszości seksualnych a nie  sprawami ludzi pracy jakąż jest lewicą, bo przecież historia takiej nie zna, a faktyczna lewica zajmowała się polityczną walką o prawa ludzi pracy, robotników i chłopstwa oraz o prawa obywatelskie, których Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ wymienia trzydzieści. Nie mniej problem sił, które stoją za zbrodniami na rodzinie Olewników ciągle jest otwarty i ma na pewno wiele możliwych wątków. 

Pedofilia i Malwersacje w Diecezji Płockiej

Władze diecezji płockiej, w tym abp Stanisław Wielgus, wiedziały o wykorzystywaniu seksualnym kleryków i o malwersacjach w miejscowym Caritasie - twierdzą księża, do których wiosną 2007 roku dotarła w swym dziennikarskim śledztwie "Rzeczpospolita". Od wielu lat płoccy hierarchowie tuszowali sprawy związane z wykorzystywaniem seksualnym kleryków przez księży - ustaliła "Rzeczpospolita". Podobnie jak w sprawie arcybiskupa Juliusza Paetza, który molestował nieletnich w Poznaniu, polski Kościół nie poradził sobie z problemem. W lipcu 2006 roku policja zatrzymała ks. Jarosława Nawatkowskiego. W jego komputerze funkcjonariusze znaleźli zdjęcia pornograficzne z udziałem dzieci.

Prokuratura postawiła księdzu zarzut rozpowszechniania materiałów pedofilskich. W diecezji znany jest też przypadek księdza K., który pełnił funkcje wychowawcze w płockim Wyższym Seminarium Duchownym i jednocześnie był wykładowcą Niższego Seminarium. Około 2001 roku władze diecezji dowiedziały się, że molestował podopiecznych. K. co prawda odszedł z seminariów, ale nadal pracował z młodzieżą i miał kontakt ze swoimi ofiarami. Pozostał wykładowcą w płockim Punkcie Konsultacyjnym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który mieścił się w tym samym gmachu co seminaria. W lipcu roku 2006 K. organizował letnie spotkanie dla kleryków, na które z Płocka profilaktycznie nikt nie pojechał. 

W Płocku "działało" kilkunastu księży - pedofilów

Gazeta ustaliła, że o molestowanie seksualne i gwałty oskarżanych jest kilkunastu innych księży. Administrator diecezji płockiej bp Roman Marcinkowski odmówił "Rzeczpospolitej" jakiegokolwiek komentarza. Z kolei ks. Kazimierz Dziadak, rzecznik diecezji płockiej, oświadczył, że nic nie wie na ten temat. Sytuację w diecezji płockiej zna za to Nuncjatura Apostolska. Według ustaleń "Rz", wykorzystywanie nieletnich to nie jedyny powód do zmartwień hierarchii kościelnej. W płockiej diecezji śledczy tropią również afery gospodarcze, w które zamieszani są płoccy duchowni.

Znana jest sprawa zakroczyńska mająca już kilkadziesiąt lat i nie widać na jej rozsądne zakończenie. Zatem zepsucie moralne regionu płockiego, gdzie uprowadzono i zamordowano Krzysztofa Olewnika ma szerszy zasięg i sięga także władzy duchownej, która po uszy tkwi w korupcji i przestępstwach seksualnych. Bardzo ciekawe, że te sprawy biegną swoim nieudolnym torem podobnie jak sprawa zamordowania Krzysztofa Olewnika. Może jednak jak niektórzy sugerują mają ze sobą coś wspólnego, chociażby te same osoby kryjące się za działaniami o których opinia publiczna jeszcze nie wie. Latem 2006 roku funkcjonariusze policji zatrzymali jednego z księży z płockiej diecezji pod zarzutem zbierania i rozpowszechniania materiałów o charakterze pedofilnym. Na twardym dysku komputera należącego do księdza odkryto liczne zdjęcia z pornografią dziecięcą. 

W Caritasie zdefraudowano co najmniej 1,7 mln zł

Płocka diecezja ma jeszcze jeden kłopot – afera gospodarcza w Caritasie, który wyłudził pieniądze od Narodowego Funduszu Zdrowia za usługi pielęgniarskie. W tej sprawie od 2005 roku śledztwo prowadzi prokuratura w Ciechanowie. W październiku 2005 roku prokuratura w Ciechanowie wszczęła śledztwo dotyczące rozliczeń Caritasu z Narodowym Funduszem Zdrowia. Kościelna organizacja miała wyłudzić pieniądze za usługi pielęgniarskie. Tygodnik "Wprost" ujawnił w piątek, że Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych wykrył w płockim Caritasie nadużycia na sumę co najmniej 1,7 mln zł. Mają one dotyczyć wydatkowania pieniędzy z PFRON. Do wyjaśnienia zarzutów w połowie ubiegłego roku płocka kuria powołała specjalną komisję. - Wykryliśmy szereg nieprawidłowości - przyznaje jej przewodniczący ks. Kazimierz Dziadak. Dlaczego więc dyrektora płockiego Caritasu zdymisjonowano dopiero w marcu roku 2007? Na to pytanie Dziadak nie potrafił odpowiedzieć "Rzeczpospolitej". Jak to komentują internauci, kluczowe śledztwa w Płocku nie ruszają z miejsca, "Bo w płocku nie ma prokuratury tylko jest prywatna, skorumpowana agencja ochrony mafii paliwowej." Tyle,że interesy mafii i kleru jakoś się dziwnie przeplatają, a policja znowu jest jakaś nieruchawa, co pokazuje, że nie tylko sprawy Olewników psy olewają.

 

DROBIN: Cały komisariat Policji siedzi w areszcie

Aż sześciu policjantów z komisariatu w Drobinie zatrzymali wdniu 21 kwietnia 2008 roku funkcjonariusze Biura Spraw Wewnętrznych. Dwaj kolejni zatrzymani stróżowie prawa wcześniej pracowali w tym samym komisariacie. Razem zatrzymano ośmiu policjantów uwikłanych w korupcję i układy przestępcze. Policjanci za łapówki od przestępców przymykali oko na niektóre przestępstwa. Nad tą sprawą od kilku miesięcy pracowało Biuro Spraw Wewnętrznych Komendy Głównej Policji. W absolutnej tajemnicy, aż we wtorek 22 kwietnia około godziny 9 funkcjonariusze BSW weszli do komisariatu w Drobinie i zatrzymali sześciu pracujących tam policjantów. Kolejni dwaj byli pracownikami tego komisariatu w przeszłości. Jeden z nich pracuje w Płocku w posterunku na Podolszycach, drugi odszedł z policji.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie wydała w tej sprawie tylko lakoniczny komunikat. Na swojej stronie internetowej potwierdziła, że prowadzi postępowanie w sprawie policjantów z Drobina czym początkowo zajmowała się tym prokuratura w Płocku. Dodała, że chodzi o podejrzenia niedopełnienia obowiązków i przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy oraz ich działania o charakterze korupcyjnym. Radio ZET poinformowało, że o zatrzymaniu funkcjonariuszy policji nie miały pojęcia władze Drobina, a Burmistrz Sławomir Wiśniewski stwierdził, że po ich zatrzymaniu w mieście nie ma ani jednego policjanta, a on sam o całym zajściu nie został nawet powiadomiony. 

Z nieoficjalnych informacji "Gazety" wynika, że policjanci z Drobina mieli przymykać oczy na różnego rodzaju przestępstwa, tak po starej znajomości, albo za łapówki. - Takie lokalne bagienko - mówi prasowe źródło informacyjne. "Po przewiezieniu zatrzymanych do siedziby prokuratury zostały wykonane czynności procesowe z ich udziałem, polegające na ogłoszeniu postanowień o przedstawieniu zarzutów oraz przesłuchaniu w charakterze podejrzanych" - napisała w oficjalnym komunikacie Katarzyna Szeska, rzecznik warszawskiej prokuratury. Pytana o to, kiedy i jakie zarzuty usłyszą policjanci, z uporem odsyłała do komunikatu. Więcej nie chciała mówić. - Eliminujemy z naszych szeregów tych, którzy nie zachowują się godnie - mówi Mariusz Sokołowski, rzecznik Komendy Głównej Policji. - I nie zasługują na to, aby być policjantem. Płocka komenda nie chciała wczoraj komentować poczynań drobińskich policjantów. Zapewniła tylko, że mieszkańcy tego trzytysięcznego miasteczka nie zostali bez policyjnej opieki. Do dwóch funkcjonariuszy, którzy zostali w pracy, skierowano posiłki. - Natychmiast wysłaliśmy tam funkcjonariuszy z Płocka - mówi Anna Lewandowska z biura prasowego płockiej komendy. - Patrolują Drobin całą dobę.

Zarówno Szeska, jak i Sokołowski podkreślają, że zatrzymania te nie mają nic wspólnego ze sprawą porwanego w 2001 roku i zamordowanego dwa lata później Krzysztofa Olewnika, syna przedsiębiorcy z Drobina. Rzekome łapówki, którymi zajmuje się warszawska prokuratura, policjanci mieli przyjmować między 21 grudnia 2006 roku a 1 marca 2007. Tak jednak wygląda ta lokalna policja, co Olewnika szukała, a księży pedofilów też aresztować nie potrafiła. Może czas już wrócić do sprawdzonych metod wysyłania policjantów na odległe placówki, co parę lat, tak aby rozpracowywali nieznane sobie środowiska, zamiast gnić w znanym i zaprzyjaźnionym bajorze wzajemnych powiązań i układów. Policjanci pracowali w tym samym komisariacie, co funkcjonariusze zajmujący się śledztwem w sprawie  uprowadzenia Krzysztofa Olewnika. Władze Drobina alarmują, że po dzisiejszych zatrzymaniach i zatrzymaniach w związku ze sprawą Olewnika, miasto pozostało bez policjantów. 

Ośmiu policjantów z Drobina pod Płockiem usłyszało kilkadziesiąt zarzutów, m.in. korupcyjnych. Według informacji Radia ZET, jeden z policjantów w nieco ponad 3 miesiące wziął łapówkę blisko 50 razy. Prokuratura wystąpiła do sądu o aresztowanie pięciu z nich. Grzegorzowi S., Krzysztofowi B., Markowi O., Rafałowi R., Wojciechowi R., Dariuszowi Ś., Tomaszowi K. i Mirosławowi D. zarzucono przyjmowanie korzyści majątkowych w zamian za odstąpienie od ukarania mandatem oraz niedopełnienie obowiązków służbowych poprzez poświadczanie nieprawdy w dokumentach służbowych, które potwierdzać powinny przebieg ich służby, a także bezzasadne odstępowanie od czynności służbowych - podała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie Katarzyna Szeska. Według niej, kwoty jednorazowo przyjmowanych łapówek wynosiły od kilkudziesięciu do kilkuset zł w różnych walutach. Według informacji prokuratury, do których dotarło Radio ZET, cały komisariat w Drobinie prowadził swoistą działalność gospodarczą. Proceder kwitł na problematycznym skrzyżowaniu drogi, bo to tam policjanci zatrzymywali kierowców i przyjmowali od nich łapówki.

"Podejrzani usłyszeli od kilku do kilkudziesięciu zarzutów. Kwoty przyjmowanych korzyści majątkowych wynosiły od kilkudziesięciu do kilkuset złotych w różnych walutach - mówi rzecznik prokuratury Katarzyna Szeska. Policjanci usłyszeli także zarzuty fałszowania dokumentów służbowych. Trzech podejrzanych przyznało się do zarzutów. Wszyscy złożyli wyjaśnienia, a wobec pięciu prokuratura wystąpiła do sądu o areszt. Wobec trzech zastosowano dozór policji, zakaz opuszczania kraju połączony z zatrzymaniem paszportu oraz zawieszono ich w czynnościach służbowych. Sprawa dotyczy okresu od grudnia 2006 roku do marca 2007 roku i jak podkreślają organa ścigania, nie ma związku ze sprawą uprowadzenia w 2001 roku Krzysztofa Olewnika, ale pokazuje dobitnie w jakim stopniu skorumpowana jest lokalna policja. Warszawski sąd rejonowy w dniu 24 kwietnia 2008 roku nie zgodził się na aresztowanie aż dwóch z pięciu policjantów z Drobina, zatrzymanych pod zarzutami korupcji. Przestępcy w policji jak widać, nie tylko w sprawie Olewników łatwo pozostają bezkarni i unikają aresztowania. 

 

RODZINA OLEWNIK

Drobin to senne, małe miasteczko, 3 tysiące mieszkańców, prostokątny rynek z gotyckim kościółkiem i żydowski cmentarz. Wokół rynku parterowe domy - rudery. W parku wieczorem rządzą młodzi, potem grupki pijaczków. Równie blisko do Płocka, Sierpca, Ciechanowa, Płońska. Olewnikowie mieszkają o kilometr stąd, ale w Drobinie rzadko ich widać. Są z innego świata: żyją w Warszawie i Płocku. Ojciec - jeszcze za komuny - dorobił się na mięsie. Teraz ma wielkie zakłady wędliniarskie pod miasteczkiem. Nawet telewizja robi o nich programy, że szynki tak dobre jak w Unii Europejskiej. Powszechna opinia o starym Olewniku: facet śpi na pieniądzach. Na dodatek ma udane małżeństwo i piękne dzieci. Córka Danusia, 27 lat, studiowała w Anglii, wyszła za lekarza. W centrum Płocka, w zabytkowym budynku, ma własną szkołę językową. O dwa lata młodszy Krzysiek Olewnik, 25 lat, ledwie skończył technikum mechaniczne w Płocku, a już ma firmę Krup-Stal, robi pieniądze na handlu metalem. Ma własną willę w Świerczynku pod Drobinem, kilkaset metrów od domu rodziców. 

Krzysiek Olewnik był opalony, włosy wyżelowane, na zdjęciach śmieje się od ucha do ucha. Na ręku złoty zegarek, złoty łańcuch na szyi. Siostra Danuta tak go wspomina: - Krzysztof był piękny, zawsze eleganckie koszule, często garnitury. Miał hobby - skutery wodne, pływał po Wiśle i Zalewie Zegrzyńskim. Mój najcudowniejszy braciszek. On i Danusia robili szalone imprezy - opowiada jeden ze znajomych, młody mężczyzna z Płocka. - Ojciec na wszystko pozwalał, bo ma świra na punkcie dzieci. Jedynie ich najstarsza siostra Anna jest inna, spokojna, dzisiaj o niej cicho, podobnie jak o ich matce. Danuta: - Anna jest ode mnie starsza o cztery lata. Nie chce pokazywać się publicznie. Boi się o dziecko i ma wyrzuty sumienia. Jak my wszyscy, że nie uratowaliśmy Krzysia. 

- W tamtych czasach młodzi Olewnikowie rządzili - kontynuuje ich znajomy z Płocka. - Jednego dnia dziewczyną Krzyśka była aktorka z Warszawy, a dzień potem tancerka ze Szczecina. Zabawy w nocnych klubach, to jak zniknął, nikt w Płocku nie uwierzył, że to na serio, że to kolejny wygłup Krzyśka. Teraz nam wszystkim jest głupio. 

Kolejna opinia zasłyszana w Płocku: "Olewniki zadzierali nosa, bo mają tu wszystkich w kieszeni. Stary chwalił się, że zna posłów z Płocka, a nawet ministrów z Warszawy. Lokalni ważniacy pili jego wódkę i jedli mu z ręki". 26 października 2001 roku - parę godzin przed porwaniem -taką właśnie wódkę stawiał w swoim domu Krzysztof Olewnik. Tym razem miejscowym policjantom. Krupiński z Olewnikiem chodzili do szkoły, teraz byli wspólnikami w Krup-Stalu. Wspólne zabawy, dziewczyny, fury. Jak bracia. Jacek Krupiński mówi: - Od poniedziałku do piątku ciężko pracowaliśmy, normalne, że sobota była do zabawy, ale w niedzielę już przygotowywaliśmy się do pracy. Drażniły mnie te historie, jak to Krzysztof podpala papierosy stuzłotówką. Jak jeździliśmy po maszyny rolnicze na Zachód, to spaliśmy w samochodzie, bo żal było kasy na hotel.

Skoro przyjaciel syna źle się zachował na szosie, trzeba było pana policjanta przeprosić. Ojciec zaaranżował to jak zwykle - zadzwonił do Wojciecha Kęsickiego, znajomego gliniarza z Płocka, i poprosił o dobranie odpowiednich gości na przeprosinową imprezę u syna. Sam przywiózł mięso na grilla. To ojciec, Włodzimierz, zorganizował tę imprezę. Dowiedział się, że syn z przyjaciółmi naraził się lokalnym funkcjonariuszom. Doszło do kłótni między policjantem a serdecznym przyjacielem Krzysztofa Jackiem Krupińskim. Ponoć jakaś "głupia" interwencja drogowa, tak ojciec Krzysztofa mówił przed sądem, wyraźnie skrępowany. Przyjeżdża pięciu oficerów z komendy w Płocku. Krzysztof odgrywa rolę gospodarza, ale jest też ojciec, bardzo zdziwiony, że nie przybył obrażony policjant, ten, dla którego zorganizował przyjęcie. Są wyśmienite drinki, dobre przekąski i pieczyste z grilla, mimo to atmosfera pozostaje drętwa. Towarzystwo nie pasuje do siebie i po jedenastej wieczorem goście chcą wracać do domów. 

Dom Krzysztofa

Dom, a raczej willa stoi w szczerym polu. Żadnego drzewa, kilka iglaków przy bramie wjazdowej ledwo odrosło od ziemi. Z tyłu posesja otoczona jest dwumetrowym murem, z boków i od frontu metalowym płotem. Z daleka można obserwować, co się dzieje - widać kilkaset metrów kwadratowych trawnika, kort tenisowy, taras na tyłach willi, przeszklony salon - pawilon. Najbliższy dom stoi w odległości 50 metrów - to dużo mniejsza willa. Drugi to skromna chałupka, sto metrów za tylnym murem posiadłości Krzysztofa Olewnika. Trzysta metrów dalej - przez pole - są zakłady mięsne ojca. Widać portiernię, gdzie przez całą dobę czuwają strażnicy. Tam stoi również dom Włodzimierza Olewnika. Starszy, skromniejszy od posiadłości syna. Przy zakładach boisko piłkarskie, na czterech wysokich słupach potężne reflektory. Gdyby któryś z nich skierować na posesję Krzysztofa, byłoby tam jasno jak w dzień. 

 

FIRMA KRUP-STAL

Firmę Krup-Stal Krzysztof Olewnik prowadził ze wspólnikiem Jackiem Krupińskim. Olewnikowie mieli w niej 70 procent udziałów. - Jest w śledztwie taki jeden wątek związany z pewną firmą, która zajmowała się obrotem stalą - wspominał 10 kwietnia 2008 roku były szef MSWiA Janusz Kaczmarek. - W tej firmie stwierdzono pewne nieprawidłowości, a wykrył je właśnie Krzysztof Olewnik. Tego wątku w ogóle od strony procesowej nie sprawdzono. Kaczmarek uzupełniał, że "osoby, które z tym wątkiem były związane, angażowały się w pomoc rodzinie". I kontynuował: - Czasami jest tak w porwaniach, że ci, którzy dokonali porwania albo mają duży związek z porywaczami, angażują się później w proces wykrywczy czy też pomoc rodzinie, a tutaj zaniechano tego wątku - kontynuował były minister. Wszystko wskazuje na to, że chodzi o firmę Krupstal, którą porwany prowadził ze wspólnikiem Jackiem Krupińskim. Był on przesłuchiwany w czasie procesu porywaczy i zabójców Olewnika, a jako świadek, bo był pierwszym, który zjawił się w domu porwanego.

Przed sądem zeznawał o porannej rozmowie z Włodzimierzem Olewnikiem (zaraz po porwaniu), kiedy to obydwaj stwierdzili, że coś jest nie tak, bo nie mogą się do Krzysztofa dodzwonić. Jacek K. zadeklarował, że "obudzi" Krzysztofa, a gdy przyjechał do jego domu, zobaczył spustoszenie, jakie pozostawili po sobie porywacze, krew. Zatelefonował do ojca porwanego i powiedział, "że coś złego się stało". I faktycznie przez kilka miesięcy pomagał rodzinie Olewników, jeździł z okupem m.in. do Łodzi. Potem jednak jego stosunki z rodziną Olewników - jak tłumaczył przed sądem - schłodziły się i urwały. Tym bardziej że Włodzimierz Olewnik zlikwidował spółkę  w której Olewnikowie mieli w niej 70 procent udziałów. Ojciec Krzysztofa bardzo się dziwił, że przestępcy odjechali sprzed domu porwanego bmw, które należało do Jacka K. Mężczyźni byli bardzo blisko zaprzyjaźnieni, razem chodzili do szkoły, często zamieniali się autami. Bmw miało skomplikowany system zabezpieczeń. Włodzimierz Olewnik opowiadał, że sam kilkanaście minut uczył się jego obsługi, to jakim cudem porywaczom udało się uruchomić samochód? Jeden z nich - Artur Rehul - zeznawał, że owszem, Wojciech F. (herszt bandy) "miał problemy z uruchomieniem bmw, ale jakoś sobie w końcu poradził". Podejrzenie współpracy z bandytami padło na Jacka Krupińskiego, ale ten tłumaczył, że dostęp do auta mieli także pracownicy ich firmy. 

Porwanie jako zemsta na rodzinie Olewników za odmowę współpracy z układem bizensowo- polityczno- policyjnym to jedna z głównych hipotez, jaką od jakiegoś czasu zakładają prokuratorzy. Według informacji „Wprost", jakiś czas przed porwaniem, Krzysztof Olewnik dostał propozycję nie do odrzucenia. Jak twierdzi jego ojciec Włodzimierz Olewnik, miała ona związek z biznesem, a wiązała się z kręgiem osób powiązanych z lokalną polityką. Chodziło o wykorzystanie należącej do Krzysztofa firmy Krup Stal, zajmującej się handlem stalą. Związani z lewicą lokalni politycy chcieli ją wykorzystać do wprowadzania na polski rynek stopów przemycanych do kraju bez cła i podatku lub wyłudzanych z hut. Układ płocki lub mazowiecki, jak śledczy coraz częściej nazywają krąg osób mogących mieć związek z porwaniem Krzysztofa Olewnika, próbował się wkręcić także do firm jego ojca. Prawdopodobnie brudny biznes, w jaki chciano wciągnąć znanego producenta wyrobów mięsnych, miał polegać na dokooptowaniu do niego wspólnika, który w ten sposób zarabiałby pieniądze dla polityków. – Wziąwszy pod uwagę, jak przebiegało porwanie i ile trwało, trudno uwierzyć, że chodziło jedynie o 300 tysięcy euro okupu – przyznaje mec. Bogdan Borkowski, pełnomocnik rodziny Olewników. – Moim zdaniem, musiało chodzić o pewne propozycje biznesowe – dodaje adwokat. Prokuratorzy, którzy znają sprawę Olewnika, w nieoficjalnych rozmowach mówią wprost: w Płocku dzieją się bardzo złe rzeczy, a śledztwo dotyczące uprowadzenia mogło je wydobyć na światło dzienne. 

Roman Osica i Krzysztof Zasada - reporterzy RMF FM - dotarli do analizy śledztwa w sprawie porwania i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Wynika z niej, że nieprawidłowości w dochodzeniu mogły być celowe. Autorzy raportu podejrzewają, że te działania miały nie dopuścić do ujawnienia nielegalnego handlu stalą. Związki z tym procederem mogli mieć także lokalni działacze SLD. Śledczy w raporcie mówią wprost: gdyby śledztwo prowadzono poprawnie, na jaw mogłyby wyjść fakty, które świadczą na przykład, że osoby powiązane ze sprawą nielegalnie handlowały stalą bo wprowadzały do obrotu stal pochodzącą z kradzieży lub sprowadzaną do Polski bez opłat granicznych i ceł. Chodzi o spółkę Krup Stal, której współwłaścicielami byli Krzysztof Olewnik i Jacek Krupiński. W pierwszym roku działalności firma zaczęła mieć kłopoty finansowe. Z zeznań w śledztwie wynika, że najwięcej towaru odbierali z niej ludzie zaprzyjaźnieni z Krupińskim. Jak się okazuje, często nie płacąc.

W dokumentach jest stwierdzenie, że kiedy Olewnik dowiedział się, że nie może wycofać ze spółki pieniędzy, miało dojść do awantury z Krupińskim. W 2005 roku dokonano u Jacka Krupińskiego w domu przeszukania i natrafiono na notatki z kwotami, które wypłacał różnym ludziom. Na uwagę zasługuje – jak napisali prokuratorzy – adnotacja „Krzysztof Mrozowski Fragles”. To bandyta powiązany z gangiem „Mutantów”. Grupa zajmowała się wymuszeniami, egzekucjami na zlecenie, a także kradzieżą TIR-ów ze stalą kwasoodporną. Prokuratorzy w analizie chcą, by wyjaśnić rolę Krupińskiego w sprawie, któremu – jak piszą – zahamowano możliwość robienia lewych interesów. Prokuratorzy chcą też wyjaśnienia roli Grzegorza Korytowskiego, byłego szefa SLD w Sierpcu na Mazowszu, a przy tym członka władz PKN Orlen. W raporcie jest mowa o jego bliskich kontaktach z Krupińskim. Śledczy twierdzą wręcz, że Krupiński może być kluczową osobą dla wyjaśnienia, czy porwanie miało charakter zwykłego, bandyckiego porwania, czy też kryły się za nim inne wątki. Korytowski był w Orlenie dyrektorem ds. korporacyjnych. Cztery lata temu błyskawicznie stracił stanowisko, gdy policja odnalazła u niego nielegalnie posiadaną broń. 

Ustalono, że oskarżeni o udział w porwaniu i zabójstwie szybko wydali część pieniędzy z okupu. Franiewski kupił Fiata Ducato, BMW, motocykl Kawasaki oraz komputer dla córki. Kościuk działkę pod Różanem, Poloneza i wczasy w górach. Pazik nabył osobowego Nissana i wyremontował mieszkanie. Do końca żaden z oskarżonych nie wyjaśnił, dlaczego zabili – chociaż dostali żądany okup. Z obawy, że będą rozpoznani, czy dlatego, że od początku zaplanowali takie zakończenie swojej akcji? Olewnik jest przekonany, że ta śmierć była zaplanowana. Twierdzi, że ze sprawcami ukaranymi przez sąd na najsurowsze kary: dwa wyroki dożywocia, 25 lat i 15 lat więzienia ktoś jeszcze współpracował. – Nie spocznę, póki do niego albo do nich nie dotrę – obiecuje. Podejrzewa, że cichym wspólnikiem bandytów był jeden z płockich policjantów i wymienia nawet jego nazwisko. Sądzi, że wspólników mogło być więcej, a bandyci znali tajemnice śledztwa, bo zastraszali jednego ze świadków. Wiedzieli o wszystkich ustaleniach dokonanych przez rodzinę Olewników. Umknęli z okupem, chociaż policja zapewniała, że akcja jest zapięta na ostatni guzik. 

 

RZEŹNIA - Zakłady Mięsne OLEWNIK

Zakłady Mięsne OLEWNIK istnieją od 1989 roku. Gwarancją ich sukcesu jest jednak nie tylko wieloletnia praktyka i tradycja. Firma wciąż się rozrasta, rozbudowuje swoje zakłady, modernizuje istniejące obiekty i podnosi standardy, rzetelnością, nowoczesnością technologii i jakością oferowanych wyrobów dorównując wiodącym producentom międzynarodowym. Wszystkie zmiany wprowadzane są jednak, stopniowo, sukcesywnie. ZPM OLEWNIK-BIS to producent mięsa i jego przetworów. Swoją pozycję rynkową budujmy przez stałe doskonalenie wyrobów, innowacyjność w oferowanym asortymencie, a także zwiększanie zadowolenia klientów, które jest miarą jakości naszej pracy. 

Historia firmy przebiegała również etapami:

I etap - 1989 rok - Włodzimierz Olewnik otwiera Zakład Masarski w Świerczynku. Początkowo zakład produkuje wyroby na potrzeby rynku lokalnego i własnego sklepu. Baza surowcowa w tym okresie oparta jest na własnej hodowli trzody chlewnej. Równocześnie kupiony zostaje Zakład Mięsny w Sierpcu. W miejscu starych obiektów powstaje nowoczesna ubojnia z rozbiorem tusz.

II etap - Zmiana sytuacji politycznej i sprzyjająca koniunktura sprawiają, że moc produkcyjna zakładu okazuje się niewystarczająca. Konieczna staje się rozbudowa przedsiębiorstwa. Dzięki przeprowadzonej modernizacji zakład zwiększa produkcję i rozszerza rynek zbytu do obszaru całego Mazowsza.

III etap - Dalsza rozbudowa i modernizacja przedsiębiorstwa. Zwiększenie mocy produkcyjnych oraz definitywne przystosowanie produkcji do wymogów sanitarno - weterynaryjnych Unii Europejskiej.

IV etap - Zarząd przejmuje córka założyciela - Anna Olewnik Mikołajewska. Z powodzeniem realizuje ona linię ojca, konsekwentnie i sukcesywnie czyniąc z Zakładów Mięsnych OLEWNIK wiodącego producenta mięsa i produktów mięsnych na rynku krajowym i międzynarodowym. 

Od początku swego istnienia Zakłady Mięsne OLEWNIK działają jako grupa przedsiębiorstw, współpracujących ze sobą i doskonale uzupełniających się, w ramach prowadzonych działalności gospodarczych. Istnieją cztery obszary działalności ZM: ubój i rozbiór tusz - Zakład w Sierpcu, produkcja przetworów mięsno - wędliniarskich - Zakład w Świerczynku, produkcja roślinna - Gospodarstwo Rolne, serwis - nowoczesna sieć dystrybucji i zaplecze logistyczne. Sam Włodzimierz Olewnik odpowiada za Zakład Przetwórstwa Mięsa OLEWNIK W.Olewnik, Spółka Jawna, ul.Tragutta 24, 09-200 Sierpc. W Drobinie mamy Zakład Przetwórstwa Mięsa OLEWNIK - BIS, Anna Olewnik Mikołajewska

Świerczynek, 09-210 Drobin. Dane firm są powszechnie i publicznie znane, to oczywiste. Mamy też Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Handlowo-Usługowe "Smakosz" Danuta Olewnik, Spółka Jawna w Drobinie. "Krup-Stal" Sp.J. ul. Bielska 105, 09-400 Płock. 

Jak podaje firma na swojej stronie, kwestia ekologii zawsze zajmowała i zajmuje priorytetowe miejsce w funkcjonowaniu naszej firmy. Każda nowa inwestycja i przedsięwzięcie produkcyjne najpierw rozpatrywane jest pod kątem wpływu na środowisko. Podejmowane przez ZPM OLEWNIK działania, od początku istnienia firmy, mają charakter proekologiczny, zmierzający do wyeliminowania niekorzystnych dla środowiska skutków i zminimalizowania zanieczyszczenia powietrza. Jest tylko jeden szkopuł, bo ekolodzy to zwykle wegetarianie, weganie i podobne odmiany ludzi nie jedzących mięsa, osoby które negują zabijanie zwierzątek w rzeźniach, które sami porównują do obozów koncentracyjnych dla młodszych braci i podobnych instytucji. Może to jednak tylko wszystko prawo karmy...

 

DANUTA KONTRA MAFIA PŁOCKA

Danuta Olewnik-Cieplińska stała się symbolem obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec mafii płockiej. „Pani powinna być posłem" – powiedział Danucie Olewnik-Cieplińskiej jeden z parlamentarzystów. Te słowa padły po jej dramatycznym wystąpieniu przed sejmową Komisją Sprawiedliwości i Praw Człowieka. Siostra porwanego, a później bestialsko zamordowanego syna biznesmena spod Drobina już stała się nieformalnym liderem nowego ruchu. Swoistego ruchu obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec mafii płockiej. Nie dała się zastraszyć, zniechęcić, zdyskredytować. Oby wytrwała w swojej walce. 

 

DOBROCZYNNE SKUTKI PRZEŻYTEGO CIERPIENIA

Ewa, Włodzimierz, Ania i Danusia Olewnikowie założyli Fundację im. Krzysztofa Olewnika. Chcą pomagać rodzinom, które znajdą się w sytuacji podobnej do tej, w jakiej sami są od siedmiu lat. – Znamy ten ból. Możemy pomóc innym w przejściu przez to piekło – mówi Włodzimierz Olewnik. Schorowany, nerwy w strzępkach, na głowie firma zatrudniająca ponad tysiąc osób. Ale wie jedno: nie spocznie, zanim nie dokona się sprawiedliwość. 

 

FUNDACJA im. KRZYSZTOFA OLEWNIKA

Fundacja na rzecz pomocy ofiarom porwań im. Krzysztofa Olewnika z siedzibą w Olsztynie,

Ul. Leyka 7, 10-690 Olsztyn

Email: fko@olewnikfundacja.pl

tel: 792-808054

 

http://www.olewnikfundacja.pl

Jak pojawią się nowe okoliczności w sprawie zapewne trochę dopiszę w artykule...

LINKI: 

Więźniowie polityczni, ofiary policji i osoby represjonowane w III RP

 

*) Ostatnia aktualizacja - 14 luty 2009 roku.

Artykuł zamiszczony za zgodą autora. Oryginalna publikacja na portalu eioba.pl

Z wykorzystaniem częto powtarzanych informacji z telewizyjnych wiadomości i newsów z publicznych zasobów serwisów prasowych i PAP opracował: 

Ph.D. PREMA DHARMIN

Licznik odwiedzin: 7186261 Ostatnia aktualizacja strony: 2017-05-29 05:49:30